poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Rozdział sześćdziesiąty drugi

Pheonix:



-Rozdzielamy się - oznajmił Chester kiedy już wszyscy pojawili się na zbiórce. - Zoey, dzisiaj idziesz z Pheonix. Obie jesteście szybkie, będziecie szły jako pierwsze i uprzedzały nas o ewentualnych przeszkodach.
Uśmiechnęłam się, związałam wysoko włosy i stanęłam obok Zo a Ches odhaczył coś w notatniku i postukał długopisem o brodę, chwile się zastanawiał i dopiero jak znów coś zapisał oznajmił:
-Shedow - Chris. Lorenz idzie z Kasmirem i Rikki a Dylan ze mną.
-Jeśli Rikki ich nie pozabija to będzie cud. - wyszczebiotała Zoey uśmiechając się z przesadną słodyczą. W uśmiechu ukazała wszystkie swoje białe, równe zęby i splotła ręce przed sobą trzepiąc rzęsami w stronę brunetki.
-Słuszna uwaga, Zo. Rikki, idziesz z Zoey i Nix. Ci tutaj bracia wybuchowcy są nam potrzebni.
Spojrzałam na blondynkę, która stanęła z rozdziawioną buzią wpatrując się w Chestera.
-Oh, skarbie zamknij buzie bo połkniesz muchę. - Rikki uśmiechnęła się złośliwie i stanęła obok mnie z założonymi na piersiach rękami.
-Ok, już wymieniliśmy uprzejmości. Czas na robotę. - Dylan zatarł dłonie i przerzucił plecak przez ramię. Ja nic nie potrzebowała, natura sukuba. W każdej chwili mogłam zwyczajnie pomyśleć o jakiejś broni i nagle ona magicznie się pojawiała. Praktyczne. Rikki i Zoey ruszyły już w kierunku lasu. Nie miałam innego wyjścia, poszłam za nimi odprowadzana uważnymi spojrzeniami herosów.

W milczeniu, rozglądając się na boki maszerowałyśmy po lesie, grzęznąc w poniektórych miejscach w błocie spowodowanym wcześniejszym krótkim ale intensywnym opadem deszczu. Po wyjściu z lasu mieliśmy w różnych odstępach czasowych i różnymi środkami transportu dostać się do Arkadii. My wybrałyśmy (po jednej drobnej kłótni Zoey i Rikki) Piekielne Taxi. Na czym to polega? Sama do końca nie wiem ale Zo jest tak podekscytowana, że zastanawiam się czy nie powinnam zacząć się bać.
Liście chrzęściły mi pod nogami, błoto i mokra ziemia przylepiały do wysokich żołnierskich butów. Nagle coś przeleciało mi nad głową. Krzyknęłam i osłoniłam się rękami.
-Nix uważaj! - usłyszałam Rikki, która również padła na ziemię.
Odwróciłam się gwałtownie i wyobraziłam, że przede mną jest tarcza, od której odbija się to stworzenie. Nie miałam okazji przyjrzeć się mu z bliska ale miło nie wyglądał. Zwłaszcza jego paszcza z żółtymi, zakrzywionymi, zapewne ostrymi zębami. Wzdrygnęłam się na myśl, że mało brakowało a jego szczęka zatopiłaby się w moich plecach.
Zoey dobyła miecz i z bojowym okrzykiem rzuciła się na stwora. Przeskoczyła nad nim wznosząc się w powietrzu i wycelowała ostrzem w jego gardło. Odcięła mu głowę, co dziwne, nie było żadnej krwi, żadnej cieczy, tylko mięso. Chwile później głowa odrosła. Z dodatkową niespodzianką - dodatkowym rzędem zębów, które ociekały żółtą, skwierczącą mazią. Rikki również do niego doskoczyła. gdy szybko pokręcił głowę, odrobina trującej śliny skapnęła na bluzkę brunetki tworząc w niej wypaloną dziurkę.
-Oj, dajcie spokój! To nowa bluzka! - wrzasnęła i zamierzyła się na to coś oszczepem rycząc jak wściekły koń.
Gorączkowo pomyślałam o jakiejś broni. Po chwili przeturlałam się pod stwora walczącego z oszczepem i wbiłam mu długi sztylet prosto w miejsce gdzie powinno być serce. Zwierzę zawyło i rzuciło się w bok, prosto na drzewo. Jeszcze chwilę trzęsło się w nienaturalnych drgawkach aby po chwili rozsypać się w pył.
-Co to było?! - wydyszałam.
-Klakier. - powiedziała Zoe.
-Nadałaś mu imię? - zapytałam unosząc brwi w geście irytacji. Skojarzyło mi się to z kotem ze smerfów więc spojrzałam na nią z niedowierzaniem. Byłyśmy w niebezpieczeństwie a ona wymyśla dla stwora imię jak dla domowego kotka. Nie wierzę...
-Nie, tak nazywa się ten gatunek. Nigdy nie widziałam żadnego.. Do dzisiaj... - odparła Rikki zamyślona klękając na jedno kolano i dotykając palcami miejsca gdzie jeszcze przed chwilę leżała odcięta głowa.
-Jesteś pewna?
-Oczywiście. Najbliższe stado powinno być dopiero na zachód. Daleko na zachód. One nie żyją w lasach tylko w puszczach. Coś je musiało tu sprowadzić. To by znaczyło, że trzeba ostrzec resztę. - podniosła na nas głowę i wzrok pełen determinacji a Zoey odeszła kawałek i przez krótkofalówkę powiadomiła resztę o nowym gatunku w lesie.
-Zostały nam dwa kilometry lasu. - oznajmiłam patrząc na  mapę.
-A więc w drogę.

Po upływie trzydziestupięciu minut i po walce z gnomem leśnym byłyśmy już na krańcu lasu. Nie wiedziałyśmy gdzie konkretnie jest reszta, zawiadomiłyśmy ich tylko, że już wyruszamy do Arkadii i czekamy na nich na miejscu. Zoey zadzwoniła po taxi prawie unosząc się z podekscytowania nad ziemią. Nie chwila, ona serio sie unosiła. 
Po minucie obok nas zatrzymała się dość duża żółta, latająca taksówka z czarną szachownicą na boku. Nie wygladała stabilnie. Była zardzewiała, drzwiczki po otwarciu chwiały się na przeżartych rdzą i jakąś lepka substancją zawiasach a kierowcą był... Kościotrup. Kierowca, trup w równie martym samochodzie. Obaj byli szkieletami tego co kiedyś miało swoje lata świetności.
Przewróciłam oczami. Nie widziałam nic fajnego w lataniu rozwalającą się taksówką, kilka tysięcy kilometrów. Ja chciałam jeszcze pożyć.
-Nie wsiądę do tego! - powiedziałam rozkładając ręce w geście obrony - Przecież to wygląda jakby lada chwila miało się rozsypać. 
-Paniusiu, ja na to mam licencję. Nie bój żaby, wszystko będzie cacy. - Taksówkarz wyszczerzył zęby w czymś co kiedyś musiało być uśmiechem i oparł się łokciem o wybitą szybę. 
-Trochę adrenaliny nikomu nie zaszkodzi. - odparła Zo pakujac się na przednie siedzenie. 
Spojrzałam na Rikki. Wzruszyła ramionami i wskoczyła na tylne siedzenie. Nie mając większego wyboru, również weszłam do taksówki. 
-Trzymajcie się czegoś. Czeka nas szybki lot.- uprzedził taksówkarz.
-A ma pan.. Hmm.. Pasy?- zapytałam szukając na siedzeniu czegos czego moglabym się przytrzymać.
-Kiedyś były. Zanim kiedyś jakaś czarownica ich nie przegryzła. Ale to drobiazg.
-A więc czego mamy si....Aaaaa!- nie dokończyłam bo nagle auto ruszyło ostro w górę, pędząc w pionie coraz wyżej. 
Przysunęłam sie do Rikki, Zoe niczego sie nie złapała więc przeleciała do tylu między siedzeniami i teraz wszystkie trzy krzyczałyśmy trzymając sie mocno samych siebie. Zoe krzyczała i śmiała się na przemian. Podczas kiedy ona świetnie się bawiła, ja postanowiłam, że już nigdy nie wsiądę do tak wątpliwego środka transportu. 

-Jesteśmy na miejscu. Należy się pięćdziesiąt srebrników.- kościotrup wystawił dłoń a Zo przeszukała kieszenie plecaka a następnie wręczyla mu należność. 
Wyskoczyłam z pojazdu jako pierwsza. Miałyśmy jeszcze spory kawałek do przejścia. Shedow i Chris czekali już na nas w umówionym miejscu. Oni się teleportowali więc w sumie byli na miejscu pierwsi i pewnie im sie nudziło podczas gdy my mogłyśmy zginąć w rozlatującym się na kawałki, latającym badziewiu.
Shedow podszedł do Zo i przytulił ją. Christopher niepewnie objął Rikki, która przez chwile była zesztywniała a potem delikatnie odwzajemniła uśmiech.
Przypomniałam sobie, że miałam Zoey powiedzieć o Rikerze. Ups.
-Ej, dobra. Co teraz? - zapytałam rozkłądając ramiona i zmieniając ciuchy na bardziej odpowiednie. Nie było zimno ale nie było też za ciepło. Bojówki, glany i koszula moro chyba były wystarczające.
-Chester mówił, żeby czekać na nich gdzieś w połowie góry. Jedno ale: nie możemy użyć swoich mocy, zeby się przemieścić - Chris spojrzał na mnie i dodał - no chyba, że Nix bo bieganiem między drzewami nie zwróći niczyjej uwagi.
-Ale sama nie pójdę, nie znam drogi.
-Nie pocieszy cię fakt, że my też, prawda? - powiedziała Zoey wyszczerzając w uśmiechu zęby.
Spojrzałam na nią zirytowana z miną "SERIO?! Dopiero teraz mi to mówisz?!" a ona wzruszyła ramionami.
-Ponoć wszystkie drogi prowadzą do Kyllene. - Stwierdził Chris.
-To był Rzym. Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. - poprawiłam.
-Jako syn Hermesa, może podświadomie wiesz gdzie jest. - zaopanował Shed.
-Być może- zgodził się chłopak. - Po prostu idźmy przed siebie.

Jakieś dwie godziny później spotkaliśmy się wszyscy pod jedną z większysz półek skalnych. To było jedno z wejść do jaskini Ziry. Trochę przysypane kamieniami, ale dało się przejść. No może, Gregory miał z tym delikatny problem. Było za łatwo. Zdecydowanie za łatwo. A to by znaczyło, że szykuje się naprawdę trudny koniec.
Bracia Wybuchowcy szli przodem, oświetlając drogę lampkami, stworzonymi przez nich. Miały jaśnieć tylko w kompletnych ciemnościach, a kiedy trzeba same się gasiły albo wybuchały. Ich znak rozpoznawczy.
Chris szedł tuż za nimi zaciskając dłonie w pięści. To jego próba. Naprawdę się tym denerwował. Położyłam mu dłoń na ramieniu, odwrócił się do mnie a ja skinęłam mu głową z lekkim uśmiechem. Nagle lampki zgasły.
-Co się dzieje?! - usłyszałam Chestera.
-Nie wiemy ale to nic dobre....- Kasmir umilkł w półzdania bo przed nami nagle pojawiła się wielka świecąca kula poprzecinana srebrnymi żyłkami prądu. Lorenz wyciagnął w stronę tego dłoń.
-Nie ruszaj tego! - prawie krzyknęłam.
Jego dłoń cofnęła się z powrotem a kula jakby urażona cofnęła się w głąb skalnego korytarza.
Dalej szliśmy  na oślep aż trafiliśmy do jednego wielkiego pomieszczenia wykutego w kamieniu. Sklepienia było jakieś dwadzieścia metrów nad nami. Lorenz wziął zapalniczkę i podpalił pochodnie przytwierdzone do skał.
-Tu jest za spokojnie... - powiedziała cicho Rikki.
Wszyscy przytaknęli.
I tak jakby na zawołanie z innych odrębnych korytarzy zaczęli wychodzić ludzie. Chociaż nie. Nie ludzie. To coś miało ludzkie sylwetki ale nie miało twarzy. Jedynie gładką, naciagniętą skórę. Pomiędzy nimi niczym królowa stała Zira. W czarnym kombinezonie z dużym dekoltem  i włosami spiętymi w kucyk wysoko na głowie wyglądała jak bogini mordowania. W ręce miała długi srebrny miecz i minę jakby bawiło ją to, że przybyliśmy.
-Oh, jak miło. Córka Zeusa. - zasyczała. - Tatusia zaboli jak ucierpisz w walce.  Śmiertelnie.
-Jakby jego obchodziło coś innego niż jego własny tyłek. - prychnęła Zoey.
-W to nie wątpię.
Skinęła dłonią na naszą grupkę a stwory ruszyły na nas ze ślepą furią.
Sylwetka Christophera rozmazywała się powoli, zaczynając od dłoni. Po chwili zniknął cały a ja oniemiała patrzyłam w miejsce gdzie jeszcze przed chwilą stał i próbowałam ogarnąć co się przed chwilą wydarzyło.
Stwory miały coś ponad dwa metry wysokości. Żeby im dorównać musiałam wydłużyć sobie nogi. Teraz wyglądałam jak tyczka. Pięknie. Przewróciłam oczami i rzuciłam się w wir walki.


W tym samym czasie u Chrisa:

Było jasno, nienaturalnie jasno. Christopher stał po kolana w wodzie, której ciągle przybierało. Zobaczył skałę po przeciwnej stronie długiej ale niskiej kamiennej groty, na której coś błyszczało w świetle dostającym się tu przez małą dziurkę na szczycie. Brunet przymrużył oczy próbując wypatrzyć co się tam znajduje, po chwili ujrzał trzy noże z trzonami z czarnej skóry. Zaczął brnąć w tamtą stronę. Woda która podnosiła się co sekundę sięgała mu już po żebra i jej ciągłe przybywanie utrudniało chodzenie. Kiedy próbował iść dalej nadepnął na coś co wydało dziwny dźwięk jakby otwieranych drzwi i do groty zaczęło napływać więcej wody. Booth zaczął panikować próbując iść dalej ale za każdym razem wpadał do wody, mimo tego nie poddawał się. Próbował teleportować się do skały ale nie dał rady, dopiero po czwartym razie zdał sobie sprawę że miejsce w którym się znajdował skutecznie hamuje wszystkie jego zdolności.
Złapał się za głowę zaciskając pięści na swoich włosach.
Myśl, geniuszu myśl! - powtarzał sobie w myślach ale to nic nie dawało, nie mógł się skupić gdyż cały czas panikował na cichy głos w głowie który mówił że zanim dotrze do tych cholernych noży, może utonąć, w czymś co kocha a bynajmniej w czymś co jest z tą osobą związane.
Skup się! Zastanów się co w takiej sytuacji zrobiłaby Hanna... - w jego oczach zaczęły pojawiać się łzy na samą myśl o dziewczynie. Nie mógł, nie chciał skończyć tak jak ona a nawet jeszcze gorzej. Woda dosięgała mu już do brody, wiedział  że nie ma czasu, wziął więc głęboki oddech po czym wszystkimi siłami odbił się od kamieni i wypchnął nogi do góry, ułożył się na plecach głową w stronę błyszczących od światła księżyca przedmiotów. Zaczął ruszać rękami w sposób w jaki robi się aniołki na śniegu, przez co płynął. Uśmiechnął się w duchu z myślą że jeszcze chwila i będzie po wszystkim.
Był już prawie u celu misji, już wyciągał rękę kiedy coś owinęło się w okół jego kostki i wciągnęło pod taflę wody. Momentalnie zaczął wiercić nogami próbując się uwolnić jak najszybciej by nabrać powietrza którego za pierwszym razem nie wziął za dużo.
Oczy cały czas miał zamknięte, nie chciał ich otworzyć choć woda napierała na powieki coraz mocniej. Bał się, po prostu bał się co zobaczy, bał się że przerazi go to tak bardzo że nie ukończy zadania. Dlatego tak bardzo zaciskał oczy.
Chłopak namacał ręką miejsce gdzie to coś oplatało mu w mocny sposób nogę, oprócz gładkiej skóry nie poczuł nic, przesunął więc rękę wyżej, poczuł łuski, zwykłe, układające się obok siebie łuski jak u smoka tyle że w wodzie, zaczął się wyrywać nie tylko z braku powietrza jak i z obawy o swoje życie, nie mógł uwierzyć jak takie zwierze może zmieścić się w dziurze o szerokości zaledwie pięciu metrów.
Rwał się i rwał a jego myśli ciągle krzyczały - wąż morski, wąż morski!
Zaczął wymachiwać rękami do góry z myślą że może uda mu się wyśliznąć, ale nic z tego.
Wymyśl coś! Wymyśl coś! - po raz kolejny od kiedy tu trafił krzyczał na siebie w myślach.
Nie miał pomysłu, nie potrafił nic wymyślić, nic nie przychodziło mu do głowy. Zwinął dłoń w pięść, próbował walnąć nią w stwora ale mu nie wyszło i walnął nią w szorstką, kamienną ścianę. Otworzył usta żeby krzyczeć ale żaden dźwięk nie wydostał się z jego ust. Woda zaczęła nalatywać mu do ust gdyż nie był w stanie ich zamknąć, dusił się. Do płuc zaczęło nalatywać więcej wody, czuł to i czuł że to koniec, mimo że tak bardzo tego nie chciał.
W ostatnim przebłysku świadomości przypomniał sobie scenę z filmu który kiedyś oglądał razem z chłopakami z domu Hermesa i postanowił zaryzykować, w końcu i tak nie ma nic do stracenia.
Złapał kawałek jego ogona, po czym ugryzł go najboleśniej jak umiał. Potwór puścił go a ten wypłynął na powierzchnie z otwartymi ustami, zachłysnął się powietrzem próbując złapać oddech a następnie szybko wspiął się na skały, co chwile spoglądając w dół na wodę czy przypadkiem się nie wynurzył. Chris stanął już na wysuniętej skale z nożami kiedy ni z tą ni zowąd pojawił się przed nim wielki wąż z głową jak u smoka i grzebieniem pociągniętym z głowy na dół i jeszcze dalej pod wodę. Wąż patrzył na niego kiedy ten podbiegł i kopnął noże pod skałę gdzie po chwili sam podbiegł.
-Co to miało być Synie Hermesa? - zagrzmiał potężny głos węża,który unosił głowę nad wodą z szeroko otwartymi oczami.
-Sztuczka. - Chris miał niepewny głos - nie byłem pewny czy zadziała...
-Sztuczka godna króla złodziei. Gratuluję. - mogło się wydawać, że wąż się uśmiechnął. - co się dzieje w obozie?  Nie było mnie tam od dawna. Czekałem na Ciebie dwanaście lat.
Chris usiadł na kamieniu i zaczął rozmawiać z wężem, który ostatecznie okazał się stęskniony za widokiem prawdziwego morza i który wcześniej mieszkał w jeziorze przy obozie.



-Gdzie ty byłeś do cholery?! - krzyknęła Zoey widząc, że Chris zmaterializował sie nagle przed nią na polu walki. Przystawila nogę do nogi i jednym celnym cięciem miecza pozbawiła głowy  stwora bez twarzy, która poturlała się pod moje nogi. Z obrzydzeniem krzyknełam na blondynkę i odkopnęłam głowę w głąb sali.
-Rozmawiałem z wężem morskim.- odpowiedział spokojnie.
-Aha. No to gratuluję a teraz zabieraj dupe w troki i pomóż nam!
-Co? A tak, jasne. Już.
Wyjął zza paska srebrny nóż i zaatakował nim zbliżającego się stwora. 
-Masz oręż?!- wrzasnął Chester z drugiego końca sali, jednocześnie skręcając kark potworowi. Chris pomachał mu trzema nożami. - No to spadamy!
Wszyscy jak stali, tak rzucili się w stronę korytarza. 
-Nie byłabym tego taka pewna...- krzyknęła za nami Zira. - Aiden! Przyprowadź ją!
Wszyscy odwrócili się jednocześnie. Do sali z korytarza wszedł wysoki blondyn trzymając nóż przy gardle szarpiącej sie dziewczyny. Był od niej dwa razy wiekszy, nie miała szans.
-Jeśli nie oddacie mi noże, ona no cóż... Zginie - Zira uśmiechnęła się przerażająco i zbliżyła o kilka kroków. Jej buty na wysokich szpilkach stukały o  kamienną podłogę odbijając się echem po całej jaskini. 
-Nie możemy jej tu zostawić. - powiedział Chester.
-Nie możemy oddać tej zdzirze i marnej podróbie mojego ojca płci damskiej tych noży! - zaprotestowała Zoe. Wszyscy spojrzeli na nią ogłupiali. - Och dajcie spokój! Ona nic nie potrafi. Nie pomoże nam. A oręże sa nam POTRZEBNE.
Podczas gdy wszyscy próbowaliśmy wyperswadować dziewczynie, że nie możemy zostawić tej biednej heroski zdanej na łaskę, niełaskę Ziry potwory zaczęły otaczać nas z wszystkich stron. 
-Masz jeszcze jakieś objekcje Zo?- zapytałam szturchając ją w ramię i wskazując nasze położenie. 
Blondynka zacisnęła wargi i rozejrzała się. Potwory otaczały nas z góry, z półkek skalnych, zachodziły nas z korytarzy, ze wszystkich stron, tłoczyły się u boku Ziry. 
-Już nie żyjemy. 


*******************
Wybaczcie, że tak długo czekaliście ale mam nadzieję, że dotrwaliście do końca rozdziału i dziękuję za pomoc mojej kochanej siostrze, która jest odpowiedzialna za 1/4 rozdziału :) 
Pozdrawiam <3

niedziela, 10 sierpnia 2014

Rozdział sześćdziesiąty pierwszy

Uniosłam dłonie i prześlizgnęłam się pomiędzy skałami, zadzierając rękaw obcisłej różowej koszulki sportowej. Okręciłam się łapiąc równowagę i zmieniłam kierunek. Na mojej drodze wyskoczyła skała. Wiedziałam, że nie dam rady jej minąć, była zbyt blisko, a ja nie miałam czasu na manewr. Zakryłam rękoma twarz i zatraciłam się w powietrzu. Nie czekałam na uderzenie, czekałam na rozpłynięcie się w ciepłych, nocnych powiewach wiatru. Poczułam bliskość głazu zmierzający w moja stronę, a potem poczułam jak rozpływam się na milion kawałków, dryfując w powietrzu.
Po pokonaniu przeszkody, moje ciało, które było małymi niewidocznymi dla oka atomami znów zaczęło się scalać. Zmaterializowałam sie zarz za lecącym głazem nie tracąc na prędkości i pomknęłam dalej łapiąc więcej prądów powietrznych, które dały mi dodatkowy napęd.
          W bladym blasku księżyca zauważyłam wielką skałę. Skierowałam się wprost na nią i dosłownie rozbiłam się o nią, rozpływając się w powietrzu. Nie chciałam przez nią przejść ale tylko sprawdzić swoje możliwości.
Zmaterializowałam się stojąc na skale. 
         Wstałam z kucek i teraz widziałam świat przekręcony o 90 stopni. Usłyszałam ostrze przecinające powietrze, a potem po kolei cztery ostrza przeszły przez moje ciało, które zamieniło się w różową mgłę, która od razu scaliła się z moim ciałem. Nie zdążyłam przyzwyczaić jeszcze się do tego uczucia. Tą nową moc odkryłam jakiś tydzień temu.
           Lorenz i Kasmir rzucali szklanką pełną wody. Próbowali chwycić ją lewą ręką nie uronić  ani kropli. Nagle rzucili ją w moją stronę, a ja chciałam ją złapać. W tedy mój kciuk rozmył się i szklana stłukła się. Chłopaki tego nie zauważyli, ale ja owszem. Wtedy właśnie poleciałam do Zeyna po pomoc. I tak właśnie już tydzień ćwicze pod okiem moich dwóch braci. Zeyna i Heraklesa, który nagle zjawił się na naszym drugim treningu przysłany przez Zeusa... tego nadętego ćwoka, który nie może ruszyć dupska z Olimpu! Ważniak jeden!
Po ostrzach w moim kierunku premieściły się dwie postacie. Zaatakowali mnie równocześnie, a moje ciało znów się rozmyło unikając ich ciosów. Zmaterializowałam przed swoim starszym bratem i sparowałam jego rękę, ten próbował chwycić mnie za nadgarstek, który się rozmył, a ja kopnęłam go kolanem w żebra.
           Zeyn wykorzystał moją nieuwagę i naparł na mnie z prawej strony, rozcinając bluzkę na szyi robiąc wielki dekold. Cóż bluzka do prania. Herakles podciął mi nogi i zaczęłam opadać w dół tracąc równowagę. W locie dołączyli do mnie bracia i wymieniliśmy się ciosami. Tusz przy ziemi zwolnili i poszybowali w górę, a ja zderzyłam się z grubą skorupą rozpadając się na miliard kawałków. Lekkim powiewem wiatru posłała swoje cząsteczki w stronę stromej skały i zmaterializowałam się na niej. Zaczełam biec po niej w górę próbując utrzymać równowagę, kiedy bracia przepuszczali kolejne ataki. Herakles wymierzył mi kilka mocnych ciosów, których nie uniknęłam gdyż w pełni nie potrafiłam panować nad własną mocą. 
           Czułam coraz większe zmęczenie, a częstotliwość ataków chłopaków się nie zmniejszała, co źle wpływało na mnie. Zaczęłam robić się powolna i co chwilę używałam Żółtego Błysku, aby sparować ciosy. Bolały mnie żebra, które najpewniej miałam stłuczone i lewe kolano, które doświadczyło kopniaka Zeyna. Zero delikatności dla kobiety! Bydlaki!
           Rozmyłam się cała i zmaterializowałam kilka metrów od nich. Zaczęłam biec po skale aby złapać troche oddechów, lecz na próżno. Dogonili mnie i po zaciętej walce znów spadałam w stronę ziemi, a oni lecieli za mną z wyciągniętymi mieczami. Dostrzegłam przed sobą drzewo rosnące na półce skalnej. Obróciłam się w powietrzu i odbiłam od drzewa, robiąc z siebie ludzki pocisk. Musieli usunąć się z drogi, kiedy obok ich mknęłam, ale Herkules zdążył chwycić mnie za kostkę i cisnąć w drugą stronę.
            Uderzyłam plecami o te same drzewo, od którego się odbiłam, łamiąc je. Poczułam jak coś mi pęka ale nie martwiłam się tym. Boskość za chwilę mnie poskłada do kupy więc nie ma się czym marwić.
             Wpadając na zimną ziemię znów się rozbiłam. Teraz dłużej zajęła mi materializacja się, a chłopaki lecieli w moją stronę machając mieczami. Wspięłam się na ręce i okręciłam nabierając szybkości. Najpierw kopnęłam Zeyna potem Heraklesa, ale ten wyminął mój cios i zafundował mi niezłego młynka, wyślizgnęłam mu się, stanęłam na rekach na jego barkach i nim zdążył zareagować oplotłam nogmi jego głowę otem runęłam do przodu i posłałam go na najbliższe drzewo. Podskoczyłam i frunęłam w stronę skały. A oni jak natrętne muchy znów mnie otoczyli. Tym razem rozmyłam się ostatni raz.
 - DOŚĆ! - krzyknęłam wracając do normalnej formy i posłałam w ich stronę huragan, który odgrodził mnie od nich.
Zmęczenie wzięło górę i poczułam jak powoli spadam w stronę ziemi. Zamknęłam oczy.


 - Hej, Zo. - usłyszałam delikatny głos. - Nie wygłupiaj się.
Ktoś potrząsnął moim ramieniem, ale ja jeszcze nie chciałam wstawać. Było mi tak dobrze... tak spokojnie.
 - Kobieto powstań! - kolejny głos zakłócił mój azyl. Ten był gruby i nieprzyjemny.
 - A co jeśli się nie obudzi? - spytał ten pierwszy dalej mną trzęsąc.
Usłyszałam sapnięcie.
 - No to będziemy mieli problem.
 - Zamknijcie się oboje. - warknęłam na głosy - Ja tu próbuje się zrelaksować.
Uchyliłam jedną powiekę. Widziałam nad sobą dwie pochylone postacie, które przyglądały mi się z troską. Chwilwo nie wiedziałam gdzie jestem... ach tak. Trenowałam. I chyba zleciałam z góry. Ale co było potem to nie pamiętam.
 - Zo! Obudziłaś się! - Zeyn wziął mnie w ramiona.
Herakles odchrząknął, a jego płaszcz z Lwa Nemejskiego lekko zsunął się z jego ramienia.
 - Uważaj. Może mieć coś połamane. - upomniał go.
Skrzywiłam się słysząc tą uwagę.
 - Jak wyglądam? - tak naprawde chyba nie chce słyszeć tej odpowiedzi.
 - Jak osoba, która spadła z 200 metrów. - odparł staruszek.
Wyszczerzyłam się. Tak jednak nie chciałam takiej odpowiedzi. Dopiero teraz poczułam coś mokrego i lepkiego znajdującego się na moich ubraniach i  włosach. To musiała być krew... i to moja.
 - Nie pocieszyłeś mnie.  - odparłam - Macie ambrozje? Bo jakoś mi zimno.   
Zayn syknął i zaczął grzebać po kieszeniach.
 - Masz wariatko. - przyłożył mi do ust butelkę ze słodkim płynem. Otworzyłam usta, a nektar spłynął do mojego gardła - Jakby Shedow widział cie w takim stanie to najpewniej by mnie za to zabił.
          Uśmiechnęłam sie na tą myśl. Czasami ciesze się, że mój chłopak o jednych rzeczach nie wie. Na 100% zrugał by mnie za tak drastyczny trening... a o moich braciach nie wspomnę... Już dawno byliby powieszeni za jaja, na którymś z drzew. 
 - Dobra rodzinko muszę się zbierać. - oznajmił Heralkes przeciągając się. - Ty - wskazała na mnie - zakaz używania tej mocy do czasu aż ją opanujesz, pamiętasz? - kiwnęłam głową nie odrywając ust od butelki - I ci cho sza dopóki nie pojawi się nowy Błogosławiony, jasne? - teraz oboje pokiwaliśmy głową.
Herakles jak się pojawił tak zniknął.
 - Że też on musi tyle gadać. - parsknął ciemnowłosy - Zeus każe nam za dużo rzeczy ukrywać. O przepowiedni, którą wielkolud przyniósł - miał namyśli Heraklesa - też nie powinien nam mówić. A pojawienie się nowego Błogosławionego przechyli szalę zwycięstwa na naszą stronę!
Wypróżniłam całą butelkę i otarłam usta dłonią. Teraz już potrafiłam poruszyć dłonią, do minuty będę jak nowo narodzona, po takim zastrzyku ambrozji.
 - Lepiej jak trzymamy to w tajemnicy i po cichaczu będziemy ich trenować. - szepnęłam. - Mniejsze prawdopodobieństwo, że Zira się dowie.


***

 - Kochanie gdzie byłaś w nocy? - Shedow przerwał pakowanie broni i spojrzał w moją stronę.
Podniosłam głowę z nad polerowanej klingi Krwawego Ostrza i spojrzałam na swojego ukochanego.
 - Nie potrafiłam zasnąc - skłamałam. Mam nadzieje, że nos mi nie urośnie. - Patrolowałam przezz jakiś czas obóz, a potem spotkała Zeyna i nam trochę zeszło. - nie skłamałam całkowicie.... bo przecież byłam z Zeynem. 
Shed przymrużył oczy, a ja wstrzymałam powietrze. Związał usta w cieńką linie, ale nic nie powiedział. Uśmiechnęłam się blado do niego i wróciłam do polerowania. Cholera! Przed nim się nic nie ukryje! 
 - Stresujesz się kolejną misją? - spytał. 
Wzdrygnęłam się. Przez cały czas odkąd pojawiła się kolejna przepowiednia , próbowałam ukryć w sobie wszystkie emocje i lęki. Nie potrafiłam myśleć na ten temat. W końcu poprzednia misja zakończyła się wielkim fiaskiem i odejściem jednego herosa, co wcale nie było miłe. Zacisnęłam dłoń na rękojeści. 
Poczułam jak otacza mnie ramieniem i całuje w głowę. 
 - Nie martw się tym. Teraz poczynamy zgodnie z przepowiednią. - szepnął. Jego głos był nad wyraz kojący. - teraz nic się nie stanie... może troche ns poturbują jak w każdej misji, ale nikt nie odejdzie. - pocałował mnie w głowę - Obiecuje.
Pokiwałam głową gdyż bałam się odezwać, aby mój łamiący głos mnie nie zdradził. 
Rozległo się pukanie do drzwi. 
 - Prosze! - krzyknął Shedo ostatni raz mnie całując.
W drzwiach stanęła Selena. Wyglądała blado, ale o wiele lepiej niż pare dni temu. Wciąż była skryta i bała się ludzi, ale w stosunku do Sheda była całkiem otwarta.
 - Coś się stało? - spytałam.
Pokręciła głową. 
 - Idziecie? - jej cichutki głos rozszedł się po pokoju.
 - Tak. - Shedow puścił mnie i podszedł do niej. - Ale będziesz tu bezpieczna. - słyszałam jak powoli tłumaczy jej wszystko.
Miałam kilka chwil dla siebie i zaczęłam dopakowywać się. Plecak z ambrozjom, portfel, dokumenty, sześć kilo ciężkiej  broni, troche jedzenia, koc, śpiwór i kolejne kilo zabawek Gregorego. Niekiedy czuje się jak agent specjalny sił herosów. Miałam na sobie masę sprzętu elektronicznego porównującego wartością te, które używają FBI. Cóż za ironia losu.
Zarzuciłam plecak na ramie i zapięłam pas z nożami. Byłam przygotowana na nadchodzącą bitwę... ale czy na pewno? 
 - Gotowa? - spytał Shedow wypuszczając Selen z objęć. 
 - Jasne! - odparłam. Pomachałam małej - Trzymaj się Sel! 
Trzymając się za ręce udaliśmy się na miejsca zbiórki. Wąwóz Lusios w zachodniej  Arkadii. 


Mam nadzieje, żę wam się podobało :D Bo ja jestem bardzo zadowolona :D A co wy myślicie?
Bujeczka :**

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Rozdział sześćdziesiąty

W Domku Dowodzenia powiedziano mi, ze mam zamieszkać w świątyni Hypnosa.  Świetnie! Będę musiała codziennie oglądać jego wizerunek. Osobiście będę pomagać przy remoncie mojego przyszłego lokum, by jak najszybciej uwolnić się od obecności boga snu.
Nawet nie rozumiem po co mnie tu sprowadzono, obóz jest przeładowany herosami wiec co za różnica jeden w tą czy w tą?
Podczas moich rozmyślań zapanowało jakieś poruszenie. Herosi przemieszczali się najczęściej w grupkach, dyskutując o czymś zawzięcie. W mojej głowie szybko zrodził się plan opóźnienia swojego przybycia do świątyni. Ruszyłam za rozentuzjazmowanymi i rozgadanymi pól-bogami. By choć w minimalnym stopniu przypominać człowieka w trakcie drogi zaplotłam z włosów kłosa i przerzuciłam go przez ramie.
-Było włamanie i pojawiła się nowa przepowiednia, podobno dotyczy drużyny...- naprawdę, nie wiem czym tak się ekscytować? Kolejny heros będzie musiał walczyć za jakiegoś boga w nieswojej wojnie...
Nie mogłam nie poznać celu mojej podroży, wokół napisu na murze w dalszej i bliższej odległości zgromadziło się dużo osób.
-Niestety nie, mała. Teraz to również twoja wojna.- usłyszałam męski głos. Akurat, to wojna bogów! A ona zostanie wyniesiona na piedestał, bo za jakiegoś zginie. O nie! Dlaczego jakaś dziewczyna zaczęła mi się uważnie przyglądać? Musze jak najszybciej stad odejść, ona, ani nikt inny nie może się do mnie w żaden sposób zbliżyć. Zaczęłam się powoli oddalać, jakby to, co zobaczyłam, zaspokoiło moja ciekawość.
-Głupie przepowiednie! Każdy mógł to napisać!- tylko tyle udało mi się usłyszeć zanim zaczęłam biec.

***
Zatrzymalam sie pod dosc pokaznym budynkiem. Dzieki dosc dokladnym instrukcjom, ktore uzysalam w Domku Dowodzenia nie moglalam nie trafic. Nawet ja! Zamiast od razu wejsc do swiatyni stalam przed schodkami prowadzacymi do niej. Balam sie. Nawet dokladnie nie wiem czego.
-Jestes debilka i tchorzem. Nie ma czego sie bac- powiedzialam glosno by choc odrobine dodac sobie odwagi. Podeszlam do machobiowych dzwi i polozylam dlon na zeliwnej klamce. Zamknelam oczy i pchnelam drewniana powloke z calej sily.Co okazalo sie bledem.... Ktos dokladnie naoliwil zawiasy, w skutek czego prawie wyladowalam na podlodze. Tez mi cos... Jakby nie mozna bylo przykleic kartki! Naprzyklad,,Łatwo sie otwieraja. Nie pchac z calej sily!" Ale nie! Lepiej, zeby czlowiek lezal plackiem! Rozejrzalam sie po wnetrzu, nie kryjac zachwytu. Podloga byla wykonana z granitu, sciany byly granatowe a na nich wymalowano konstelacje, ktore nawet swiecily! No i ogromny hypnosowski posag. Bog snu rozparty na ogromnym lozu. Jakby nie wystarczyly ogromne rozmiary postumentu, umieszczono go na podescie, zaraz za oltarzem do skladania ofiar. Ruszylam przez nawe w strone posagy, jednak nie weszlam po schdkach tylko skrecilam w lewa strone, ku drzwim ukrywajacym pokoje. W trakcie budowy swiatyn przewidziano mozliwosc, zbyt duzej liczby herosow, by mogly je pomiescic domki, dlatego wybudowano w swiatyniach odrebne mieszkania. Mogly pomiesc kazda liczbe dzieci bogow, bo byly zaczarowane tak, by w razie potrzeby 'powiekszaly sie'. Dotknelam sciany, uruchamiajac sprytnie ukrytych drzwi. Mieszkanie otwietalo sie tylo dla dzieci danego boga. Czy wspomnialam, ze mieszkania sa idealnymi bunkrami? Jednak nie godzi sie zbyt dlugo mieszkacw swiatyni poniewaz, tte pokoje wykonano rowniez dla bogow. Weszlam do korytarzyka ukrytego za drzwiami, ktore natychmiast sie za mna zamknely. Bylo tutaj piec par drzwi. Otworzylam pierwsze z prawej. Kuchnia polaczona z jadalnia i salonem, naprzeciwko byla duza lazienka. Kolejne drzwi po lewej prowadzily do garderoby, a  na przeciwko na schody. Drzwi na koncu korytarza skrywaly sypialnie, do ktorej weszlam. Ogromne lozko, komoda, regal i toaletka, mala lazienka oraz przejscie do garderoby, kremowe sciany i... Olsniewajacy sufit! A raczej jego brak! Zamiat tradycyknej betonowej powloki, byl przeszklony, a pokoj tak zaprojektpwany i zapewne zaczarowany, ze bez problemu moglam ogladac przepiekne nocne niebo. Spojrzalam na lozko, byla na nim biala koerta, ktora odcinala sie od ciemnej poscieli. Podnioslam ja i dokladnie obejrzalam, na wierzchu bylo moje imie, wiec ja otworzylam.


,,Susane,
Mam nadzieje, ze spodobalo sie tobie mieszkanie. W koncu jestes w obozie, napewno sie z kims zaprzyjaznisz. Mozesz z tąd brac co tylko chcesz.
Twoj ojcec,
 Hypnos"

Na pewno sie z NIKIM nie zaprzyjaznie, musze sie trzymac na uboczu, tylko w ten sposob nikomu nic sie nie stanie.



~~~
Hej :) 
Mozecie mnie powiesic, ze tak dlugo, ale nie mam dostepu do kompa a rozdzial najpierw napisalam na papierze a potem przez telefon.
Przepraszam, ze tak malo dialogow i sama opisowka, ale to w koncu ma byc odludek, nie? 
Jak ktos przeczyta ten rozdzial to jest moim bohaterem... Bo wiem jak ciezko czyta sie flaki z olej dodatkowo bez korekty, ale jej juz dzis nie dam rady zrobic bo nie wiem gdzie podzialam okulary i az oczy mnie pieka... Przepraszam rowniez ze jest dosc krotki, ale  beznadziejnie pisze sie na telefonie.
Pati ;*

poniedziałek, 21 lipca 2014

Rozdział pięćdziesiąty dziewiąty

-No ty chyba sobie ze mnie jaja robisz...-wymamrotałam patrząc oszołomiona na czerwony napis.
Zoey poklepała mnie po ramieniu.
-Niestety nie, mała - za plecami usłyszałyśmy głęboki męski głos. Gregory. - Teraz to również twoje wojna.
Za jego plecami stanęło jeszcze kilka osób wyrwanych ze snu. Jak i również przyprowadzona przez Shedowa do obozu. Jej długie gęste włosy wyglądały jakby wcale nie spała. Była uczesana ale jej wymięte ubranie wskazywało na to, że jednak musiała chociaż leżeć. Dylan stanął za moimi plecami kładąc jedną dłoń na ramieniu.
-Głupie przepowiednie. - powiedziałam. - każdy mógł to napisać!
Wtedy Dylan jak na zawołanie puścił moje ramię, stanął z rozłożonymi na boki rękami, jego oczy zaszły mgłą i wyrecytował słowo w słowo to co zostało napisane krwią.
-Czyli jednak nie każdy..- zakpiła Rikki.
-No i niby jak ja mam wam pomóc?
-Jesteś szybka, prawie dorównujesz Zoey, zwinna, dobrze władasz mieczem, jesteś silna no i przede wszystkim możesz dobrze zmylić przeciwnika zmieniając postać. To się przyda. - podsumował Kasmir wyliczając na palcach moje zdolności.
-Boże.. Co ja bym robił jakbym mógł zamienić się w kobietę... -Oczy Lorenza stały się rozmarzone a na twarzy pojawił się błogi uśmiech.
-Zamknij się już debilu. - zrugał go ze śmiechem Dylan.
-A ty nie?- odparł mu nieustępliwy bliźniak.
-Stary... Idź się leczyć. - Gregory położył mu troskliwie dłoń na ramieniu.
-Chodźmy już stąd. Teraz raczej nie wróci ale i tak trzeba postawić straż. - powiedział Chester (nie wiem czy dobrze pamiętam ale chyba miał na imię Chester). Po chwili dodał rozglądając się po grupce osób- ochotnicy? 
Westchnęłam i uniosłam dłoń.
-Ja mogę zostać. I tak już raczej nie zasnę. - skwitowałam i osunęłam się po nieumazanym kawałku kamiennego muru.
-No to zostaję z tobą - zaoferował Dylan. - I tak muszą być dwie osoby. 
Za plecami zgromadzonych rozległ się cichy ryk. Ja już do niego przywykłam ale inni chyba nie, sądząc po tym, że każdy podskoczył w miejscu. 
-Hasta również zostaje. - oznajmiłam. 
-Niech wam będzie- Ches machnął na to ręką i zrobił odwrót w stronę swojego domku. 
Reszta poszła w jego ślady. Zoey jeszcze raz poklepała mnie po ramieniu i też poszła do siebie. Albo do Shedowa ale kto ich tam wie. 
Zwierzę położyło się obok mnie a ja oparłam brodę na czubku jego głowy. Dylan stanął bokiem do bramy, twarzą do mnie. Wbił we mnie swoje miażdżące (w pozytywnym znaczeniu tego słowa) spojrzenie i założył ręce na piersiach.
-Czeka nas dłuuuga noc. - oznajmiłam patrząc przed siebie i obserwując jak nikłe, oddalone światła w oknach naprawdę różnorodnych domów gasną jakby ktoś zdmuchiwał świeczki. Po kolei. Jedno po drugim. Aż w końcu było zupełnie ciemno.
-Ale w końcu mamy szansę bliżej się poznać. - powiedział z szerokim uśmiechem siadając przede mną.-Gramy w pytanie-odpowiedź? 
-Ostatni raz grałam w to w 5 klasie. Chyba oboje z tego wyrośliśmy, nie sądzisz?
-Skoro niektórzy Bogowie nadal chodzą w tym co przypomina prześcieradło to my możemy zagrać w jedną niewinną grę.
-Zaczynaj. 
-Co najbardziej cenisz i lubisz w życiu? 
Spojrzałam na niego opierając głowę na dłoni ułożonej na szyi lwa obronnego. Przez chwilę rozważałam w głowie wszystkie możliwości, doszukiwałam się drugiego dna, do którego byłam przyzwyczajona, a którego chyba tu nie było.
-Cenię rodzinę, przyjaciół..- tu pogłaskałam Hastę po łbie-.. Moce sukuba, noc, miłość.. A lubię seks. 
Podrapał się po tyle głowy a ja uśmiechnęłam się triufująco.
-Ok. Moja kolej. Czym dla ciebie jest obóz herosów?- zadałam pierwsze lepsze pytanie, które nasunęło mi się na myśl.
-Domem. Bezpieczną oazą. Miejscem gdzie mogę być naprawdę sobą.
-Nie jest tu zbyt bezpiecznie- zauważyłam.
-Nie o takie bezpieczeństwo mi chodziło. Tu nie muszę zastanawiać się nad sensem bycia, po prostu jestem i tyle. Podczas walki oddaję się w zapomnienie, w bezpieczną strefę. Ale dość o tym. Jak to się stało, że wylądowałaś właśnie tutaj?
-Trenowałam w nieoficjalnym obozie na obrzeżach Los Angeles. Nazywaliśmy to Instytutem. Obóz źle się kojarzył. Więc nazwa Instytut przyjęła się bardzo szybko. Po treningach wracaliśmy do domów, było zupełnie inaczej niż tutaj. Mój ojciec od lat opowiadał mi o mamie. Mówił, że jest, nigdy nie mówił, że była, niesamowicie piękna, inteligentna, beztroska, czuła. Wiedziałam czemu odeszła, że nie wróci też się domyślałam. "Może kiedyś", tak sobie wmawiałam. Może kiedyś ją spotkam. Przemiany pojawiły się nagle, podczas jednego z wielu treningów na strategie. Pamiętam do dziś przerażoną minę mojego instruktora. Był ode mnie niewiele starszy, przystojny. Ale mniejsza o drobiazgi. Rzucił miecz na ziemię, bo to było podczas części praktycznej, i cofnął się kilka kroków. Cała sala okolona była lustrami, abyśmy widzieli swoje ruchy i aby widział je przeciwnik, takie utrudnienie. Ja również rzuciłam miecz i zbliżyłam się do lustra. Zmieniałam się. Moje włosy były białe, czerwone, marchewkowo rude, blond, czarne, miodowe. Moja skóra miała najróżniejsze odcienie. Oczy też. Zmienialy kształt, wielkość, kolor. Od jasnoniebieskiego po ciemny braz i czarny. W głowie mi szumiało. Słyszałam milion szeptów, jakby każdevmoje nowe ja walczyło o miejsce w mózgu. A ja patrzyłam przerażona na swoje odbicie. Już nie moje. Z każdą mikrosekundą inne. Włosy w jednej milisekundzie były proste, czarne, do ramion. W drugiej już blond, do pasa. Ledwo wyłapywałam wszystkie szczegóły. Ale oprócz ciała zmieniało się jeszcze ubranie. Szepty się nasiliły. Padłam na kolana przed tym nieszczęsnym lustrem i łapiąc się za głowę krzyczałam. Fabian, instruktor był przerażony. Patrzył na mnie nie wiedząc co robić. Wreszcie to ustało a ja wyłożyłam się na zimnej posadzce ciężko dysząc. - urwałam aby zaczerpnąć głębszego oddechu. Dylan słuchał nie przypuszczając, że omijan kilka istotnych szczegółów.- szybko wyjaśnili mi, że nie jestem tylko herosem. Powiedzieli, że jestem sukubem. Tata to potwierdził i przeprosił mnie za zatajenie tej informacji. Gdy wreszcie sie z tym oswoiłam sąsiad zobaczył jak sie zmieniam. Ojciec zatrudnił kogoś kto wymazał mu pamięćale w obawie, że wspomnienie wróci jak mnie zobaczy, wyjechalismy do innej części miasta. W końcu przenieśli mnie tu, mówiąc, że tu bardziej rozwinę swoje zdoloności. Więc spakowałam rzeczy, pożegnałam przyjaciół, Instytut, tatę - i chłopaka ( dodałam w myślach) - i przyjechałam tu. 
Dylan długo nic nie mówił. Przypatrywał mi siś tajemniczo. 
-Ciekawe. Naprawdę. Jak to jest zmienić postać?
-Już przyzwyczaiłam się do szumów w głowie, w pewnym momencie przestałam je słyszeć. A oprócz tego czuję delikatne mrowienie na całym ciele.
Uśmiechnęłam się lekko. 
-A teraz koniec nudnych opowiadań, chodźmy na patrol. - wstałam z szerokim bananem na twarzy i poczekałam aż Dylan też się podniesie.
-Dobrze więc. Ja idę na prawo, ty lewo. Hasta pilnuje wejścia. 
Lew stanął dumnie pośrodku bramy i podniósł do góry potężny łeb. 
Ruszyłam w swoją stronę, wcześniej oczywiście pogłaskawszy Neque Hastę po karku. Szłam wzdłóż muru  rozglądajac się czujnie w każdą stronę. Doszłam do miejsca gdzie domki się kończyły, a bynajmniej były poza zasięgiem wzroku kiedy poczułam czyjąś dłoń na swoich ustach. Chciałam krzyczeć. Ale silne, aczkolwiek szczupłe palce zacisnęły się mocniej a usta zbliżone do moich uszu wyszeptały kojące słowa. Poczułam zapach słonej wody pomieszany z zapachem świeżej kory. Przestałam się szamotać. Dłoń cofnęła się. Silne ręce wzięły mnie w ramiona, podnosząc nad ziemię. Wtuliłam się w ciepłą bluzę Rikera i zacisnęłam dłonie na jego plecach. Połączyliśmy się w pełnym miłości i tęsknoty pocałunku, który zostawił na moich ustach smak soli.
-Tęskniłam. - wyszeptałam ze łzami szczęścia w oczach. 
-Ja też. - uśmiechnął się do mnie. Jego oczy błyszczały. Złapał mnie za rękę, splotliśmy palce i pozwoliłam aby poprowadził mnie dalej od obozu, pod drzewo na górce, skąd widać było morze. 
-I jak? - zapytał przytulając mnie. - Jak ci się tu podoba?
-Już po pierwszej nocnej akcji. Mieliśmy włamanie na teren. A tak w ogóle jak się tu dostałeś? 
Wskazał na morze. Przypłynął? Zwariował.
-Musiałem cie zobaczyć...
-I pocałować. - zaśmiałam się kończąc zdanie za niego. 
-A jakby sie bez tego obyło?- wyszczerzył się. Szturchnęłam go łokciem i przeniosłam na jego kolana aby go pocałować. Przez jakiś czas trwaliśmy tak w namiętnym pocałunku, błądząc dłońmi po swoich ciałach kiefy poczułam jak wkłada ręce pod moją koszulkę. Uśmiechnęłam się nie przerywając całowania i zatopiłam palce w jego włosach. Palce Rikera zaczęły drażnić moje plecy w miejscu zapiecia stanika. Pogroziłam mu palcem i zmieniłam ciuchy. Teraz miałam na sobie spodnie, które są tak ciasne, że nie da się ich zdjąć, koszulke z dekoltem, skórzaną kurtkę i co najważniejsze - stanik zapinany z przodu. Uwielbiałam się z nim tak droczyć. 
Chłopak fuknął zirytowany a ja śmiejąc się odrzuciłam włosy do tyłu. Odsunęłam się od niego i wstałam. Posmutniał.
-Mam wartę, muszę iść. Kiedy znów się zobaczymy?- zapytałam łapiąc go za obie dłonie i patrząc głęboko w oczy. 
-Za niedługo. Obiecuję. 
Puściłam jego ręce, pocałowałam go na pożegnanie i ruszyłam w droge powrotną. A on w kierunku wody. 


-Gdzie byłaś? Martwiłem się. - Dylan odetchnął widząc mnie całą i zdrową.
-Poszłam trochę dalej niż zamierzałam - skłamałam. 
-Czemu zmieniłaś strój? - zdziwił sie.
-Czasami tylko o czymś pomyśle a sie w to zmieniam, nie kontroluje tego. 
-Dobra. Koniec warty. - Shedow pojawił się jak z pod ziemi i wyrósł przed nami zevskrzyżowanymi rękami. 
Spojrzał na mnie z nieodgadnioną miną. 
-Dzięki stary. Chodź Nix. - powiedział Dylan ziewając.
-Za chwilę cię dogonię. - oznajmiłam i uśmiechnełam się niepewnie. On tylko skinął głową i poszedł z Hastą w stronę domków. 
-Byłeś tam. - powiedziałam. 
-Owszem. Byłem. - powiedział surowym głosem ale gdy tylko spojrzał na mnie, westchnął - Nix, proszę, badź ostrożna. Zo mnie zabije za zatajenie tej informacji - jęknął.
-Powiem Zoey. Ale to ma być nasza tajemnica Shedow. Nikt nie może o tym wiedzieć. Nikt nie może o nim wiedzieć.
-Dlaczego? Co jest w tym złego?
-Riker jest synem bliźniaczki Posejdona.

**********************
Dodam to późno bo o !5:00! ale akurat i tak nie śpie xD daję wcześniej bo nie będzie mnie w weekend. Nie robię poprawek, zbyt późno. Idę spać. Dobranoc skarby :)

Rozdział pięćdziesiąty ósmy

 - Boże! Jak nie chce mi sie tam iść! - wymamrotałam gdy szliśmy w stronę domku dowodzenia. - Jeden heros w te czy wewte nic nie zdziała...
 - Zo... Z łaski swojej zamknij się w końcu. - Warknął Ches.
Uniosłam brwi.
 - Och! Tak ładnie zwracać się do cioci? - odgryzłam się tarmosząc jego włosy.
Odsunął się i spojrzał na mnie z niesmakiem.
 - Ciotka od siedmu boleści. Już bym wolał starą, pomarszczoną ze stadem kotów.
Mrugnął do mnie.
 - Nie dostaniesz prezentu na urodziny! - zagroziłam, a ten spojrzał na mnie jak na idiotkę.
 - Moje urodziny już były i zapomniałaś o nich. Nie pamiętasz?
Stanęłam jak w ryta. Zmarszczyłam brwi i przyjęłam wyraz twarzy myśliciela.
 - Fox, zaraz ci mózg wyparuje - odezwał się Gregory.
Obrzuciłam tego zdrajce karcącym spojrzeniem.
 - No wiesz! Ja Cie miałam za przyjaciela! - zbeształam go.
Nasza rozmowa rozkwitła na dobre gdy stanęliśmy przed  Domem Dowodzenia.
          Nie wyróżniał się prawi niczym od zwykłych domków. Jego ściany były zrobione z kamienia przeplatanego drewnem, a białe okiennice skrzył y się w blasku słońca. Dach został zrobiony z ciemnego drewna, które dodawało mu władczości. Pod dachem znajdowały się rzeźby wszystkich Bogów i Bogiń nie pomijając Nemezis i Nyks. Poniżej na zwieńczeniach tarasu znajdowały się rzeźby herosów, którzy odcisnęli w jakiś sposób swoje piętno w historii świata. Dom był o jedno piętro wyższy od zwykłych, a przez czar rzucany na wchodzącego może pomieścić cały obóz. Najbardziej niedorzeczną rzeczą, która znajdowała się przy wejściu do Dowództwa była skomputeryzowana maszyna z przekąskami, która gryzła się ze starożytnym stylem. 
 - Zostańmy przy tym, że jestem królową a wy moimi poddanymi.
Mówiąc to skierowąłam się do automatu z żarciem. Nie jadłam dziś obiodu i byłam strasznie głodna, a Bóg jeden wie co mnie spodka w tych parszywych, przebrzydłych ścianach. Nie miałąm zamiaru wchodzić tam z pustym żołądkiem!
         Stanęłam przed maszynom  oglądając co będzie najsmaczniejsze. Po długim dumaniu zdecydowałam się na orzeszki w czekoladzie i zaczęłam szukać po kapsach drobnych. Na złośliwość losu nie mogłam doszukać sie drobnych. Nawet w staniku nie było ani grama srebrnika. Grrr. Moja niezawodna kryjówka na czarną godzinę mnie zawiodła.
Rozejrzałam się ostrożnie. Wszyscy już wpakowali sie do środka, a deptak opustoszał! To była moja szansa! Jakby nigdy nic wyciągnęłam wskazujący palec w stronę maszyny, wysłałam impuls elektryczny. Robot podskoczył kilka razy i wydał mi to co chciałam. Sięgnęłam do szuflady po orzeszki.
 -Nie łądnie tak kraść. - Podskoczyła i upuściłam przekąski. .
 - Cholera! Shedow! - zbeształam go, chodź ja powinnam oberwać - Przestraszayłam się!
Chłopak wynużył się z cienia.
 - Nie wiedziałem, że córka Zeusa zachowuje się tak niehonorowo.- objął mnie w talii i przyciągnął do siebie.
 - Dam ci kilka jak obiecasz, że nie piśniesz, ani słówka. - pokazałam mu język i schrupałam jednego orzeszka.
Uniósł brwi.
 - Panno Fox to przekupstwo! - zrugał mnie.
Posłałam w jego stronę figlarny uśmieszek.
 - No zgódź się! - pomachała mu paczuszką przed twarzą - Przecież wiem, że uwielbiasz orzeszki. - wyszczerzyłam się.
Spojrzał na mnie zmrużonymi oczami. W chwili kiedy nasze usta się zetknęły wiedziałam,  że wygrałam potyczkę. Objęłam delikatnie jego szyję i wplątałam palce w jego czarne jak noc włosy. Przyciągnął mnie bardziej do siebie i jęknął gdy przygryzłam delikatnie jego dolną wargę.
 - Sorry, że przerywam wam czyszczenie migdałków... - ni z tego ni z owego w oknie po mojej prawej stronie pojawił się Chris. Oderwaliśmy się od siebie ciężko dysząc -... ale jesteście potrzebni.


***

 - Nie wiedziałam, że ty tak dobrze walczysz. - pochwaliłam Pheonix po jej małym teście sprawności. 
Ta zadowolona komplementem zakręciła mieczem wokół nadgarstka.
 - W końcu jestem córką Nike. - pokazała mi jezyk - A ty potomkiem Zeusa i siedziałaś na dupie i się pasłaś! - oskarżyła mnie. 
Uniosłam brew. 
 - Ja się pasłam? - Chłopaki za nami parsknęli - Kochanie! Jakbym tam weszła nie miałabyś ze mną najmniejszych szans!
Pokazałam jej język.
 - Zo powtórzysz ile ty masz lat? - zaczepił mnie Gregory.
Obróciłam się do niego i pokazałam na rączce cztery paluszki.
 - Ćtely! - wysepleniłam i na powrót zwróciłam się do towarzyszki, która dalej wywijała młynki.
 - Może się sprawdzimy? Która lepsza? - poruszała zawadiacko brwiami.
Jęknęłam. 
 - Boisz się, że przegrasz? - dziewczyna przerzuciła broń do drugiej ręki.
 - Zoey, nie powiedziałaś...
 -... jej jeszcze? - zagadnęli bliźniaki.
Zrobiłam usta w dziubek.
 - O czym? - i nagle żarówka nad moją głową zaświeciła się - Aaa... no tak. Nix, bo w sumie ja nie jestem herosem. - zgniotłam opakowanie po orzeszkach  wywaliłam je do kosza obok jadalni.
Mina dziewczyny jak na nią spojrzałam była bezcenna.
 - Ale jak to nie jesteś herosem?! - zdziwiła się. - Przecież...
 - Urodziłam się jako heros, ale teraz już nie można tego tak nazwa...
 - Bo widzisz... - przedarł się do nas Lorenzo.
 - ... Zo to taki psychiczny przypadek... - Kasmir zawtórował mi jak to miał w zwyczaju.
 - ... a raczej mocno rąbnięty przypadek...
 - ...który nazywamy Boskim błogosławieństwem.    
Odsunęłam te dwie hieny od córki Nike i popchnęłam ich w stronę chłopaków, którzy jak to dobrze kumple podstawili im nogi i bliźniacy padli na ziemie jak placek.
 - Nie przerywać mi rozmowy! - zganiłam ich ostro.
Coś tam wybąkali, ale już ich nie słuchałam.
 - Co to jest te Boskie... coś?
 - Dowództwo to tak nazwało. - z wyjaśnieniami przyszedł Chester.
Warknęłam na nich.
 - Borze! Jak wy nie potraficie tłumaczyć! - krzyknęłam - Zagmatwaliście jej to! - potrząsnęłam głową. - Chodzi o to, że kiedyś tatuś postanowił obdarzyć mnie "błogosławieństwem" - skrzywiłam się - i od teraz jestem skazana na ciagłe picie ambrozji, ostre treningi i tp. Ale są i plusy. Moja boska moc wzrosła i potrafię fajne sztuczki. 
Wyszczerzyłam się do lekko zaskoczonej koleżanki.
 - Czyli....?
 - Jestem tylko w 1/4 człowiekiem.


***

 - Pięknie, prawda?
Jego miękki głos pieścił moje uszy. Objął mnie w pasie i przyciągnął do ciebie. Pomiędzy naszymi ciałami nie zostawił ani milimetra wolności. Czułam jego miarowy ciepły oddech na policzku i przyśpieszone bicie serca. Staliśmy objęci wśród gwieździstej zimnej nocy. Lekki wietrzyk przyniósł nam zapach deszczu, który oznajmiał nadciągającą burzę.
      Jedną z niewielu rzeczy, które razem mogliśmy robić było wpatrywanie się w nocne niebo, każdy z nas interesował się czymś innym. On fascynował się księżycem i gwiazdami, ja bezkresną ciemnością i chmurami, które przysłaniały świecące niebo.
Uniosłam głowę, aby spojrzeć na niebo znajdujące się nad nami.
 - Uwielbiam te chwile. - westchnęłam - W których mogę o wszystkim zapomnieć... odetchnąć z ulgą i dać porwać się chwili bez obawy, że zaraz ktoś może nam przeszkodzić.
Poczułam jak jego pierś zaczyna falować gdy zaczyna się śmiać.
 - Powiedz mi lepiej kiedy tego nie robisz? - zaczął się ze mną drażnić.
Skrzywiłam się. Nie podobała mi się jego uwaga.
 - Wcale, że nie... ja...
 - Tylko mi nie mów, że ciągle myślisz o problemach innych. - przerwał mi - Zazwyczaj włączasz myślenie kiedy masz komuś złoić dupę.
Naburmuszyłam się jeszcze bardziej. Że też, bawiło go denerwowanie mnie. To było dawno i nieprawda. Życie mnie zmieniło w drametralny sposób. Nikt w obozie nie przeżył takiego piekła jak ja... Przemoc psychiczna, brak bezpiecznego miejsca, świadomość dziecka co się dzieje za ścianą, gdy jakiś nowy "kolega" wchodzi do domu, a mama się nim zajmuje.
Przeszłość wciąż do mnie wracała, a ja nie potrafiłąm jej wygnać z pamięci. Wiele razy próbowałam coś z tym zrobić... zapominałam... ale po jakimś czasie zjawiało się ze zdwojoną siłą, a to było najgorsze.
 - Ej... wracaj do mnie. - usłyszałam w uchu jego kojący szept.
Pokręciłam głową, aby odpędzić wspomnienia małej dziewczynki z biednej dzielnicy. Odkąd pojawiłą się Pheonix prezszłość wciąż do mnie wracałą. Ona za bardo przypominała mi dzieciństwo. Nie zsklepione rany wciąż otwierały się, gdy patrzyłam na jej wydoroślałą twarz. Przez ostatni czas starałam się ją traktować jak każdego innego znajomego, ale jej śmiech, gra ciała przypominały mi o domu.... o którym chciała, jak najszybciej zapomnieć.
 - Zamyśliłam się. - odparłam opierając się plecami o jego tors. Poczułam jakk nabiera powietrze aby mi dogryźć. - Zamknij sie. - Warknęłam a mała blyskawica zatańczyła na mojej skórrze ognistego walca aby mu uswiadomić, że jestem poważna.
 - Psujesz mi chwile. - jęknął bezradnie.
 - Ty ją psujesz od samego początku!
 - Ale t jesteś dziś drażliwa! - odparł.
 - A ty niemiły.
 - A to nowość - wymamrotał.
Mój łokieć uderzył w żebra chłopaka, a ten wciągnąl głośno powietrze. Teraz to ja się uśmiechnęłam.Chwila satysfakcji gdy chłopak nie mógł się odgryźć była kojąca do moich zszarganych nerwów. Nie mogę uwierzyć, że z jego humorkami przeżyłam tyle lat. To naprawdę zadziwiające. Nie pozabijaliśmy się przez całe dwa lata wiec jesteśmy na dobrej drodze naszego związku. Oby!
 - Złośnica. - nadgryzł mi płatek uszka.
Przeszły mnie dreszcze. Jego dotyk był tak kojący i spokojny. Nie czułam w nim agresji, ani napięcia, które normalnie mu towarzyszą. Chodź jest bohaterem naszego obozu i tak herosi krzywo na niego patrzą ze względu na jego pochodzenie. Są tym zaślepieni i nie widzą jego prawdziwego oblicza, a on na umór zamyka sie w sobie. Ciesze sie, że otwiera sie do mnie. Ufam mu i z jego strony czuje to samo.
Obróciłam się do niego i cos było nie tak.
To nie był Shed.
Obejmował mnie długowłosy blondyn z którym wcześniej walczyłam. Odepchnęłam go od siebie i zamachnęłam się na niego nogą. Niestety poślizgnęłam się i wleciałam do jakiejś dziury. Chwyciłam się rękami o wystające korzenie drzewa, pod którym staliśmy, ale to nic nie dało. Moje dłonie ślizgały sie po korzeniach. Facet o wężowej twarzy stał nad przepaścią i śmiał się z mojego nieszczęścia. Za nim pojawiła się jakaś postać. Nie umiałąm dostrzec twarzy., gdyz stał tyłem do promieni księżycowych.
 - Shedow nie chcesz uratować swojej dziewczyny? - z gardła blondyna wydarł się syk.
Moje oczy powiększyły się.
 - Shed. - nie mogłam uwierzyć, że jeszcze mi nie pomógł. - Pomóż mi! - krzyknęłam. Moje moce nie działały. Cholera!
Żar zaczął palić mi stopy i spojrzałam na przyczynę tego gorąca. W dole dziury znajdowała sie wrząca lawa, a w niej coś pływało... coś wielkiego i przerażającego.
 - Shed! - pisnęłam gdy moja ręka obsunęłą się i musiałam chwycić sie pułki skalnej raniąc dłoń. - Co tak stoisz?! Pomóż mi!
Znów krzyknęłam gdy druga ręka mi objechała.
Znó spojrzałam w dół, a lawa zaczęłą się powoli zbliżać, a złote oczy potwora wgapiały się we mnie z pod lawy. Krzyknęłam gdy moge nogi zaczęły sie palić.
NAgle przedemną pojawił się Shedow, który podał mi rękę. Niezastanawiając się podałam mu dłoń i spojrzałam na niego z wdxięcznoscią. I wtedy się przeraziłam. Jego oczy były przepełnione czerwienią nie należały do niego, chodź twarz byłą taka sama.
 - Shedow? - szepnęłąm z niedowierzaniem.
 - Tak będzie lepiej. - szepnąłi puścił moją dłoń.
Zaczęłąm spadać do lawy krzycząc w powietrze jego imię. Imię mojego przyjaciela, kochanka i zabójcy.


- AAAAAAAAAAAAAAAA - zaczęłąm krzyczeć.
- Zo! Zo! Co jest!
Nie dochodziły do mnie, żadne bodźce. Byłam przerażona i roztrzęsiona. Obódziłąm się w momencie kiedy płomienie lawy zaczynały trawić moją skórę, a potwór zaciskał zęby na moich nogach. To było przerażające. Po chwili doszło do mnie, że znalazłąm się w uspokajających objeciach ciemnowłosego syna Nyks. Przytuliłąm się do niego mocno.
 - Ciiiii - uspokajał mnie - Zo to tylko zły sen... JEstem tu!
Wtuliłam się do jego koszulki głośno łkając.
 - Już dobrze, spokojnie. - potrząsał mną jak małym dzieckiem - wszystko jest dobrze. - przemawiał do mnie kojącym głosem, a ja ciągle nie potrafiłam się uspokoić.
Ten sen był zbyt rzeczywisty. Nie mogłam przy normalnym śnie mieć takich odczuć. Coś zapiekło mnie na dłoni. Spojrzałam na nią. Była cała po przecinana, z ran sączyłą się krew, która barwiła szarą koszulkę chłopaka.
 - Shed. - przerwałam mu wybałuszając oczy na dłoń - Zraniłam się dziś w rękę?
Zwolnił nie co uścisk aby spojrzeć na mnie.
 - Nie przypominam sobie. - odparł marszcząc brwi.  - Coś się stało?
Pokazałam mu moje otarte i zakrwawione ręce. Patrzyłąm jak jego twarz przybiera wyraz przerazenia, a zara potem czujności. Coś wyczuł.
 - KTOŚ jest w obozie. - powiedział.
Oboje wyskoczyliśmy z łóżka jak oparzeni. W świetle księzyca ujrzałam jakiś cień.
Usłyszeliśmy krzyk dziewczynki.
 - SELENE! - krzyknął i pobiegł do swojej siostry, która spała obok nas w pokoju.
Natomiast ja nie tracąc czasu chwyciłam swój miecz i inne oręza, któe leżały pod łóżkiem i wyskoczyłam przez okno na spotkanie zimnej nocy. Cień biegł, a raczje skakał po dachach domków po mojej prawej stronie. Kierował się  w stronę pobojowiska, spowodowanej dziurą w barieże. Nie mogłam dać mu usciec. Użyłąm Żółtego Błysku i znalazłąm się obok mojego napastnika. SZarpnęłąm go za ramie, a ten zdezorientowany potknął się i uskoczyłw przeciwnym kierunku. Znó zmaterializowąłam sie przed nim i wymieniliśmy kilka ciosów. Zza czarnej peleryny wyciągnąłcoś błyszczącego i przeciął mi skóre na udzie nim zdążyłam uskoczyć. Kopnęłam go gołą stopą w pierś, a ten wpadł do jednego z baraków Hefajstosa. Wleciałam tam za nim, nie zważając na ból w dłoniach i nodze.
Dobyłam miecza. Było cicho. Za cicho. Powinny tu pracować maszyny Gregorego, ale wszystko jest wyłączone. Coś tu jest nie tak. Zaczęłam powoli i ostrożnie przechadzać się nasłuchując zagrożenia. Nic cisza. W tem całe pomieśzczenie rozświetliło się.
 - Kto tu jest?! - usłyszałam głos jednego z hefajstosó, który miałdyżur w tym baraku.
 - UWAŻAJ! - krzyknęłam w chili kiedy intrus do niego dostakiwał z mieczem wzniesionym w góre.
Zmaterializowałam się pomiędzy nimi i wytrąciłam miecz z dłoni napastnika. Oberwałam kolanem w brzuch, następnie zostałam szarpnięta za włosy, aż w końcu jego ręka wylądowała na moim gardle zaciskajaće je mocno.
Przez chwile szarpałąm się, ale idiotka nie pomyslałąm, zę wciąż mam moc! Ten sem musiał mi coś poprzestawiać we łbie!
Położyłam mu rękę na piersi i raziłma błyskawicą. Niestety widziałco sie bedzie działo i odskoczył przebijając sie przez drewnianą ścianę.
 - ŁAP go! - warknęłam w stronę chłopaka, który nie wiedział co miał zrobic.
Zama nie potrafiłam złapać tchu ale musiałam za nim gonić. Zebrałąm sie w sobie i wznowiłąm pościg. Postać znacząco oddaliłą sie odemnie, ale to nie był problem. Z moją szybkkością dorwe tego śmiecia w mgnieniu oka.
 - Nie uciekniesz mi. - zamachnęłąm się mieczem na jego plecy, a ten znó odskoczył - Będziesz ciągle uciekał i się chował, tchórzu?
No i jak na moje zawołanie zanórkował w dół i wpadł w otwarte okno domku Afrodyty. USłyszałam pisk dziewczyn. Kurw... nie mogłąm tam teraz wpaść, gdyz go spłosze... ale nie moge zostawić dziewczyn samych.
BUM
Połowa domku Afrodyty, wyleciałą w powietrze, a odłamki ścian i dachu rozbryzgały się wszędzie. MAchnęłąm dłoniom aby odgonić kurz i inne obiekty latające. Zauwarzyłam, że Mel stała w różowej piżamie w dziuze domku i trzymałą cś w ręce. Najpewniej jakiś wynalazek bliźniakó, którzy jej dali. Stała z zaciętym wyrazem twarzy gotowa wybuchnąć koleje obiekty.
W tem postać sie pojawiła, ale nie sama. Zreplikowała się i rozpieżchła w cztery strony świata. Cholera! Chce mi uciec!
Uśmiechnęłam się.
Mi córce Zeusa chce ktoś uciec? Nie doczkanie!
Poraziłam wsystkich błyskawicami. Skutecne gdyż repliki rozpłynęły się w powietrzy, a prawdziwy intruz odskoczył w bok gdzie czekał na niego sztylet, który ugodził go w ramie. Znó przenioslam się do niego i roztrzaskałąm nożem jego maskę, która ilruszyła się. Zostałam odepchnięta, a ten znó odskoczył. Żuciłamn w niego nóżem, który tym razem trafiłw nogę. Syknął i odskoczył.
Jakaś postać z uniesionym mieczem na mnie wpadła.
Przytrzymałąm ją jedną ręką i szarpnęłąm tak aby widzieć jej twarz. Phoenix.
Czy ona wszędzie musi być?!
 - Zawadzasz! - krzyknęłąm i postawiłąm ją na nogi.
 - Nie tylko ty możes zsię dobrze bawić. - usmeichnęła sie.
 - Dobra dziewczyno, kóra go złapie? - zaczęłam sie z nią przekomażać, jak za dawnych czasó.
 - Napewno nie ty, blondyneczko! - odpchnełą mnie i rzuciłą si w pogoń za utykającym gościem.
Nie zostałm jej dłuzna i poprostu przeleciałąm ją ladując przed intruzem, który prawie dopadł bariery.
 - Gra skończona - Powiedziałąm tnąc mieczem w jego nogi.
Odskoczył opierając sie dłoniom o moją głowę. Obejżałam sie za siebie i coś na mnie wpadło i poleciałyśmy na mur.
 - Zoey! - jęknęłą szatynka.
Nie mogłąm nabrać tchu. Dziewcyzna nie ważyła tone ale to nei znaczy, że taki impet nie zdniutł mi żeber. Nie potrafiłąm barać tchu.
 - Udusze cie jak on ucieknie!
Pozbierałyśmy się i znó ja wyprzedziłam, ale niestety, facet znalazł się już za barierą. Stanęłam na murze i wgapiałam sie w las pełen ciemności.
Nix dogoniłą mnie i stanęła za mną.
 - Gońmy go! - powiedziała rozeznana w sytuacji.
Wyciagnęłąm rękę aby zagrodzić jej drogę.
 - To nie ma sensu. - odparłam obracajac się bezradnie.
 - MAmy jeszcze szanse... razem...
Pokręciłam głową.
 - PRzypatrze się. - wskazałam kciukiem - JEsteś tu nowa więc mozęsz tego nie zauwarzyć. Ale las jest pełen potworów. - poklepałam ja po ramieniu - Innym razem go dorwiemy.
Spojrzałam w gwiaździste niebo, zostawiając las za plecami. Było identyczne jak w moim śnie. Coś niebezpiecznego działo się w obozie i trzeba to rozwiązać.
 - Zoey... - usłyszałam cichy głos Pheonix
 - Ymn? - wymamrotałam obracając się.
 - PAtrz. - wskazała na coś co znajdowało się na mórze.
Krew. Dużo krwi, które ukłądały się w słowa.
Przykucnęłyśmy, a dziewczyna przeczytałą napis.


Czas zacząć od nowa. 
Dróżyna, któa rozpadłą się,
znó wróci z nowymi członkami. 
Za wino ukażą się skrzydła i gałęź oliwna,
Kolejny heros w boju sprawdzić się musi,
gdzie okaże się czy jest wart posłuchania...
Starą przepowiednie czas odnowić 
i udać się gdzie wrota stoją otwarte...

Uśmeichneąłam się.
 - No kochanie. - objęłąm ją ramieniem - Witamy w drużynie! - puściłam jej oko.



 Przepraszam, że tak długo to trwało, ale nie wyrobiłam się przed wyjazdem, a nad morzem nie miałam kiedy tego dokończyć ;C
Od razu przepraszam was za wszystkie błędy!! ;P

Taka mała pamiątka z Bałtyku ;D 

 Mrrr ;3

środa, 2 lipca 2014

Rozdział pięćdziesiąty siódmy

-Już czas, żebyś przestał ją chować. Musisz ją zabrać do obozu, nie możesz jej chronić, to nie działa- spojrzałem w oczy kobiecie, którą tak mocno kochałem. Pomimo tego, że darzyłem ją miłością, nie ochroniłem jej, gdy patrze na jej postać zastanawiam się po co mi te wszystkie moce, skoro nie mogę ochronić tych których kocham?
-Jesteś pewna? Ona nie powinna się do tego mieszać, nie powinna wo gule interesować mój świat. Ona musi zostać normalna- próbowałem się chwytać ostatniej deski ratunku. Już przed narodzinami mojej jedynej córki ustaliliśmy, że nie będziemy jej mieszać w żadne nie jej wojny. 
-Hypnosie, ona nigdy nie była normalna. Nie możesz już jej chować, jeśli ty tego nie zrobisz, porwą ją- dlaczego ona musiała o wszystkim pomyśleć? Zawsze zachowywała trzeźwy umysł, przynajmniej częściowo. To właśnie za to ją kochałem. 
-Rose, ale ona mnie nienawidzi, nigdy ze mną nie pójdzie!- moja własna, mała córeczka, która obserwuję od dnia jej narodzin, nienawidzi, mnie- własnego ojca. 
-To naprawdę mądra kobieta, to prawda, nienawidzi cię, ale nie rozumie wielu rzeczy. Musisz w końcu przestać się ukrywać. To twoje dziecko, jesteś jej jedynym żyjącym rodzicem, musisz być silny- słowa Rose paliły, wbijały się w mój umysł i raniły. Tak bolesny mi uświadamiały, że jestem chyba najgorszym ojcem na świecie. Przy mnie Dionizos to wzorowy rodzic!
-Susane nie powinna się w to mieszać! To nie jej wojna!- nie mogłem pozwolić by mój plan idealnego życia dla niej przepadł, ot tak!
-Nie zapominaj, że ona ma potężny dar! Jak myślisz ile czasu zajmie Bliźniakom wytropienie jej? Czy ty możesz przestać tchórzyć! Chcesz, żeby Zira ją zabiła?- jak to możliwe, że nawet teraz, kiedy umarła potrafi tak dosadnie i łatwo przełamać każdy mój opór kilkoma zdaniami? 
-Dobrze... Zrobię to. W końcu to moja córka, nie mogę pozwolić by jakiś plugawy podmiot mi ją zabrał- spojrzałem jeszcze raz w te piękne, ciemne oczy. Uśmiechnęła się do mnie i zaczęła się rozpływać. Wiedziałem, że zaraz się przebudzę. To niesamowite, że pomimo, tego, że jej dusza znajduje się czeluściach Tartaru, ona wciąż potrafi mnie odwiedzać w snach.

                                                                           ***

-Czyli mówisz mi, że masz córkę, która ma 17 lat?- Afrodyta spojrzała na mnie jak na debila.
-No tak... I czy mogłabyś ze mną do niej pójść? Myślę, że jeśli będzie tam jakaś kobieta, to może lepiej to przyjmie. Wysłałbym herosów, ale jeśli usłyszy, że są od jej ojca, to z nimi nie pójdzie. A ty masz tak dużo dzieci, to pewnie wiesz jak z nimi postępować i...
-Dobra pójdę z tobą, tylko nic już nie mów- przerwała mój monolog.- Ale nie rozumiem jak mogłeś to zataić? Tyle lat nic nam nie powiedziałeś?- chyba była zła. W sumie ja też bym był na jej miejscu.
-Chciałem dla niej innego życia...-wymamrotałem pod nosem.

                                                                               ***
-Naprawdę Hypnos? Taka dziura? Aleksander mieszkał w pałacu- spojrzałem na nędzny  pokój w sierocińcu. Jedyne co mogłem zrobić, to to, żeby tą klitkę miała na własność. Po całym pokoju walały się ubrania, kartki, książki i inne niezidentyfikowane przedmioty. Moja córka spała na wąskim łóżku. Była taka piękna.
-Ciszej, jeszcze ją obudzisz...
-A niby jak ty ją zamierzasz zabrać do obozu?- spojrzała na mnie sceptycznie.
-No, może Shedow przyjdzie i ją weźmie do obozu, a tam jej ktoś wszytko wytłumaczy?- hmmm... ona nie będzie miała wyboru, a sprawa będzie załatwiona. Plan idealny.
-Nie ma mowy! Masz ją obudzić i to w tej chwili!- po co ja brałem Afrodytę? Podszedłem do Susane i delikatnie potrząsnęłam jej ramieniem.
                                                                                 ***
   Czy ja słyszę jakieś głosy? Nie na pewno mi się wydaje. Wychowawcy ośrodka już dawno śpią myśląc, że nic w nocy nie wywiniemy po ich dwóch dyżurach. Poczułam czyjś dotyk na ramieniu. Ej! Co tu jest grane?! Ktoś mną potrząsnął, a ja leciutko otworzyłam zaspane oczy. A niech to szlag. W MOIM pokoju jest jakiś facet i kobieta! I chyba nie muszę dodawać, że to żaden z naszych 'opiekunów'?!
-Co wy tu robicie?- szybko wstałam z łóżka rozbudzona.
-Spokojnie, Susane...
-Skąd znasz moje imię?- jeśli to miało mnie uspokoić to ten facet się przeliczył!
-Jestem twoim ojcem...- co? No ja zaraz wyjdę z siebie i stanę obok!
-Nie, no zajebiście! I co może jeszcze?- czy ci ludzie uciekli z wariatkowa?!
-Susane, naprawdę jestem twoim ojcem. Przyszedłem, żeby ciebie zabrać do obozu dla herosów- ciekawe jak mocne jest to co on bierze.
-Jak się naćpałeś, to byś przyjemniej poszedł gdzieś indziej robić sobie jaja z ludzi, a nie do sierocińca! A co jeśli byś trafił na jakąś małą dziewczynkę lub małego chłopca i to biedne dziecko uwierzyłoby w twoje brednie?- spojrzałam na niego jak na ułomnego, którym zresztą był.
-Co ja mam zrobić żebyś uwierzyła?! Jestem twoim ojcem!- nie no teraz to on przegina!
-Ja nie mam ojca! Rozumiesz? Nie mam, nie miałam i nie będę mieć!- ciekawe dlaczego nikt jeszcze nie przyszedł, te krzywki musiały już kogoś obudzić.
-Twoja matka mówiła, że nie będzie łatwo, ale nie myślałem, że aż tak...- spojrzałam na niego z furią.
-NIE WAŻ SIĘ WSPOMINAĆ O MOJEJ MATCE!- ten gość jest bezczelny.
-Susane, naprawdę jestem twoim ojcem. Dziadkowie ci o mnie nie mówili?
-Weź się ogarnij i przestań wygadywać głupstwa! Nie jesteś moim ojcem, a ja twoją córką- no normalnie jak z małym dzieckiem. A pomyśleć, że normalnie jestem bardzo cicha. No właśnie normalnie, a nie jak ktoś wtarga do mojego pokoju i wygaduje bzdury!
-Mam na imię Hypnos...- o cholera! Spojrzałam na niego wściekła. No po prostu świetnie. Podeszłam do tego kolesie który uważa się za boga i z całej siły dałam mu w twarz. Zasłużył czy jest moim ojcem czy nim nie jest. Spojrzał na mnie zszokowany kiedy jego głowa lekko odskoczyła.
-Wyjdź- moje oczy ciskały przysłowiowe gromy.
-Susane, możesz mnie wysłuchać?- spytała teraz kobieta.- Do niczego cię nie będziemy zmuszać, tylko proszę wysłuchaj mnie- w jej oczach nie mogłam wyczytać żadnych złych intencji, a zresztą ona nic mi nie zrobiła. Przez cale przedstawienie mężczyzny tylko patrzyła na niego jak na debila z dezaprobatą.
-Usiądź- delikatnie poklepała miejsce obok siebie na łóżku, kiedy sama się rozgościła i usiadła na materacu. Gdy wykonałam polecenie zaczęła przemawiać bardzo spokojnym głosem.
-Jestem Afrodyta. Razem z twoim ojcem chcielibyśmy ciebie zabrać do obozu. Widzisz, obok świata, w którym aktualnie jesteś jest, też drugi świat. Nie jest niczym odgrodzony z tym, który znasz, ale w moim, naszym świecie aktualnie panuje wieczna wojna. Zapewne znasz niektórych z bogów greckich?- kiedy lekko skinęłam, ona się uśmiechnęła i kontynuowała.- Dla ciebie na razie to jest świat fantasy, ale musisz mi uwierzyć na słowo, bogowie o których uczyłaś się na lekcjach istnieją naprawdę. Ja jestem jedną z nich, tak jak twój ojciec- spojrzałam na nią jak na świra. Cud, że jej nie przerwałam. Ale coś mi na to nie pozwalało.
-I myślisz, ze ja w to uwierzę?
-Mam taką nadzieję. Wiem jak to brzmi, ale to jest prawda.
-I co, niby mam teraz ci wpaść w ramiona i pójść z tobą bóg wie gdzie?- spojrzałam na mojego ojca z po wątpieniem.
-Tak by było najlepiej. Wojna toczy się pomiędzy nami, a bliźniaczymi bogami zrodzonymi z łez Nemezis. Boję się, że będą cię chcieli wciągnąć w swoje szeregi- jacy oni są naiwni.
-Ty się o mnie boisz, jeśli faktycznie jesteś moim ojcem? Przez 17 lat nie interesowało ciebie to co się ze mną dzieje! A teraz przychodzisz tu i mówisz, że chcesz mnie chronić! Nie błagam! Jak już tu przylazłeś to mogłeś lepszą bajeczkę wymyślić- ten człowiek nie ma wo gule rozumu.
-To, że mnie przy tobie nie było miało ciebie ochronić. Chciałem, żebyś była normalna, żebyś nigdy nie dowiedziała się o Olimpie, żebyś nigdy nie walczyła, chciałem, żebyś była tylko człowiekiem- ciekawe czy udałoby mi się wezwać policje?
-Poprawka, ja jestem zwykłym, normalnym człowiekiem, Olimp to tylko fantastyka i mity a ty jak stąd nie wyjdziesz trafisz do więzienia- jako ćpun powinien bać się policji prawda. A  pomyśleć, że ja chciałam, żeby w moim życiu stało się coś zaskakującego, jak w tych wszystkich książkach które czytam. Ale niestety moje życie nie jest książką i zamiast wspaniałego chłopaka mam parę debili, która wkręciła sobie, że są bogami Olimpijskimi, świetnie co nie?
-Co mam zrobić, żeby udowodnić tobie, że jestem twoim ojcem?- no to już przesada. Jeśli myśli, że dam się nabrać na te jego maślane oczka, to się myli.
-Nie możesz tego udowodnić, bo nim nie jesteś- powiedziałam chyba najbardziej oczywistą rzecz na świecie. Ale temu chyba to nie wystarczyło.
-Chwila- zaczął przeszukiwać kieszenie.- Mam- podał mi jakiś kawałek papieru, którym okazało się zdjęcie. Na tym zdjęciu była moja mama. Z zaskoczeniem wzięłam zdjęcie z mojego biurka, przedstawiające uśmiechniętą moją rodzicielkę i z otwartymi ustami porównywałam obie postacie. Na zdjęciu tego kolesia, był jeszcze on i trzymał w rękach jakiegoś małego bobasa. Odwróciłam zdjęcie gdzie był podpis wiele wyjaśniający 'Hypnos, ja i Susane, 1 miesiąc'. Czyżby tym szkrabem na zdjęciu byłabym ja? Odłożyłam zdjęcie mamy i sięgnęłam do albumu szybko go kartkując. Gdy w końcu odnalazłam zdjęcie, na którym byłam ja i moja mama, po raz kolejny porównałam je ze zdjęciem świra. Na moim zdjęciu mama miała taką samą sukienkę w kwiatki, a ja na jej rękach, byłam w takich samych ubrankach ze ślicznego zielonego materiału. Spróbowałam wyjąc zdjęcie z albumu, ale okazało się przyklejone. Szybko sięgnęłam do biurka w poszukiwaniu nożyka do papieru. Gdy znalazłam narzędzie delikatnie zaczęłam je odklejać od karty z albumu. Po chwili delikatnej pracy w dłoniach trzymałam prawie identyczne zdjęcia, z tym, że na jednym był mężczyzna, a na drugim już nie. Odwróciłam zdjęcie na którym byłam tylko ja i mama. Na jego odwrocie również została zapisana informacja, ale o wiele dłuższa.

'Susane, jeśli odkleiłaś to zdjęcie to może to oznaczać, że ciekawość Cię tak zżerała,  że nie mogłaś wytrzymać, lub, że twój ojciec, Hypnos, przyszedł do Ciebie i pokazał Ci inną wersję tego zdjęcia. Zapewne mu teraz nie wierzysz, masz ochotę go wyrzucić z pokoju i zapomnieć, że go spotkałaś Niestety, to prawda, jeśli po Ciebie przyszedł, sprawy zaszły za daleko i musisz z nim iść. Proszę uwierz mi i jemu. Kocham Cię. Mama'

Rozpłakałam się jak małe dziecko. Rozpoznałam charakter pisma mojej rodzicielki. Widziałam go już tyle razy. Zostawiła dla mnie list w którym wyjaśniała, że to, że ona umarła wcale nie jest moją winą, że jestem najpiękniejsza, rzeczą która przydarzyła się jej kiedy żyła. Zostawiła mi również swój pamiętnik, którego nie mogę przeczytać, ponieważ kiedy tylko do dotykam mam ochotę płakać. Zresztą w domu dziadków jest pełno jej przedmiotów, między innymi tych naznaczonych jej pismem. Zadziwiające ile tekstu mogła zmieścić na małym zdjęciu. Ale biorąc pod uwagę jej drobne pismo, pewnie by tutaj jeszcze zmieściła Harrego Pottera. nie wiedziałam co o tym wszystkim myśleć. Z jednej strony pojawia się mój 'ojciec' i mówi mi, że jestem herosem, a z drugiej to cholerne zdjęcie! Och... Jak bardzo bym chciała, żeby obok mnie była teraz moja babcia, albo dziadek. Oni zawsze mi pomagają rozstrzygać problemy, może nie takie ten.
W mojej głowie rozgrywała się bitwa. Z jednej strony chęć uwierzenia w co napisała mama, z drugiej, nierealność tej sytuacji. Po chwili podjęłam decyzje, że zadzwonię do babci. Odczepiłam ze spodu jednej z szuflad sfatygowany telefon. Dostałam go dwa lata temu na święta od dziadków. Pomimo tego, że kompletnie spłukali się próbując ratować moją mamę jakimś cudem wynajdowali pieniądze dla mnie. Niestety, było ich za mało, żebym mogła z nimi zamieszkać. Wybrałam numer który znałam na pamięć i przyłożyłam urządzenie do ucha.
-Halo?- wyraźnie zaspany głos babci odezwał się po drugiej stronie.
-Babciu? To ja Susane, przepraszam, że dzwonię tak późno, ale przyszedł do mnie jakiś facet i twierdzi, że jest moim ojcem. Ma na imię Hypnos...- zaczęłam jej streszczać wydarzenia z dzisiejszej nocy. Babcia nie odzywała się, tylko słuchała. Nie słyszałam jej chrapania, więc pewnie nie zasnęła.
-Niestety Sue, to prawda. Nie jestem z tego powodu zadowolona, ale najwidoczniej sprawy zaszły za daleko i musisz z nim pójść. Jak bardzo bym chciała, nigdy ci tego nie mówić, zaufaj mu- w głosie babci słychać było smutek i żal.- Daj mi go jeszcze do telefonu- jak prosiła tak zrobiłam. Podałam Hypnosowi urządzenie, a ten przyłożył je do ucha. Próbował coś tam powiedzieć, ale moja kochana babcia mu to skutecznie udaremniała.
-Oczywiście, że chce dla niej jak najlepiej. Nigdy nie mógłbym jej skrzywdzić- po raz kolejny głos zabrała babcia i wyobrażałam sobie jakiego wykładu musi słuchać. W końcu oddał mi telefon, a ja po raz kolejny rozpoczęłam rozmowę ze staruszką.
-Skarbie, możesz, a nawet musisz z nim iść, ale pamiętaj jakby działo się coś na co nie miałabyś ochoty masz natychmiast do nas wracać. Uważaj na siebie, dobrze?
-Oczywiście.
-Pamiętaj, zawsze możesz do nas przyjść. No, a teraz musimy już kończyć. Papa, kocham Cię...
-Ja ciebie też...- za nim zdążyłam coś jeszcze dodać babcia rozłączyła się. Bidulka, pewnie teraz gdzieś tam płakała.
Zawsze ufałam babci, postanowiłam, że zrobię to po raz kolejny, pomimo, że bradzo tego nie chciałm.
Spojrzałam na Hypnosa i wzruszyłam ramionami.
-Chyba będę musiała z tobą pójść- Bóg mi świadkiem jak tego nie chciałam. Spojrzałam na mój pokój i ścisnęło mi się serce. Nigdy nie pomyślałabym, że będzie mi szkoda tej klitki. Wstałam i spojrzałam pytająco na Hypnosa.- Jak mamy tam się dostać?- Gdy tylko wypowiedziałam te słowa w pokoju pojawił się jakiś chłopak.
-To jest Shedow, zabierze cię do obozu cieniem- spojrzałam na chłopaka, który wyglądał tak jakby chciał być wszędzie, ale nie tutaj.
-Możemy ruszać?- zapytał, a ja lekko skinęłam głową. Podszedł do mnie i objął mnie w pasie.- To nie będzie przyjemne- obróciliśmy się i świat znikał mi sprzed oczu. Jak wspomniał do przyjemnych to nie należało. Nie wiem kiedy zamknęłam oczy, a jak je otworzyłam to byłam na środku jakiejś drogi pomiędzy budynkami. Wszytko było pogrążone w śnie, a Shedow stał trzy kroki ode mnie.
-Wreszcie jesteście. Witaj w obozie dla herosów, Susane. Shedow, możesz już iść- odwróciłam się, a za mną stał satyr. O dziwo mnie to nawet nie zaskoczyło, nie wiem czy cokolwiek dziś jest jeszcze w stanie mnie zaskoczyć... Zamiast paniki, w mojej głowie pojawiła się tylko myśl, że jest mi przeraźliwie zimno, w końcu stałam na jakiejś drodze bez butów, w szortach i za dużym podkoszulku!
-Jestem Lucas, opiekun obozu. Chodź do siedziby nauczycieli, potem pokażę ci, gdzie będziesz spała...


~~~
Witajcie, jestem Patrycja... Nie, to nie żart, jestem kolejną współautorką tego bloga ;)
Ciągle nie mogę uwierzyć, że Dominika mnie wybrała, ale chyba tylko Zeus wie co nią kierowało ;)
Mam ogromną nadzieję, że moje marne wypociny, choć w minimalnym stopniu przypadły wam do gustu. Do zobaczenia w następnej notce z córką Hypnosa ;D


sobota, 28 czerwca 2014

Rozdział pięćdziesiąty szósty

Pheonix:

Zeskoczyłam z karku stwora i wytarłam miecz o trawę. Podbiegłam do blondwłosej dziewczyny i ciemnowłosego chłopaka. Niepewna jak mam postąpić podeszłam do Zoey i spojrzałam jej w oczy. Sekundę później poczułam jak coś ostrego wbija mi się w kark.
-Kim jesteś? - usłyszałam za sobą.
-Shedow.. to moja... stara znajoma. - Zoey odezwała się cicho, wahając się przed "stara znajoma". Dawno temu, gdzieś tak około pięciu lat mieszkałam w mieszkaniu obok. Byłam tam tylko tydzień ale zorientowałam się co się działo w rodzinie Fox'ów. Miałam wtedy 15 lat. Zaprzyjaźniłam się z pyskatą blondynką, która pod osłoną drwiącego uśmiechu i ciętego języka była zupełnie normalną nastolatką. Mieszkałam tam jedynie miesiąc. Jeden krótki miesiąc, w którym i dla mnie i dla mojego ojca stało się zbyt wiele.
Chłopak imieniem Shedow schował miecz i wzruszył ramionami. Następnie ściągnął z pleców Zoey coś co przypominało półcień.
-Nie przypuszczałam, że jesteś półbogiem. - powiedziała dziewczyna robiąc koła ramionami aby je rozruszać.
-Ta... no.. em.. cóż. Może opowiem ci o tym w obozie?
Spojrzała na mnie spod przymrużonych powiek ale uśmiechnęła się lekko a następnie otaksowała wzrokiem przestrzeń i posadziła na plecach coś co tym razem przypominało dziewczynkę.

-Biegasz, latasz? – zapytała.
-Biegam. – odparłam a Zoey wzbiła się w powietrze, Shedow za nią. Biegnąc byłam równa z nimi. Moje nogi  same wiedziały, że mają biec.  Tak jakbym nie ja nimi sterowała. Biegłam mijając drzewa i przeskakując kamienie. Krwawe plamy na mojej białej bluzce zdążyły wyschnąć przez siłę uderzeniową wiatru, który owiewał mnie z każdej strony.  W pewnym momencie ujrzałam bramę. Zoey wylądowała na dwóch nogach, tuż za nią. Przebiegłam ją i znalazłam się w obozie herosów. Ludzie tu wszędzie chodzili uzbrojeni i ubrani w zbroje albo zwyczajne stroje do ćwiczeń. Widok nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia. Byłam już w takim obozie. Małym, nieoficjalnym. Koło Los Angeles.  To był obóz dla osób takich jak ja. Półbogów i nie tylko. Ja- tak dla przykładu byłam sukubim półbogiem.
-Najpierw idź do jednego z nauczycieli. Tam jest ich siedziba. Tam teraz powinni być. Spotkamy się w domu Zeusa za godzinę. – powiedziała Zoe nie patrząc na mnie. Nie odzywając się skierowałam swoje kroki we wskazane mi miejsce.

Pchnęłam drewniano-metalowe drzwi i zanim zdążyłam zrobić kilka kroków zza moich pleców odezwał się głos:
-A, Pani to zapewne panna Sallen. Proszę za mną młoda damo. – głos był uprzejmy lecz nieco naglący. Gdy się odwróciłam ujrzałam Satyra.
-Jestem Pheonix- pwoeidziałam uśmiechając się do niego, na oko był niewiele starszy ode mnie.
-A zatem mów mi Lucas. Wszyscy cię oczekiwali.
-Dlaczego? – Lucas odwrócił się w stronę drzwi a ja podążałam za nim.
-Twoja matka, Nike nigdy nie miała półludzkiego dziecka. Zwłaszcza patrząc na twoje możliwości po tym, kim jest twój ojciec okazuje się, ze jesteś bardzo przydatna.  Jedna z naszych najlepszych herosem niedawno odeszła, potrzebujemy kogoś do walki. I choć wyrocznia nie mówi o tobie, warto mieć córkę Zwycięstwa po swojej stronie. – Ton jego głosu był oficjalny, jakby akurat to kazali mu powiedzieć.
Wzdrygnęłam się na słowa „po swojej stronie”.  Wiedziałam co się dzieje, że szykuje się wojna ale… nie musiałam się wtedy opowiedzieć po żadnej ze stron. A teraz… wiem, że jeśli komukolwiek ujawnię moją najgłębiej skrywaną tajemnicę to ją zabiją. Zabiją tą tajemnicę, bo to jest niedopuszczalne. Od trzech lat spotykam się z synem Priscilli. Riker nie cierpi swojej matki. Uciekł z domu dobre cztery lata temu i od tamtej pory jest tam gdzie się da.
- A oto t
wój nowy dom. – Riker zawsze powtarza mi, że dom nie jest ważny, nieważne jest stałe miejsce. Ważne jest to, że ma moje wsparcie i zaufanie.  Widzimy się rzadko,  teraz pewnie jeszcze rzadziej.
-Dziwnie mi o to prosić ale nigdy nie widziałem sukuba… mogłabyś Emm.. no wiesz o co chodzi.
Uśmiechnęłam się i wyobraziłam rudowłosą wersję „siebie”.  Rude włosy, idealny nos, zielone oczy w odcieniu dojrzałej trawy, krótkie jeansowe spodenki i  czarną bokserkę.
Lucas otworzył szeroko oczy i zagwizdał z podziwu a ja wróciłam do swojego ciała, zostawiając jedynie ubrania.
-Jestem pod wrażeniem. Rada będzie chciała to zobaczyć. Przyjdę do ciebie za jakieś trzy godziny.
-Dobrze. Mógłbyś mi jeszcze wskazać drogę do domu Zeusa? – zapytałam.
-Jasne. To po drugiej stronie obozu. Idź cały czas wzdłuż drogi, poznasz go raczej po spalonym trawniku – zaśmiał się. – tylko nie powtarzaj tego Zoey.
-Dziękuję.
Lucas odszedł a ja zostałam sama przed domem mojej matki. Był całkiem ładny. Nie był zbyt duży, w końcu Nike nie posiadała dzieci. A jednak go zbudowali. Miał oliwkowo zielony kolor a framugi okienne i dach były czarne. Delikatnie nacisnęłam dłonią metalową klamkę ku dołowi a drzwi zaskrzypiały i otworzyły się. Postanowiłam najpierw obejść górę a potem dopiero dół.  Na górze była tylko jedna sypialnia, z drewnianym balkonem. Cała pomalowana na beżowo-czarny kolor.  Oprócz niej na piętrze była jeszcze łazienka i garderoba. Nike chyba rzeczywiście nie miewa dzieci… Dół posiadał salon, kuchnię i wyjście na ogród oliwny. Moje zdziwienie sięgnęło zenitu kiedy zobaczyłam pod jedną oliwką śpiącego lwa. Zastrzygł uszami i otworzył jedno oko. Potem drugie. Ziewnął przeciągle i wstał rozciągając łapy. Chodził z gracją i bezszelestnie, jego grzywa falowała gdy ruszały się jego barki. Moim pierwszym odruchem było cofnąć się o krok. Ale przerażenie minęło gdy spojrzałam w jego oczy. Były żółte, z zieloną obwódką i kolorem bursztynu zaraz przy źrenicy. Ale nie to piękno mnie w nim przyciągnęło. Był to wzrok, tak tęskny, tak smutny. Przypominał mi moje spojrzenie kiedy po raz ostatni przytuliłam tatę przed wyjazdem.
Wyciągnęłam drżącą rękę w kierunku jego łba. Pieszczotliwie gładziłam jego grzywę a on przymknął oczy i wydał z siebie odgłos podobny do mruczenia kota, tylko to bardziej przypominało warkot silnika.
Cofnęłam dłoń i wróciłam do domu. Lew podążał za mną. Kiedy rzuciłam u kawałek mięsa z lodówki (o dziwo zaopatrzonej) na jego szyi coś się zaświeciło.
Sięgnęłam za jego obrożę i wyciągnęłam srebrną kartkę zapisaną czarnym piórem. Pismo było pochyłe, czytelne i staranne.

„Droga Pheonix,
Długo czekałam na to abyś wreszcie pojawiła się w tym domu. Moi ludzie długo go urządzali na twój przyjazd, czasami nawet ja przyjeżdżałam aby zobaczyć czy wszystko stoi na tym samym miejscu. Jak wiesz, lew jest moi m znakiem rozpoznawczym. Najczęściej. Neque Hasta to po Łacinie Oszczep. Jest to jeden z moich ulubieńców. Teraz On opiekuje się tobą. W zamian za to daj mu trochę miłości.
Kocham Cię.
Mama”

-A więc tak masz na imię? – uśmiechnęłam się. – mogę ci mówić Hasta, prawda?
Spojrzał na mnie i drygnął oczami. To chyba oznaczało tak. Pogłaskałam pupila po głowie i wyszłam z domu a on krok w krok za mną.
Ludzie rzucali mi ciekawe spojrzenia, niektóre dziewczyny mdlały na widok potężnego lwa i chłopaki mogli się popisać swoim rycerstwem łapiąc je przed upadkiem.
*
Spalonej trawy nie było ale Zoey siedziała przed domem ciskając kamieniami na odległość. Gdy zobaczyła, ze nadchodzę wstała i otrzepała spodnie z ziemi.
-Prezent od mamy? – zapytała wskazując na Hastę.
-Neque Hasta, to Zoey, Zoey oto Hasta. – powiedziałam i westchnęłam. Blondynka pogłaskała go po łbie a on odwdzięczył się polizaniem jej po dłoni.
-Wejdźmy do środka. – powiedziała po chwili i zaprowadziła nas do salonu.  Hasta położył się na dywanie z głową na łapach i łypał na nas oczyma.
-A więc… co się stało? Czemu wyjechałaś? – szepnęła zaciskając dłonie w pięści jakby nie wiedziała jak się ma zachować.
-Musiałam. Ludzie w okolicy widzieli jak zmieniam postać.. – odparłam również szeptem.
-Zmieniasz co?- popatrzyła na mnie zaciekawiona.
-Zoey, ja nie jestem tylko półbogiem. Jestem jeszcze sukubem. Zmieniam postać. Popatrz.
Zmieniłam się w nią samą.
Milczała chwilę a potem powiedziała:
-A w Johnnego Depp’a też potrafisz się zmienić? – zapytała z cwanym uśmiechem na twarzy. Zaśmiałam się.
-Zoey! Ja ci już nie wystarczam?- usłyszałam głos od strony drzwi. Pojawił się w nich Shedow.
-Wystarczysz.. ale.. człowieku! To w końcu Johnny Depp!
-Czyli.. nie jesteś na mnie zła? – zapytałam z nadzieją w głosie.
-Zła? Jestem wściekła… ale wiem dlaczego to zrobiłaś. A teraz chodź, musisz poznać resztę.
**
Zoe ciągnęła mnie w stronę jakiegoś boiska a Shedow szedł z przodu, wyraźnie zadowolony z towarzystwa Hasty u swojego boku.  Mijaliśmy różnych ludzi, którzy na nasz widok odwracali się i wtedy po raz pierwszy zaciekawiło mnie to, jak bardzo głowa potrafi się obrócić na szyi. Zoey ciskała oczami gromy na dziewczyny, które śliniły się na widok Sheda. Ale ni takie przysłowiowe gromy, tylko prawdziwe malutkie iskierki, które trafiały w biodra albo nogi tych nieszczęsnych herosek.
Już z daleka Zoey pomachała grupce osób zebranej w koło zniszczonych ławek na trybunach.
-Co się tu stało? – zapytał ciemnowłosy.
-Oprócz bramy, przedostało się tu kilka skulli. Chris gonił je z tasakiem. – odparł jeden z chłopaków.
-Dlaczego akurat z tasakiem? – zdziwiła się Zoe.
Kolejny chłopak, szatyn wzruszył ramionami.
-Nie miałem nic innego pod ręką.
Dziewczyna westchnęła zrezygnowana  i  spojrzała na mnie przepraszająco.
-Dobra, a teraz spokój. Chcę wam kogoś przedstawić. – kiedy wzrok wszystkich zebranych skupił się na mnie zaczęła kontynuować. – To jest Pheonix, moja stara znajoma. A to jest Christopher, Dylan, Gregory, Kasmir i Lorenz. Jest jeszcze Klara ale on jest Em.. w śpiączce i mój brat, którego wkrótce też zdążysz poznać.
W koło nas biegały dzieci rzucając się ziemią i kawałkami trawy. Nagle dostałam czymś prosto w plecy.
-Ej, idźcie się bawić gdzie indziej! – napomniał je Dylan. – Przepraszam, to moi podopieczni.
-Masz na plecach wielką brązową plamę. Jakby pies na ciebie narobił . – powiedziała Zoe bez ogródek.
-Nic nie szkodzi. – powiedziałam i w miejsce czarnej bokserki pojawiła się czarna koszulka z logo Black Veil Brides.
-Jak ty to…? – zapytał Gregory.
Uśmiechnęłam się i odpowiedziałam spokojnie:
-Jestem półsukubem.
Dylan uśmiechnął się nieśmiało w moim kierunku a Hasta warknął. Ja zaczęłam się śmiać a chłopak zmieszał się.
-No już, spokojnie Hasta. – dalej uśmiechałam się szeroko klęcząc obok lwa i głaskając jego grzbiet.

Porozmawialiśmy jeszcze jakiś czas a potem wróciłam z Hastą do siebie i  czekałam aż Lucas po mnie przyjdzie.


****************************************
Hej :) Jestem Zuza i mam nadzieję, że rozdział się spodobał i jednak mimo wszytsko nie wprowadziłam tu "chaosu". Na razie się z wami żegnam i do następnej notki z udziałem córki Nike <3 ^^