sobota, 8 grudnia 2012

Rozdział dwudziesty czwarty

Shedow.
          Zimny wiatr chłostał mnie po twarzy. Gałęzie płaczącej wierzby oplatały moje ciało, niesione zimnym porannym wiatrem. Stałem na wysokim wzgórzu, na którym kiedyś umarła nimfa, właśnie dla niej wyrosła ta wierzba płacząca. Lubiłem te miejsce... praktycznie przez cały czas było spowite cieniem. O poranku i zachodzie słońce odwiedzało te miejsce. Zachód słońca zawsze wyglądał zjawiskowo, ale nic nie pobije widoku wstającego słońca, które wędruje na piedestale nieba.
Zaletami tego miejsca było też to, iż widok rozciągał się na cały obóz i miałem oko prawie na wszystko.
         Jakoś nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić. Zayn był na mnie zły, że nie zatrzymałem jego siostry... Jeszcze nie chciał wierzyć, że mama Zo była w niebezpieczeństwie. A jeszcze nagłe pojawienie sie Rikki wyprowadziło go z równowagi. Nie wiem co sie z nim stało, ale bardzo się zmienił. Kiedyś nie był aż tak zadufany w sobie... zmienił się na niezłego dupka, który uważa, za życiowy cel gnębienie silniejszych i mądrzejszych od siebie. Po prostu jego cechami dominującymi musiały byc wady Zeusa. Zwykły człowiek nie mógłby nosić w sobie, aż tyle naraz bo by eksplodował... albo zapadł w deprechę co za niedługo dosięgnie Zayna.. Hanna opowiadałam mi o tym, że gnębi ją, a ostatnio pokłócili się. Próbowałem byc bezstronny w rozsądzaniu, które z nich jest gorsze, albo ma większy problem... ale jakoś nie umiałem się na ten temat skupić.
OD czasu felernego pojedynku z Zirą, w którym nas ewidentnie pokonała, jadem pochodzącym z Hadesu byłem strasznie rozkojarzony i nie umiałem sie skupić na dłuższą metę.
Ciągle miałem wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Zacząłem widać jakieś czarne kształty, które nie umiałem przeniknąć Cieniem.
         Rozmawiałem na ten temat z Zoey. Chciałem sprawdzić czy tez tak się czuje. Okazało sę, ze dziewczyna ma jeszcze gorzej. Widywała co jakiś czas zjawy, które do niej mówiły i żądały od niej wiele rzeczy.
 - Shedow... ja naprawdę się boje... - mówiła roztrzęsiona. Jej ręce trzęsły się i z ledwościa trzymała w ręku kubek - boje się, że przyjdzie dzień i wezmą mnie do Hadesu...
Była na skraju płaczu, a je nie miałem pojęcia co mam zrobić... jak ją pocieszyć i jak sie zachować. Te rzeczy po latach samotności były dla mnie obce.
Usiadłem obok niej na łóżku szpitalnym.
 - Jad niema aż takich skutków ubocznych. Co najwyżej mogą cie straszyć. - próbowałem ją pocieszyć.
Ta spojrzała na mnie z wzgardą.
 - Wielkie pocieszenie... - warknęła.
Cóż... nie jestem dobry w pocieszaniu ludzi. Lepiej wychodziło mi zrażanie ludzi.
Wzruszyłem ramionami.
- Nikt nie powiedział, że byc herosem to prosta rzecz. - znów palnąłem jakąś głupotę. Naprawdę powinienem częściej rozmawiać z ludźmi.
Przewierciła mnie wzrokiem.
 - O ile wiem nie pisałam się na ten los. - wstała z łóżka i zaczęła przechadzać sie w tą i z powrotem. Wspominałem, ze ma dość możne ADHD?
Dziewczyna gwałtownie sie zatrzymała i wpatrywała się w jakiś punkt w przestrzeni.
Warknęła i cisnęła w tamtą stronę szafką nocną.
 - Pierdolone zjawy!! - teraz w ruch poszło krzesło. Roztrzaskała je o ścinę, a resztkami biła sie z powietrzem. Już wiem dlaczego Antony nie chciał jej wypuścić ze szpitala. Zachowywała się jak obłąkana.
Nie umiałem już patrzec na co to robi i jednym ruchem pozbawiłem ją broni i odepchnąłem ją.
 - Przestań. I tak nic im nie zrobisz. Jedynie zafundujesz sobie kolejny dzień w szpitalu.
Spojrzała na mnie gniewnie i założyła ręce na piersi.
 - Nie czujesz tego co ja. - przez chwilę na jej twardym obliczu, zagościł cień strachu i bezradności - mam wrażenie, że wyczekują mnie. Czekają aż do ich przyjdę... Wczoraj obudziłam się i byłam przez nie otoczona. Wpatrywały sie w mnie tym swoim pustym wzrokiem... Moja psychika tego nie wytrzymuje.  
Poczułem jak jeden z moich kącików powędrował ku górze.
 - Psychika normalnego człowieka by tego nie wytrzymała, a co dopiero twoja zryta bania.
Dziewczyna roześmiała się.
 - Tak wiem, że do obłąkania brakuje mi tylko kaftanu bezpieczeństwa ale bez przesady. - zawiesiła sie - że zachowuje się jak na haju, to nić złego.
Pokazała mi język. Wróciła do normalności i odetchnąłem z ulga.
 - A tak po za tym to jak się sprawy na wolności mają? - uniosła brew wyczekująco - Bo wiesz... siedzę tu całe dnie pod ciągłą obserwacją... - zacięła się i zwrócieła sie gdzieś w bok. - Co mnie to obchodzi, że jesteś Marek Antoniusz? Przerywasz mi w rozmowie, a to niegrzeczne! - zrobiłą gest jakby odpychała muchy.  
 - Masz wahania nastroju gorsze niż Zayn. - zaśmiała się jeszcze głośniej. Cały stres z niej uszedł i nie było śladu po tej psycholce, która rozwaliła szafkę nocną i krzesełko.
 - Dobre porównanie - podniosła sie na rękach i teraz widziałam jej całe oblicze w blasku księżyca. Jej twarz nie nosiła żadnych śladów po ciosach Ziry. Jedynie ledwie dostrzegalną niedoskonałością była ledwie widoczna biała blizna na lewym policzku dziewczyny. Pamiętam jak głęboka była ta ranka zadana nożem. A ambrozja zrobiła swoje. - naucz mnie walczyć. -  powiedziła ni z tego ni z owego.
Zbiła mnie z tropu.
 - Przecież dobrze walczysz. - tylko tyle zdołałem z siebie wykrzesać.
Pokręciła przecząco głową.
 - W cale nie. Gdyby nie ty, to dawno bym została strawiona przez Zirę. - poderwała się z miejsca, kucnęła na ziemi i podciągnęła pod brodę kolana. - muszę nauczyć sie z nią walczyć. - oznajmiła.
Patrzyłem na nią próbując rozgryźć jej tok rozumowania.
Sięgnąłem do pamięci, aby przypomnieć sobie jak dziewczyna walczy. 
 - W sumie? DZiwnie walczysz - wbiła we mnie wściekły wzrok.
 - Dzieki, że dopiero teraz o tym mówisz.
Wyszczezyłem się.
 - Do twojej gracji ruchów nie pasuje, bezmyślność Aresa. - uniosłem jeden kącik ust
Dziewczyna spojrzała na mnie spode łba.
 - Nie musisz mi przypominać, ze mam grację i koordynację walenia. Dobrze o tym wiem. - przez chwilę patrzyła w punkt gdzieś za mną - To nauczysz mnie walczyć czy nie?!
Powiedziała groźnym głosem.
Jej wachania nastroju są bardzo interesujące. Ciekawe jak długo to potrwa.  
 - Poproś Chestera albo Zeyna oni z chęcią cię pouczą.
Pokręciła przecząco głową.
 - Już ze mną trenowali i zrobili ze mnie walenia. Więc podziękuje.
Wywróciłem oczami.
Dziewczyna poderwała się i znów pochwyciła krzesło. Wzięła zamach, ale w ostatniej chwili powstrzymała się a jej rysy złagodniały.  
 - Miałeś romans z Kleopatrą!? - zrobiła wielkie oczy i zwróciła się do cienia, którym był Marek Antoniusz, którego w tym momęcie chciała potraktować krzesłem. - Jaka ona jest?!
Totalnie zapomniała o mojej obecności. 
Uśmiechnąłem się i postanowiłem zostawić ją w tej ekscytującej rozmowie, w której i tak nie mogłem uczestniczyć.
 - Dobranoc. - pożegnałem się
Przeniosłem się cieniem. Cienie ludzi przelatywało mi przed oczami, a ciemność spowiła mnie całkowicie. Oglądałem różne obrazy z głów osób przez, które przelatywałem. Tak właśnie działał cień. Wnikał do innych cieni, a ja miałem wgląd do głów ich posiadaczy. Zdawało mis się, że ta podróż trwała godzinami... a tak naprawdę sekundę później znalazłem się w swoim łóżku przebrany w piżamkę.
Westchnąłem na wspomnienie tej rozmowy.
To było raczej logicznie, ze bd mi się pogarszać i wejdę do stanu Zoey. Magia mojej mamy jeszcze długo mnie nie ustrzeże... kiedyś sie wyczerpie i bd się zachowywał jak Fox. Nic do niej nie miałem ale miała straszne wahania nastrojów odkąd widuje te zjawy. Nie przypominała siebie, a jak już to tylko przebłyski dawnej ZO. To było okropne.  Nie chciałem teraz o tym myśleć.
Zapewne znajdzie sposób na zmuszenie mnie do nauki walki, wiec bd musiał uzbrić się w cierpliwość. Zacznę ją unikać to moze zapomni... chyba....
Ta kobieta doprowadzi mnie do stanu krytycznego. 
Zauważyłem jakieś poruszenie na niebie. Jakiś ciemny kształt wtargnął na niebo i zbliżał się w strone obozu.
Przeniosłem się na pastwisko pegazów gdzie miałem lepszy widok...


Zoey.

 - Kim byś została jakbyś nie była herosem? - zagadnęła Hanna.
Siedziałyśmy sobie na polanie i patrzyłyśmy w chmury. Ledwie co mnie wypuścili ze szpitala, a ja poprosiłam Toscano aby mnie uprowadziła. Zapewne znów Zayn zachodzi w głowę gdzie jestem. Ale musiałam uciec od jego nadopiekuńczego oka i jeszcze bardziej upierdliwego Chestera. Ja rozumiem, że się o mnie martwią i wg... ale mogli by sobie odpuścić... ze szkła nie jestem, a co to dla mnie jedna dziura w ciele mniej czy więcej? Ciągle mi ich przybywa i jest mi z tym dobrze.     
Bardziej martwiłam sie zjawami, które objawiały mi się na każdym kroku... były przerażające i za każdym razem co je widziałam przechodziły mnie dreszcze. 
 - Dziwką. - odparłąm bez namysłu.
Dziewczyna wstała gwałtownie poruszona moją odpowiedziom. Uniosła brew.
 - Słońce zasłaniasz. - skarciłam ją.
Dziewczyna westchnęła.
 - Ja się chyba nie dorobię na prezenty do moich chrześniaków. - pokazała mi język.
Spojrzałam na nia rozbawiona.
 - Ha ha ha bardzo śmieszne. - uniosłam się na łokciach i lekko syknęłam gdy zabolało mnie lewe ramie - Uwierz wiem co to ZABEZPIECZENIA! - wydarłam się jej do ucha. - a poza tym dobrze płatna praca, szybka i nie trzeba w niej siedzieć 8h.
Dziewczyna znów westchnęła.
 - Mam lepszy pomysł. Ja znajdę sobie bogatego męża, który bd miał przystojnego brata i ożenisz się z nim.
 - Wyjdę za mąż - poprawiłam.
 - Nie! - zaprotestowała - słuchaj - przybrała wyraz twarzy myśliciela - Bd mieszkać razem wydamy książkę o naszej głupocie, ukradniemy im pieniądze i uciekniemy na bezludna wyspę gdzie bd na nas czekać przystojni meni naszego życia.   
Po chwili gruntownego zastanowienia dodałam:
 - Nie uwzględniłaś moich dzieci.
Dziewczyna popukała mnie w czoło.
 - Idź ty się leczyć.
Wyszczezyłam się.
 - Nie moja wina, że twój diler sprzedał ci felerny towar. A później ja mieszam... wciągam i przez takie ciulstwa mam nasranie w głowie.
 - Ty od zawsze masz nasrane w głowie. To żadne usprawiedliwienie. - usłyszałam zgrzytliwy głos Rikki.
Tak... nasza kochana Riki wróciła do obozu po rocznej przerwie. A na dodatek przyniosła ze sobą dziecka. Nie wieże jej, że to dziecko jej brata. Zapewne zaciążyła sie z kimś i teraz nie chce sie do tego przyznać... A najgorsze jest to, że zwerbowała Chrisa i chodzi za nia wpatrzony jak w obrazek. To było upierdliwe.
 - I kto to mówi. - warknęłam.
Dziewczyna zaśmiała sie
 - To nie ja na każdym kroku widzę zmarłych.
Przegięła!
 - Taaa ja widzę zmarłych, ale nie noszę śmierci jak inne osoby... - nasączyłam tą wypowiedź dużą ilością jadu. Mam nadzieje, że zrozumie przesłanie.
Dziewczyna zmierzyła mnie nienawistnym spojrzeniem, odwróciła się na pięcie i zaczęła biec w stronę jeziora w którym po chwili zniknęła.
Han szturchnęła mnie w żebra.
 - To było poniżej pasa. - upomniała mnie.
 - Ona zaczęła! - Broniłam się.
Dziewczyna westchnęła bezradnie:
 - Nie powinnaś takich rzeczy mówić, a szczególnie w jej sytuacji.
Podniosłam się gwałtownie.
 - A to ona może, tak?- nie wytrzymałam - czyli ja moje cierpieć z powodu zmarłych, którzy kręcą się wokół mnie, a ona może mnie bezkarnie obrażać? - wstałam i otrzepałam się - dzięki za miły ranek. Spadam.
Nie ważąc na słowa przyjaciółki poszła w las. Byłam mego wkurzona i nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Najchętniej sprzedałabym sobie kulkę w łeb.... to byłoby najlepsze rozwiązanie dla wszystkich. Mało kto by płakał.
        Nie wiem jak długo szłam i gdzie szłam, ale nogi zaprowadziły mnie do stajni. Weszłam do niej jak każdego ranka. W sercu nadal nosiłam nadzieję, że Klipso i mama kiedyś wrócą... Najprawdopodobniej Zira ich zabiła... niedawno już ich nawet opłakałam... Próbowałam wyciągnąć ze zjaw informacje na temat mojej rodzicielki ale na marne. Cholernie się bałam, że moje poświęcenie poszło na marne i że byłam bezsilna ocalić mamę.
       Antony podejrzewał, że popadam w deprechę, a to może poprowadzić mnie do samobójstwa. Między innymi dlatego Zayn zaczął zachowywać się jak nadopiekuńcza mamuśka, a Chester skakał wokół mnie jak marionetka... co prawda pochlebiało mi to, ale nie dawał mi miejsca na życie i coraz bardziej mnie irytowała. Co prawda chodziliśmy ze sobą, ale teraz co raz bardziej czuję, że się od siebie oddalamy i nie czyje tego samego co na początku. To te zbyło dobijające i miałam wyrzuty sumienia z tym związane. Ale cóż nie można zmuszać sie do miłości. To by było nienaturalne. 
Przystanęłam przy pustym boksie Kalipso.
Westchnęłam zawiedziona i poszłam zobaczyć jak się miewa Noc ze złamanym skrzydłem. Co prawda poskładali go do kupy, ale dostała zakaz latania przez 2 tyg, aż bd mieli pewność, że rana się naprawiła. Podobno ambrozja dzieła inaczej na ludzi, bogów a inaczej na zwierzęta i stworzenia. A hipoteza Crystal była interesująca.
Dałam Nocy jabłko i wyszłam na wybieg... nie wiem dlaczego ale miałam wrażenie, że zaraz coś się stanie.
I miałam rację.
Spojrzałam na niebo i zauważyłam ciemny kształt zbliżający się do obozu. Usłyszałam trąby nawołujące co bitwy. Czarny kształt zbliżał się do stajni. Niebawem  rozpoznałam w nim pegaza. Wylądował niedaleko mnie i moje serce podskoczyło.
Ruszyłam biegiem w stronę Klalipso.
 - MAMO!! - zaczęłam drzeć się.
Moja mama zeszła z konia i próbowała biec w moją stronę... a to wyglądało jakby kowboj deptał kapustę. Skutki długiej jazdy na pegazie.
Wpadłyśmy sobie w ramiona.
Obie płakałyśmy jak bobry, a wokół nas zrobiło się nie małe zbiegowisko.
 - Gdzieś ty była!? - mówiłam z pretesją - Zamartwiałam sie o cb!
Mama zaśmiała się:
 - Twój ojciec chciał mi pokazać pałace - zachichotała.
Ja natomiast zrobiłam face plam.
 - I taż mi się trafiła taka rodzina... - mruknęłam.



Tak tak... powiewa nudą... z góry przepraszam.  
Bujka:*

sobota, 1 grudnia 2012

Rozdział dwudziesty trzeci


Dylan
 Po ostatniej misji nie miałem ochoty już na nic. Ciągle siedziałem w pokoju i przyglądałem się mojej broni. Po głowie mi ciągle chodził ten obraz bezbronnej Hani. Nigdy wcześniej się tak nie bałem o nią. Gdyby jej coś się stało to cały sens mojego życia runąłby w otchłań Tartaru.
 Usłyszałem pukanie do drzwi. Podniosłem się z łóżka, a łuk odłożyłem do Roga. Otworzyłem drzwi i zobaczyłem za nimi uśmiechniętą blondynkę, która na mój widok rzuciła mi się na szyję. Przytuliłem się do niej i poczułem ten niesamowity zapach stokrotek, którymi zawsze pachniała.
 Cieszę się, że przyszła, brakowało mi jej obecności. Z nią zawsze mogłem porozmawiać o tym, co się dzieje.
 - Dylan, co powiesz na jakiś spacer? Hmm…? – złapała mnie za rękę i spojrzała mi głęboko w oczy.
 - A możemy najpierw iść do szpitala, żeby odwiedzić Zoey? – dziewczyna pokiwała twierdząco głową.
 Uśmiechnąłem się i pocałowałem dziewczynę w czoło. Złapałem jej ciepłą dłoń, zamknąłem za sobą drzwi i wyszliśmy na podwórze. Dzisiaj była piękna pogoda, ptaki śpiewały, słonko grzało, nic dodać nic ująć. Życie w obozie od naszej ostatniej misji się nie zmieniło. Wszyscy trenowali jak zawsze, inni kombinowali jak się od tego wywinąć.
 W drodze do szpitala spotkaliśmy Han, która w ręku miała szklaną butelkę z jakimś napojem w środku. Spojrzeliśmy z Klarą na nią podejrzliwie, ale przyjaciółka ruszyła tylko ramieniem.
 - Wiesz, że alkoholu nie można przynosić do szpitala. – odezwała się Klara przy drzwiach.
 - Wiem, dlaczego mi to mówisz? – powiedziała ostro. – Wydawało mi się, że jesteś córką Ateny, więc powinnaś być inteligentna i potrafić odróżnić wino od zwyczajnego soku z winogron.
 Czułem jakieś spięcie ze strony dziewczyn. Nie potrafiłem zrozumieć, co je tak poróżniło, przecież dawniej nic do siebie nie miały.
 Klara stanęła na palcach i pocałowała mnie w usta.
 - Idź sam, ja tam nie jestem potrzebna.
 Jeszcze raz spojrzała w stronę Han i odeszła. Spojrzałem gniewnie na przyjaciółkę, która też patrzyła na mnie w taki sposób przez chwilę, ale potem odpuściła i weszła do środka.
 - O co chodzi, Han? – zapytałem się, omijając pacjentów.
 - O nic, Dylan. Po prostu o nic.
 Nie zdążyłem zadać jej jeszcze jednego pytania, ponieważ dotarliśmy już do łóżka Zo. Muszę przyznać, że wyglądała koszmarnie, ale lepiej jej tego nie mówić, bo chciałbym jeszcze przeżyć. Han i Zo przybiły sobie żółwiki, a blondynka widząc prezent, który przyniosła jej przyjaciółka ożyła.
 - Nie masz na, co liczyć. To tylko sok z białych winogron – powiedziałem oschle.
 - Dzięki Dylan – poszkodowana skarciła mnie wzrokiem. – A gdzie twój prezent?
 Uniosłem brwi.
 - Moim prezentem było to, że ciebie tutaj przyprowadziłem. – mruknąłem.
 - Doceń to – odezwała się Han. – Miał takie zamiary, żeby zapakować cię do jakiegoś worka i wrzucić do jeziora, ale przypomniał sobie, że na pewno Posejdon nie pozwoliłby ci umrzeć i zdecydował się ciebie tutaj przynieść.
 - O bogowie – Zoey uśmiechnęła się sztucznie do mnie. – Jak ja się tobie odwdzięczę mój bohaterze?!
 - Kogo tutaj nazywasz bohaterem? – usłyszałem głos Chestera.
 Przybiłem mu piątkę, ale zauważyłem jak dziwnie patrzy na Hannę i odwrotnie. Przyjaciółka zacisnęła szczęki i pięści, a po chwili wyszła ku wyjściu, mijając Chestera z taką pogardą jak nigdy. Nie rozumiem już jej. Najpierw Klara, a teraz on?
 - Co jej? – zapytała się Zo.
 - Właśnie nie wiem – spojrzałem na jej chłopaka. – Chester, co się ostatnio stało?
 - Nic, dlaczego pytasz? – pocałował Zo w czoło, ale ta go odepchnęła. – O co ci chodzi?
 - Chcę wiedzieć, dlaczego Han wyszła?!
 - Posłuchajcie, no troszkę się pokłóciliśmy i tyle, nic poważnego – uśmiechnął się. – Teraz powinnaś odpoczywać, a nie zamartwiać się naszymi kontaktami…
 - Ludziska, ja spadam, bo Klara na mnie czeka – kiwnąłem głową im na pożegnanie. – Aaa… I bądźcie grzeczni – puściłem im oczko, ale nim zdążyłem się odwrócić dostałem poduszką w głowę.
 Długo nie musiałem szukać Klary, bo ona jak zawsze siedziała na ławce pod lasem i czytała jakąś encyklopedię. Bogowie, jak taka dziewczyna jak ona chce się umawiać ze mną? – pomyślałem. Podszedłem do niej i pocałowałem ją w głowę, ona zaś się uśmiechnęła i odłożyła książkę. Wreszcie sam na sam z moją dziewczyną. Chyba tego mi tylko brakowało. Ona oparła się o mnie i przyglądała obozowemu życiu.
 - No nie - mruknęła Klara. – Zaraz będziemy mieć gościa.
 Zza drzew wybiegła mała Merylin. Na nasz widok się uśmiechnęła i podbiegła. Nie wiem jak to zrobiła, ale usiadła pomiędzy nas i to teraz ona się o mnie oparła.
 - Co tam słychać u was? – powiedziała swoim piskliwym głosem. – Albo nie mówcie, wy dorośli zawsze zanudzacie. Ja wam opowiem, co się dzisiaj wydarzyło. Było tego tak dużo, że bałam się, iż tego nie zapomnę – dziewczynka cały czas gestykulowała rękami. – A więc dzisiaj wstałam bardzo szybko i miałam czas pozamieniać trochę kosmetyków w łazience tak jak poradzili mi bliźniacy Riddle…
 - Co to znaczy? – przerwała jej Klara.
 - No, że dosypałam im do szamponów trochę środków, które puszą im włosy albo farbują na jakiś kolor – uśmiechnęła się.
 - To już znamy przyczynę dzisiejszej pobudki – mruknąłem, chociaż miałem ochotę wybuchnąć śmiechem.
 - Ja cię bardzo przepraszam – dziewczynka kontynuowała swoją gadkę. – Ja się zastanawiam za co jestem córką Afrodyty albo nie! Bo mama jest spoko, gorzej z moim rodzeństwem, ale nie wszyscy są tacy źli, na przykład Adam jest spoko, gdy nie układa swoich włosów, ale…
 - A co się stało później? – Klara była niecierpliwa.
 - Później było śniadanie, na którym…
 - A później? – dziewczyna znowu jej przerwała.
 - Później poszłam do lasu, gdzie spotkałam mojego mistrza, czyli Shedowa. Cały czas za nim chodziłam i opowiadałam, co się działo, gdy mnie nie było, on tylko kiwał głową, ale czad, nie? – dziewczynka spojrzała na nas z takim uśmiechem, ale nim zdążyliśmy mrugnąć kontynuowała swoją opowieść. – W końcu Shedow zaproponował, że pobawimy się w chowanego i ja się zgodziłam. Wiecie, że on jest mistrzem w tej zabawie? Szukam go już z trzy godziny i wciąż nie potrafię go znaleźć, ale się tym nie przejmuję, bo w drodze do was znalazłam sobie pupilka! – dziewczynka sięgnęła po coś do kieszeni. – Poznajcie mojego Puszka!
 Klara krzyknęła i odskoczyła od dziewczynki. Ja spojrzałem na ręce małej i zobaczyłem wielkiego pająka, który spacerował jej po rączce. Uniosłem kąciki ust do góry, ale kiedy Klara spojrzała na mnie z miną: Pożałujesz tego! Odpuściłem sobie.
 - Chcecie go pogłaskać? – dziewczynkę nawet nie ruszyło to, że córka Ateny odskoczyła.
 - Wiesz, co ja chyba pójdę poczytać do domu. Pa.
 Pomachała mi i pobiegła w kierunku swojego domku. No i po naszej randce. Uśmiechnąłem się słabo do dziewczyny i pogłaskałem ją po główce.

Hanna
 Siedziałam na piasku przy jeziorze razem z Shedow’em. Cały czas graliśmy w karty i nawet się nie odzywaliśmy. Oboje wiedzieliśmy, że kiedyś musimy zacząć rozmowę, ale sami nie wiedzieliśmy jak.
 Chłopak znowu wygrał. Rzuciłam kartami w piasek i spojrzałam na górę, która jest po drugiej stronie jeziora.
 - Co jest między tobą a Chesterem? – w końcu pan Nocy się odezwał.
 - Nic, a co ma być? – spojrzałam na niego gniewnie. Dlaczego on zawsze musi wszystko wiedzieć?
 - Bo dziwnie się zachowałaś w szpitalu…
 - Byłeś tam?! – podniosłam głos, ale po chwili upadłam na piasek, próbując się uspokoić. – Dlaczego ty zawsze się chowasz? Nie możesz raz jak normalny człowiek podejść, pogadać? Chyba jesteś człowiekiem, nie?
 - Bardzo śmieszne Han – zmarszczył czoło. – Tak w ogóle, dlaczego siedzimy tutaj? Zawsze ty i Christopher siedzicie tutaj tak jakbyście na kogoś cze… - zamilkł. – Wy ciągle liczycie na to, że Rikki wróci?
 - Dziwne? – próbowałam złagodzić swój ton, ale słabo mi to wychodziło. – Ona jest naszą przyjaciółką, dlatego wciąż liczymy na to, że wróci do obozu. Odkąd tutaj trafiłam to widziałam jak wszyscy ją traktują…
 Chłopak nie odpowiedział, tylko usiadł tak jak ja i zaczął patrzeć w góry. Miałam wrażenie jakbym sama tutaj siedziała i nikogo ze mną nie było.
 - Ona też próbowała kiedyś się ze mną zaprzyjaźnić – w końcu zaczął. – Tylko jak zawsze odrzucałem pomoc. Han czego ty właściwie ode mnie chcesz? Po co mnie tutaj zawołałaś?
 Spojrzał na mnie swoimi księżycowymi oczami i miałam ochotę skryć się za jakąś skałą. W końcu wzięłam wdech i z kieszeni wyciągnęłam stare zdjęcie, na którym była moja babcia i jego. Pokazałam mu je, a na jego twarzy pojawiły się zmarszczki.
 - Skąd to masz? – warknął.
 - Czyli poznajesz swoją babcie?
 - Jakbym mógł nie poznać? To jest jedyne zdjęcie, które zachowałem… Skąd je masz.
 - Shedow, ja już wiem, dlaczego twoja mama wybrała właśnie mnie – podniósł do góry brwi, co znaczyło, że nic nie rozumie z moich słów. – Twoja babcia była córką Nadziei… A moja babcia była siostrą bliźniaczką twojej…
 - To jest twoja babcia – pokiwałam głową. – Przecież ona zginęła w wypadku samochodowym, kiedy miała piętnaście lat.
 - Została porwana – powiedziałam. – Kiedy miała jechać na imprezę do przyjaciół, pokłóciła się z twoją babcią i zrezygnowała z tego, żeby jechać z nią. Wzięła swój rower i ruszyła w las. Nigdy nie wierzyła w to, że może coś się tam stać, ale tym razem się przeliczyła. Na swojej drodze spotkała młodego mężczyznę, który ją uwiódł i porwał do Europy…
 - Żyje jeszcze? – zapytał.
 - Nie. – pokręciłam głową. – Zginęła w wypadku samochodowym przed moimi narodzinami…
 - Dobra, ja spadam – mruknął. – Czyli jesteśmy rodziną, ale nikomu o tym nie mów, bo coś czuję, że jak się o tym dowiedzą bliźniacy to zabiorą się za ciebie… - podrapał się po głowie. – Która jest godzina, wiesz?
 - Ty się pytasz o godzinę? – byłam w szoku. – Jest chyba piętnasta, bo co?
 - Cholera! Przesadziłem…
 - W czym?
 - Bawiłem się z Merylin w chowanego.
 Wybuchnęłam śmiechem. Otóż to najbardziej tajemniczy chłopak w obozie bawił się z ośmioletnią dziewczynką w chowanego.
 Długo nie musiałam czekać, żeby Shedow mi się zrewanżował i klepnął mnie w głowę.
 - Czyli o tym też mam nie mówić? – spojrzałam na niego, gdzie na twarzy pojawił się delikatny uśmieszek.
 - A jak myślisz?
 Zniknął. Pokręciłam ze śmiechem głową i spojrzałam na jezioro, które zaczęło niespokojnie się ruszać. Wstałam i przyjrzałam się, co się dzieje. Po chwili w oddali zobaczyłam wyłaniającą się z wody postać, która przy sercu miała jakieś zawiniątko.
 - Rikki – powiedziałam do siebie.

Nie wiem, dlaczego, ale ten rozdział bardzo mi się podoba... Może dlatego, że natchnęła mnie na niego Bujka?
Kinga

poniedziałek, 26 listopada 2012

Rozdział dwudziesty drugi

Leżałam na ciepłej grzywie czarnego wierzchowca i próbowałam odpocząć. Shedow obiecał mnie asekurować, kiedy będę kimać. Ale ból w klatce piersiowej nie pozwalał mi na to,  a przez cały czas miałam dziwne wrażenie, że chłopak gapi mi się na tyłek.
 - Długo jeszcze? - jęknęłam.
Nie miałam pojęcia jak długo juz lecimy. Nie to, że nie lubię latać ale byłam zmęczona i chciałam jak najszybciej isć spać. Przez te całe zamieszanie zapomniałam o mamie. Nie wiedziałam gdzie teraz jest i było mi z tym źle.
 - Lecimy dopiero pół godziny. Śpij - mruknął.
 - Łatwo powiedzieć. - warknęłam.
Zamknęłam oczy i odleciałam.
Poczułam, że coś jest nie tak i otworzyłam oczy.
Ja naprawdę leciałam!
Nie chodzi mi o sen tylko rzeczywistość.
Noc spadałam przede mną, a jej skrzydło było złamane pod dziwnym kontem.
Po mojej lewej stronie zauważyłam Shedowa, który siłuje się z Zirą.
Widocznie zasnęłam i obudziłam sie po wszystkim.
Pokierowałam swoją mocą i podleciałam do Ziry. Kopnęłam ją i oderwała sie od chłopaka. Znaleźliśmy się dość blisko ziemi, a bogini rzuciła sie na mnie.
Zrobiłam unik i podleciałam do chłopaka.
 - Noc! - krzyknął w rozpaczy i kazał się do niej zawieść.
Chwyciłam go za rękę i skierowałam nas w stronę ogiera, który wierzgał i machał przestraszony zdrowym skrzydłem.
Chłopak objął szyję wierzchowca i zniknęli.
Próbowałam wyhamować przed drzewami ale Zira skoczyła mi na plecy i poleciałam na drzewa. Gałęzie obijały mnie ze wszystkich stron. W geście rozpaczy obróciłam sie na plecy. Miałam tyle szczęści, że całe uderzenie przejęła na siebie bogini, a ja byłam tylko poobijana.
Wyszarpałam sie i próbowałam uciec.
Moja wolność długo nie trwała.
Zdzira chwyciła mnie za szyje, a ja straciłam grunt pod stopami.
Zaczęłam mnie dusić, a ja próbowałam wymacać stopami ziemię, której nie było.
Wbiłam paznokcie do jej skóry dając sobie chwilowe ulżenie gdy rozluźniła nieznacznie  uścisk.
        Nie umiałam sie poruszyć. Mroczki pojawiły mi sie przed oczami i czułam jak siły ze mnie odchodzą. Nie chciałam pożegnać sie ze światem. Jeszcze tylu rzeczy nie doświadczyłam... bezwarunkowej miłości, prawdziwej, szczerej przyjaźni, tortu czekoladowego, sprania kilku osób, sexu i wielu innych rzeczy. Ale czułam, że już niec nie mogę zrobić. Widziałam jak otwierają sie przede mna drzwi do tartaru. Delektowałam sie ostatnimi oddechami życia...
Uścisk ulżył i upadłam na ziemię. Dyszałam niemiłosiernie, chciałam złapać jak najwięcej powietrza. Leżałam na ziemi jak jakaś sierota i nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić.
Słyszałam jak Shedow pojedynkuje się z Zirą. Próbowałam sie podnieść. Byłam wrakiem człowieka... całkiem wyczerpana... Oparłam sie o jedno z drzew i próbowałam odzyskać siły. Spojrzałam na ręce. Całe się trzęsły i były umazane krwią. Ciężko mi sie oddychało.
Nagle cień ptaka padł na mnie, a na moich kolanach wylądowała złota fiolka z załączonym liścikiem. Spojrzałam w ślad za ptakiem, który zniknął.
Podejrzanie zaczęłam oglądać fiolkę.
Wyjęłam liści  i zaczęłam czytać:

"Skrop ranę ambrozją,
resztę wypij.

Ps. Nie poddawaj się.
                                             tata"           

Jeszcze w tym dniu brakowało mi troskliwego ojczulka. Super że przypomniało mu się o mnie w ostatnich chwilach życia. Brawo. Bardzo rodzicielskie nie ma co. A od kiedy on może się nazywać moim tatą? Jestem stworzona z jego nasienia, ale nie życzę sobie tego! Musiałby zapracować na to abym go uznała za ojca! Jest moim rodzicielem, dał mi życie i nic więcej. Zniszczył mi i mamie życie. 
Ale o tym później.
Niechętnie otworzyłam fiolkę i zrobiłam to o co prosił. 
Skropiłam najpierw rany na szyi i piersiach i od razu poczułam ulgę. Rany zasklepiły się i nie zostało po nich śladu. 
Później udało mi sie skropić policzki i od razu poczułam ulgę. 
Resztę wypiłam.
Ambrozja miała smak jakiegoś diabelskiego Rumu. Gorzej niż Ruska wódka, a takoż już piłam. Poczułam sie jak w Bajce Asterix i Obelix jak łykali wywar Panoramixa, albo po pierwszym razie spróbowania ruskiej wódki. To był hardkor. 
Poczułam jak ciepło rozprowadza mi sie po ciele. Usłyszałam trzask i złamany mostek wrócił na miejsce. Zafascynowana oglądałam dzieła eliksiru. Nawet Snape lepszego wywaru by nie ugotował. 
W końcu poczułam w sobie siłę. 
Wzięłam do ręki miecz i byłam gotowa stanąć oko w oko z przeznaczeniem.
Uchyliłam sie przelatujący mi nad głową chłopakiem. Nie odwróciłam sie by spojrzeć gdzie uderzył. Od razu naparłam na wiedźmę. Wcześniej poznałam jej taktykę i nie mogłam sie doczekać aby wykorzystać jej jedyny słaby punk. Pewność siebie. 
Do walki weszłam ja Chuck Norris z pół obrotu. Wybiłam jej jeden miecz i teraz stałyśmy na przeciw siebie jak równy z równym. Miałyśmy te same szanse. 
 - Myślisz, że jedną bronią cię nie pokonam? 
U śmiechnęłam sie perfidnie. 
 - Fechtujesz jak stara babcia więc to nie ma znaczenia. Nawet gdybyś miała dziesieć noży nie pokonała byś mnie. A ty i twoje wielkie ego jest idealnym celem. - rozwścieczyłam ją. Usłyszałam jakieś dziwne ujadanie i szare, szpetne stworki, z ostrymi pazurami zbliżały sie do nas. 
Pięknie... jeszcze jeden problem.    
        Natarła na mnie, a ja okręciłam sie wokół niej. Czułam się jak torreador uciekający przed bykiem. Znów natarła i teraz złączyłyśmy się.
Podcięła mi nogi, a ja prześlizgnęłam sie pod jej nogami, spróbowałam wskoczyć jej na plecy ale ta błyskawicznie się odsunęła i przystawiła mi do gardła miecz. Spróbowałam uciec ale na drodze stanęło mi drzewo do którego przywarłam. Znów straciłam grunt pod nogami. 
Próbowałam się wyszarpać ale ostrze coraz bardziej nacinało mi skórę. Jak ka nie lubie ostrych rzeczy! 
 - No witam wszystkich! - usłyszałam pocieszny głos Christophera. Chyba nigdy nie cieszyłam się na jego widok! 
Zira zmierzyła wszystkich wzrokiem: 
 - Ty miałabyś MARTWA! - wskazała na Hannę - Derek powiedział, że to załatwi! 
Hanna zrobiła zdziwiona minę po czym uderzyła sie w głowę: 
 - Derek? Czyli już znam pana De. Chris, czy mógłbyś?
Chłopak pokiwał głową i nim Zira zrozumiała, wybałm już wolna. Potarłam obolałe miejsce na szyi. 
 - Szybciej się nie dało? – warknęłam w stronę przyjaciółki 
 - Wybacz, oglądałam widoczki.
Przy tej dziewczynie dostane białej gorączki! 
Stworki wyłoniły sie z lasu i wszyscy przystąpiliśmy do ataku. Nawet Shedow się pojawił. Dylan bombardował szara masę strzałami, Chris spuszczał ich z wysokości, a one rozpaćkiwały sie o ziemię, a ja Z Hanną jak żniwiarze, torowałyśmy sobie drogę do bogini, która była zajęta walka z Cieniem.
 - ...już raz ci to proponowałam! - dosłyszałam urywek rozmowy - U mojego boku będziesz panem świata!
Usłyszałam uderzenie mieczy. 
 - Powtórzę to po raz kolejny! - Shed tracił cierpliwość - nigdy się do ciebie nie przyłącze! Wolałbym umrzeć! 
Podciął ją w jednej sekundzie, ona upadła, a on pozbawił ją jednym kopniakiem broni. Jedną noga stał na niej i jednocześnie unieruchamiał ją w miejscu, a do jej gardła miał przystawiony miecz. 
 - Chyba sprawa zakończona... - przerwałam bo role się odwróciły. Bogini odepchnęła Shedowa i rzuciła sie w moją stronę. Hanna zasłoniła mnie ciałem i to ona została schwytana. Zira przystawiła go jej szyi jakiś podejrzanie wyglądający sztylet. 
Uniosłam miecz, a Zira mocniej przyciągnęła brunetkę, dając mi do zrozumienia, że nie mam sie zbliżać. Znieruchomiałam w obawie o przyjaciółkę. 
 - Zoey! Masz wybór! Albo ona zginie, albo ty! - Zdzira przekrzyczała cały rygor walki.
Miałam ochotę, rzucić w nią czymś ciężkim.
 - Nie słuchaj jej! - krzyknęła Hanna i od razu została uciszona. 
 - Nie dotykaj jej! - zagrzmiał głos Dylana. Wycelował strzałę prosto w głowę Ziry - Zdejme ją. - mruknął w moją stronę. 
 - Jest szybsza. - odezwałam się.
Wiedziałam co Dylan czuje, ale tez po dzisiejszej walce z nią wiem do czego jest zdolna. 
 - Gdy wypuścisz strzałę zdąży się zasłonić Hanną i to ja przedziurawisz. - Poparł mnie Shed. 
Widziałam zaciętość na  twarzy Dylana.            
 - Zoey! - Odłóż wszystkie rzeczy i chodź do mnie! Tylko twojej śmierci chce! - zaśmiała się. 
Biłam sie z sobą. 
W końcu uległam namową. 
Upuściłam miecz na ziemię i schowałam zbroję. Postąpiłam krok do przodu a Zira się cofnęła. 
 - Odłóż naszyjnik. 
Zacisnęłam szczęki.  Zerwałam łańcuszek z szyi i czułam się naga. Uniosłam wysoko głowę i poszłam przed siebie. Napotkałam po drodze spojrzenia moich przyjaciół.
Pokonałam już połowę droge do Ziry.  
 - Zo nierób tego! - błagała Han - pamiętasz nasz ostatni trening? - mówiła szybko i nie zważała na to, że może umrzeć - co ci powiedziałam? Że nie chciałabym aby moi bliscy ginęli za mnie. Ty tez to powiedziałaś. Że wolałabyś umrzeć... - została skutecznie uciszona przez Zirę. 
Coś mi nie pasowało. Na ostatnim treningu ćwiczyłyśmy jak zrobić kiwkę w sytuacji bez wyjścia. A ta rozmowa miała miejsce miesiące temu! 
Spojrzałam z powątpieniem na Hannę i teraz dopiero z czaiłam o co jej chodziło. Widziałam jak po jej policzku spływa łza, która mieniła sie w słońcu.       
Dokładnie wiedziałam co mam teraz zrobić.
Podeszłam do niej. 
 - Głupie dziecię. - powiedziała i wypuściła Hannę, która "poleciała" na drzewo. 
Uskoczyłam przed Boginią, a w tedy Hanna zaatakowała. 
Poczułam palący ból nad obojczykiem lewej ręki i az krzyknęłam. W następnej chwili z mojej rany został wyciągnięty czarny sztylet ociekający krwią. Nogi sie pode mną ugięły. 
Usłyszałam krzyk bogini.
Mnie już nic nie obchodziło. 
Zaczełam się trzepać jak w epilepsji. Ból był nie do zniesienia. Łzy same spływały mi po twarzy. Moje zmysły zostały przytłumione i jakby wszystko dochodziło do mnie z oddali.
Poczułam ja coś przywiera do mojej rany i znów krzyknęłam. 
Poczułam jak coś wysysa mi to co aż tak pali i sprawia mi bul. Próbowałam leżec spokojnie, ale i tak bul był niemiłosierny. Krzyczałam i rzucałam sie jak opentana. 
W końcu to co mi wysysało jad z rany oderwało się ode mnie i odzyskałam ostrość widzenia. Shedow leżał obk mnie z zakrwawionymi ustami i teraz on trzepał się jak w epilepsji. Wszystkie żyły wokół twarzy i szyi zrobiły sie czarne i wypukłe. Z jego ust zaczęła wylatywać piana. 
Krzyknęłam w panice.          
Nagle wszystko sie skończyło i chłopak leżał w bezruchu.
Miałam całą zdrętwiałom lewą stronę ciała. Podczołgałam sie do chłopaka. 
Dźgnęłam go palcem, a on nic. Jego wzrok był pusty. 
Krzyknęłam i zaczęłam go cucić.    
 - Pomocy! - zaczęłam krzyczeć... znaczy myślałam, żę krzyczałam a tak naprawdę wycharczalam coś niezrozumiałego - POMOCY!
Pierwszy dopadł mnie Dylan. 
 - O matko! - powiedział widząc moją ranę.
Próbował mnie na siłę oglądać. Ale ja sie mu wyrywałam. 
 - Shedow - jęknęłam. 
No i wszyscy zajęli się nim. 
Zostałam odciągnięta przez Christophera do tyłu. 
Mamrotałam, mamrotałam, mamrotałam. 
Mało do mnie dochodziło. Jad wyjadł mnie pd środka i byłam cholernie zmęczona. Nawet ambrozja nie pomagała. 
Widziałam jak Hanna i Dylan robią mu sztuczne oddychanie. 
Nie chciałam tak siedzieć bez czynnie. 
Próbowałam się wyrwać, ale moje siły były na wyczerpaniu. 
W sumie nie wiem co się stało. 
Cały świat zawirował przed oczami i ukazała się ciemność. 
" Musi wiedzieć, że chce żyć..." - usłyszałam czyiś głos w głowie. 
Widziałam zarysy Bogini, która podeszła do Shedowa i przywarła do niego wargami. Wszystko wokoło rozświetliło się. 
Oderwała się od niego i odeszła. 
 - To Nyks... - szepnęła Han.  
 - Musi wiedzieć, że chce żyć. - wymamrotałam. 
Podczołgałam sie do niego i trzasnęłam Shedowa z całej siły w twarz. 
 - Masz żyć gnojku, bo inaczej odwiedzę cię w Tartarze i skopie ci tyłek! 
Znów trzasnęłam go w twarz. 
W tedy usłyszałam jego oddech, a ja osuęłam się na ziemię. 
Ciemność widzę! Ciemność! Znowu!     



Końcówkę zdupczyłam wiem... no ale cóż... chciałam dobrze a wyszło... tak jak zawsze... -,-"
Bujka :*  

czwartek, 22 listopada 2012

Rozdział dwudziesty pierwszy


 - Nie musiałaś – odezwał się Chris. – Znasz Chestera, on mnie nienawidzi.
 Przyjaciel opatrzył swój krwawiący nos. Nie mogłam uwierzyć, że nie przejął się tym, że syn Aresa dał mu w twarz. Sięgnęłam ręką po biały ręczniczek i mu podałam. Uśmiechnął się do mnie i zaczął czyścić nim okrwawioną twarz.
 - Dziękuję, że chciałeś mnie ochronić – powiedziałam i przytuliłam się do przyjaciela.
 Zauważyłam, że w ciągu tego roku przybrał trochę masy. W jego ramionach czułam się bezpieczna. On zawsze będzie moim młodszym „bratem”, którego kocham. Odsunęłam odrobinę głowę i spojrzałam w jego ciemne, dziecinne oczy, w których widziałam pomieszane emocje. Raz widziałam radość, a za drugim razem cierpienie.
 - Pomogę ci – dotknęłam jego policzka.
 On w zaskoczeniu uniósł brwi. Nie domyślił się, o czym ja mówię.
 - Pomogę ci znaleźć Rikki, dobrze wiem, że właśnie jej szukasz.
 - Skąd to wiesz? – odsunął się ode mnie i spojrzał na las, który było widać z okna szpitalnego.
 - Jestem twoja przyjaciółką, nie zapominaj o tym.
 Poklepałam go po plecach i wyszłam z ośrodka szpitalnego. Przed nim już nie było Zayna i Chestera. Na pewno knują jak się zemścić na mnie. Wzięłam głęboki wdech i ruszyłam do mojego domku. Starałam się o niczym nie myśleć, ale cały czas zastanawiam, co się dzieje z Zo i Shedow’em. Wiem, że są razem i nic nie może im się stać, ale chciałabym wiedzieć chociaż, gdzie są.
 Wskoczyłam na werandę i chciałam już wejść do środka, ale coś przyciągnęło mój wzrok. Zrobiłam krok do tyłu i na stoliku zobaczyłam kieliszek białego wina. Uniosłam brwi i podeszłam tam. Sięgnęłam po złotą kopertę i wyciągnęłam z niej liścik.
Smacznego! ~D.
 Czyżby ojciec sobie o mnie przypomniał? Zmrużyłam oczy i powąchałam wino. Było tak pociągające jak żadne inne, które wcześniej miałam okazję skosztować. Przypomniały mi się czasy w Toskanii. Bardzo chciałabym dowiedzieć, co tam słychać u mojego ojczyma. Czy sobie radzi i w ogóle. Rok temu poinformowano go o moim zaginięciu. Boję się, że nie daje sobie rady beze mnie.
 - Kogo tutaj widzę? – na taras wszedł Ben, mój starszy brat. – Co tam masz?
 Kiwnął głową w kierunku kieliszka.
 - Prezent od ojca – mruknęłam.
 Chciałam już zrobić łyk, ale przeszkodził mi brat.
 - To niemożliwe, ojciec preferuje wino czerwone i tylko to daje nam w prezencie – wyciągnął rękę i wziął kieliszek. Przysunął go do nosa i mocno się zaciągnął. – To jest z trucizną!
 - Co ty brałeś? – przewróciłem oczami i odebrałam kieliszek. – Jak może być w tym trucizna? Czy tyś oszalał?
 - Powąchaj!
 Zgodnie z jego słowami zrobiłam to. Znowu poczułam afrodyzjak, więc nie rozumiałam, o co mu chodzi. Widziałam, że nalega, żebym zrobiła to jeszcze raz. Skupiłam się i zanurzyłam się w woni wina. Przypomniała mi się Toskania, hektary przepięknych winorośli, który pięły się aż do nieba, ale poczułam delikatny, kwaśny zapach, który wszystko burzył. Nigdy nie czułam takiego zapachu, ale coś czuję, że w większej ilości odpychał by mnie. Odwróciłam się i z winorośli zerwałam jeden listek, wrzuciłam go do napoju. Widziałam jak się rozpuszcza pod wpływem trucizny dodanej do wina.
 - Ale dlaczego? – popatrzyłam w szoku na swojego brata. – Dlaczego nasz ojciec chciałby to zrobić?
 - Han, mówiłem ci, że to nie prezent od ojca! – zabrał ode mnie kieliszek. – Postaram się dowiedzieć skąd to się tutaj wzięło. Ty dziewczyno masz szczęście, że mnie masz.
 Uśmiechnął się i odszedł. Nadal nie umiałam uwierzyć, że ktoś chciałby mnie zabić. Pierwszymi osobami, które wpadły mi do głowy to Zayn i Chester, no ale nie podpisaliby się D. Jeżeli tym De nie może być mój ojciec, to kto to?
 Weszłam do swojego pokoju i rzuciłam miecz na łóżko. Z mojej szafki wyciągnęłam luźne dżinsy oraz turkusową bokserkę. Pobiegłam do łazienki i już na wejściu się załamałam. Nie ma to jak dzielić ją z braćmi. Wszędzie były porozwalane ich ubrania, a gdzieniegdzie stały butelki po winie. Przewróciłam oczami i wskoczyłam pod prysznic, gdzie mogłam się wreszcie odprężyć, ale nie na długo. Do moich drzwi ktoś zaczął walić.
 - Han! – poznałam po głosie, że to Dylan.
 - Daj mi spokój! Biorę prysznic, chyba, że chcesz dołączyć?! – zaczęłam się śmiać z własnego „dowcipu”.
 - Nie żartuj sobie! – nie przestawał walić do drzwi. – Han wyłaź!
 - Pali się?!
 Przewróciłam oczami i sięgnęłam po ręcznik. Muszę zapamiętać, że jak będę miała kiedyś okazję to mam zabić Dylana.
 - Zo ma kłopoty!
 Te słowa zadziały na mnie jak kubeł zimnej wody. Na szybko zaczęłam się ubierać, a włosy spięłam w niedbały kok. Szybko otworzyłam drzwi i wpadłam w ramiona Dylana. Spojrzeliśmy sobie w oczy i szybko się ogarnęliśmy. Ja pobiegłam do mojego pokoju po miecz i żeby nie tracić czasu wyskoczyłam przez okno. Pokiwałam głową do Karola i podbiegłam do przyjaciela, który już zdążył dotrzeć do stajni.
 - Co się stało? – zaczęłam na szybko przygotowywać Tristiana do lotu.
 - Widziałem ją i jej matkę, a raczej jak ją zrzuca z czwartego piętra, no i Zirę…
 Cholera! Wskoczyłam na pegaza i przekazałam mu, gdzie ma lecieć. Cały czas nie mogłam zrozumieć, dlaczego Nyks nie poinformowała mnie o niebezpieczeństwie. Poczułam jak ogarnia mnie niesamowite zimno. Oczywiście, nie ma to jak lecieć z mokrymi włosami. Próbowałam sprawdzić, czy leci za mną Dylan. Było tak jak myślałam. Poprosiłam Tristiana, żeby z nim wyrównał.
 -Co się dzieje? – krzyknął w moją stronę Dylan.
 - Chyba ktoś chciał mnie dzisiaj otruć… - mruknęłam.
 - Co? Ciebie? Kto?
 - Nie wiem. – ruszyłam ramionami. – Wiesz jak to wszystko wygląda…
 Spojrzałam na ciemne niebo, a przed oczami pojawiła mi się para czerwonych oczu. Straciłam panowanie nad swoim ciałem i spadłam z Tristiana. Dobrze wiedziałam, że nikt nie zdoła mnie już uratować. Bezwładnie spadałam na ziemię. Mogłam przyglądać się pięknemu zachodowi słońca.
 - No helloł sister! – nie wiem jak, ale obok mnie pojawił się Chris. – Piękne widoczki, prawda?
 - Co ty tutaj robisz? – byłam w ogromnym szoku.
 - Spadam. – wyszczerzył się.
 Obejrzałam się na dół, brakowało już tylko 100 metrów. Kiedy miało dojść do zderzenia, nagle pojawiłam się na Tristianie. Rozejrzałam się i zobaczyłam wkurzonego Dylana.
 - Dlaczego tak długo? – jakby mógł skoczyłby Młodemu do gardła.
 - Chciałem być spektakularny! – krzyknął przyjaciel zza moich pleców.
 - Wiedziałeś, że spadam? I co ty w ogóle tutaj robisz? – popatrzyłam w ciemne oczy mojego „braciszka”.
 - No wiesz, chcę uratować Zo i powiedzieć jej jakiego ma idiotycznego chłopaka i brata!
 Przewróciłam oczami i skupiłam się na trasie. Prosiłam, żeby tylko nic się nie stało Zo. No i dziękowałam bogom, że wysłali po mnie Chrisa.
 - Chris! Ty potrafisz się teleportować!
 - No co ty!
 - To, co my tutaj właściwie jeszcze robimy? – uniosłam jedną brew.
 - Oglądamy widoczki?
 Klepnęłam go w głowę, na co syknął. Razem z Dylanem sprowadziliśmy nasze pegazy na dół i kazaliśmy im wrócić do obozu. Stephens przekazał Romualdowi , gdzie widział ostatnio Zo, lecz Młody nie ogarniał nic z jego słów. Po jakimś czasie pokazał mu to na mapie.
 - Aa… Byłem tutaj na lodach! – powiedział uradowany Christopher.
 Ja z Dylanem spojrzeliśmy na siebie i zdążyliśmy klepnąć się w czoło.
 Kiedy już się ogarnęliśmy, to stanęliśmy naprzeciwko siebie, trzymając za ręce  Długo nie trwało, żebyśmy się przenieśli do Anglii, a dokładnie w pole walki.
 - No witam wszystkich!-  Chris zaczął machać potworom.
 - Ty miałaś być martwa! – odwróciłam się i zobaczyłam Zirę, która trzymała ostrzę przy gardle Zo. – Derek powiedział, że to załatwił.
 - Derek? – uderzyłam się w głowę. – Czyli już znam pana De. Chris, czy mógłbyś?
 Chłopak pokiwał głową i nim Zira zrozumiała, o co chodzi, porwał Zo spod jej ostrza.
 - Szybciej się nie dało? – mruknęła Zoey.
 - Wybacz, oglądałam widoczki.
 Przewróciłam oczami i przygotowałam się do walki.

Aaaa... Mam nadzieję, że się podoba Wam i nie umiecie  się doczekać rozdziału Bujki xD
Kinga

sobota, 17 listopada 2012

Rozdział dwudziesty

 - Zira. - warknęłam - mogłam sie spodziewać.
        Kobieta spojrzała na mnie tymi swoimi przekrwionymi oczami. Widziałam w nich tylko zimno, zawiść i nienawiść. Miałam ochotę odwrócić od niej wzrok ale coś mnie do niej przyciągało. Była ubrana tak jak zawsze: krwawoczerwona zbroja, wielki miecz, którego głowica zdobiła czaszka z rubinowymi oczami był przypięty do pasa, i dwa sztylety w rękach... tak mi sie wydawało. Teraz nie byłam niczego pewna bo mroczki mi przed oczami tańczyły. Na plecach nosiła pochwę, ale nie wiedziałam co to w niej się kryje. Było to flustrujące.
 - Skąd wiedziała, że aby cię tu przyprowadzić należy posłać  wizję zabójstwa twojej kochanej matki? - jej głos był lodowaty i przepełniony nienawiścią - Mój plan wypalił. Z jednym małym szczegółem. - spojrzała w stronę kuchni - CIEBIE TU NIE MIAŁO BYĆ!!
Wydarła się.
Nie no ma baba płuca, normalnie strach mnie obleciał.. Spojrzałam w stronę Shedowa. Wskazał mi głową na drzwi. Dyskretnie mu przekazałam, że nie ma mowy. Nalegał ale ja odwróciłam wzrok.
 - Chcesz mnie to mnie masz. - niezgrabnie zebrałam się ze ściany i uniosłam miecz. Bolało mnie ramię, plecy i moje tłuste cztery litery, które miało zamortyzować upadek... pierdzielone dupsko na nic sie nie przydaje!
Zira spojrzała na mnie z lekceważeniem.
 - Ty taki nędzny pomiot Zeusa chce rzucić mi wyzwanie? - zadrwiła.
Spojrzałam na nią nią z uśmieszkiem.
 - A co? Boisz sie, że skopie ci tyłek? Możemy sprawdzić. - przełożyłam miecz do drugiej ręki.
Chłopak posłał mi znaczace spojrzenie.
 - Nie rób tego. Nie jesteś gotowa. Zabije cie. - próbował wyjść z piekarnika, ale coś opornie mu to wychodziło.
Spojrzałam na niego lekceważąco.
 - I tak by to zrobiła... a jak się tak napociła aby mnie tu zwabić to dostanie tego czego chce.
Usłyszałam mrożący krew w żyłach śmiech.
 - Och... jakie to urocze... aż chce się rzygać - oderwała ode mnie swoje czerwone oczy - wynoś się stąd! Matka nie będzie zadowolona ja będę zmuszona cie zabić! - warknęła.
W końcu uwolnił sie od biednego piekarnika i stanął na nogi otrzepując z siebie kurz. Wyjął sztylety i  spojrzał na nią hardo.
 - Aby ją dorwać będziesz musiała mnie zabić. - powiedział hardo, a mi szczęka opadła.
Shedow jeszcze nigdy nie wypowiedział tylu słów na raz!
Teraz to ja sie zaśmiałam jak wariatka.
 - Nie pozwolę ci z tą krową walczyć. Bez urazy. - zwróciłam się to wrednej suki, z niewinnym uśmieszkiem.
 - Ty pomiocie Zeusa! - ryknęła i rzuciła sie w moją stronę.
          Skopie sobie tyłek za brak przygotowania gdyż bogini doskoczyła do mnie i cisnęła o ścianę. Nawet nie próbowałam sie zasłaniać.  Po prostu poczułam jak ktoś we mnie uderza po czym ja wbijam się w ścianę. Akurat trafiłam na ścianę nośną wiec nic się nie stało... Oprócz tego, że chyba złamałam żebro. Po ogarnięciu świata i osunięci się na ziemie zauważyłam, że Shedow skutecznie zajął Zirę. Tym samym dał mi czas na...
         Moja myśl została przerwana bo w moją stronę leciało tuzin lewitujących noży. Bliźniak musiał je zaczarować bo nie widziałam innego wytłumaczenia. Uchyliłam się nad jednym, który z łatwością mógł mnie pozbawić głowy, nóż wbił się w ścianę, a na jego miejsce przyleciał kolejny. Odbiłam go płazem miecza, a ten poszybował gdzieś za okno. W sumie... byłam dość dobra w baseballu, więc przyjęłam jego taktykę. Kolejne noże udało mi się odbić, ale już trudniej z tymi, które leciały parami. Rzuciłam się za sofę i usłyszałam odgłos pękającego materiału i klingi miecza wystające tuż przed moim nosem.    
W końcu pozbyłam się mieczy i zajęłam się Boginią.
Shedow walczył jak jakiś bóg zemsty. Zasłaniał sie z gracją i wyprowadzał potężne ciosy jak kobra. Jakby nie to, że groziło mi śmiertelne niebezpieczeństwo wzięłabym popcorn i zasiadłabym na kanapie.Postanowiłam walczyć się do walki i wskoczyłam pomiędzy nich. Odepchnęłam Zaskoczonego Chłopaka do tyłu i jednym ruchem przystawiłam ostrze swojego miecza do szyi Ziry, która była równie zaskoczona.
 - Co robisz? - chłopak próbował mnie odepchnąć. Ale stałam jak wbita w ziemię. Nie miałam zamiaru odpuścić miejsca. Nie chciałam aby za mnie ginął. Przecież go w to wpakowała i ja nas z tego wyciągnę. Koniec kropka.
 - To nie twoja walka. - warknęłam.
Byłam zdeterminowana i za wszelką cenę nie odpuszczę.
Shed nie zdążył odpowiedzieć gdyż Zira odbiła mój miecz i zaczęła się walka. Trudno było mi się bronić tylko mieczem. Przydałaby się co najmniej tarcza, albo drugi miecz. To są właśnie minusy walki z osobą, która posługuje się dwoma typami broni. Cholernie ciężko w takim pojedynku przejąć inicjatywę.
       To nie to samo jak walki w obozie. Tam możesz popełnić błąd, a tu od najmniejszej pomyłki zależy twoje życie. Jawna niesprawiedliwość! Jest tylu dobrych szermierzy na świecie, a akurat Zira musiała sobie mnie upatrzeć! Pierdzielona ironia losu. Wyprowadziłam flintę, a bogini sie zasłoniła, natarła na mnie, a ja wpadłam na fotel. To dało mi przewagę gdyż bogini w ułamku sekundy rzuciła się na mnie, a ja kopnęłam ją obunóż i poleciała na szklaną komodę, którą rozbiłam.
Schedow pociągnął mnie za rękę, brutalnie prowadząc w głąb domu. Moje serce waliło jak oszalałe. Mieliśmy mało czasu gdyż Bogini zaraz sie pozbiera. Wepchał mnie do pokoju i zamknął drzwi.
 - Zastawmy je czymś! - zaproponowałam w panice.
Chłopak pokręcił głową.
 - To i tak nic nie da. Wysadzi je.
 Jęknęłam.
Byłam zestresowana i cała flustracja bezradności dopiero teraz zaczęła mnie wypełniać. Chodziłam jak nakręcona po pokoju. Musiałam coś zrobić aby odreagować emocję, ale żal mi było rozwalić jakąś moją rzecz.
 - Jesteś pojebana. - obróciłam sie o 180 stopni zaskoczona słowami chłopaka.
Uniosłam pytająco brew.
Westchnął.
 - Rzuciłaś się na 15 razy lepsza od siebie i na dodatek Boginię. To było lekko myślne i nieodpowiedzialne. Nie powinnaś w taki sposób szpanować. - wygłosił litanię.
Oburzyłam się.
 - Wcale nie chciałam szpanować! Nie chce abyś za mnie umierał! - zaprotestowałam.
Chłopak tez się uniósł.
 - A pomyślałaś o tym, że ja nie chce umierać? - warknął.
Mój kącik ust powędrował ku górze.
 - Jakbyś chciał umrzeć to bym uznała cię za wariata.
W jego oczach ujrzałam wesoła iskierki, które od razu zginęły w ciemności jego oczu i nastąpiła powaga.
 - Czas sie stąd wynosić! - chwycił mnie za ramię. I w tedy to się stało.
Cała ściana wybuchnęła i odrzuciła nas do tyłu. Wpadłam na regał z moimi cennymi książkami i rozwaliłam go. Usłyszałam jak moje dzieci spadają na ziemię i gniotą się. Co za brak szacunku dla książek! Nie wybaczę sobie tego!
       Shedow za to trafił na ścianę z płyty kartonowo gipsowej i przeleciał do sypialni mojej mamy łamiąc łóżko. Spróbowałam się pozbierać z ziemi, ale nim stanęłam na nogi, poczułam ból na prawym policzku i znów upadłam. Znów poczułam ból gdy zostałam kopnięta w brzuch. Coś strzeliło a ja wydałam z siebie stłumiony dźwięk. Próbowałam złapać powietrze ale było to trudne. Zira chwyciła mnie za włosyy, wyrywając wiele z cebulkami i wymierzyła kolejnego kopniaka w brzuch.
Poleciałam na ścianę i przytrzymałam się jej. Nogi mi sie trzęsły i nie umiałam się poruszać. Czułam pulsujący bul w mostku, a na domiar złego twarz zaczęła mi puchnąć.
Usłyszałam przerażający śmiech bogini.
 - Najpierw się z tobą pobawię... tak aby twój tatuś widział jak jego kochana córeczka cierpi... a później obedrze cie ze skóry, poćwiartuję, a resztę twojego marnego ciała rzucę na pożarcie Harybsą! - zaczęła śmieć sie jakby uciekła z zakładu dla obłąkanych. Przypominała mi Bellatriks Lestrange z Harrego Pottera. Też zachowywała sie jak obłąkanie chora, ale była bardziej przyjazna.
 - Nie doczekanie twoje. - sapnęłam.
Od razu przestała sie śmiać i wymierzyła mi solidny cios w drugi policzek.
 - Jak śmiesz się do mnie zwracać, pomiocie Zeusa? - warknęła.
Poczułam ból na policzku i od razu zalała mnie fala ciepła. Kontem oka ujrzałam jak bogini oblizuje nóż, którym mnie przecięła i zlizuje z jego krew.
 - Pewnie na śniadanie wpieprzasz małe dzieci, nie dorobku Nemezis.
Bogini rzuciła się na mnie, a ja runęłam jak beczka na ziemię i przeturlałam się. Usłyszałam jak sciana pod naporem Ziry pęka, a ona przelatuje do innego pokoju. Naparłam całym swoim ciężarem na pozostałości regału na książki, który runął na Bliźniaczkę Zeusa.
Byłam zmęczona, a krew mieszała mi sie z potem. Dokuśtykałam jakoś do Shedowa, który próbował zgramolić sie z łóżka. Nie dziwie sie, że nie potrafi się pozbierać. Ja też gdybym udeżyła głową o ścianę nie potrafiła bym się pozbierać.               
 - Musimy sie stąd wynosić. - wymamrotał.
No co on nie powie?
 - Przenieś nas jak najdalej stąd. - poleciłam.
Ciężko mi się myślało, ale jeśli chodzi o ucieczkę to wpadne na jakiś pomysł.
 - Co ci jest w policzek? - poczułam jak jego dłonie badają ranę.
Odwróciłam głowę.
 - Nic. Nie czas na rozczulanie sie  nade mną. - powiedziałam hardo.
Usłyszałam trzask i ryk bogini.
 - Spadamy.
Poczułam jak mnie obejmuję.
Byłam gotowa na szarpnięcie, ale poczułam jak nagle jego ciepło i dotyk umyka.
        Rozejrzałam sie a jego nie było, ale za to zauważyłam rozwścieczoną Boginię. Ledwie zdążyłam sie zasłonić, a już wylądowałam na ziemi. Zira przyszpiliła mnie do ziemi i próbowała przedziurawić mnie mieczami, ale ja broniłam się. Zaczepiłam moją klingę o jej rękojeści i unieruchomiłam ją. Była silniejsza ode mnie i jej miecze zaczęły sie do mnie niebezpiecznie zbliżać.
Później jej miecze dotykał już mojej skóry na piersiach, po chwili przebił ja, a z ran zaczęła sączyć się krew. Jęknęłam próbując ją odepchnąć na próżno.
Chwilę później Zira odleciała  ode mnie.
Shedow naparł na nią dając mi okazję do ucieczki, której znów nie wykorzystałam. Walczył z nia jak lew i było widać, że są równi. Wszystkie ich ruchy były płynne i głęboko przemyślane.
Wstałam z podłogi i skierowałam miecz w stronę Ziry. Zamknęłam oczy i skupiłam sie na piorunach przebiegających po mieczu. Zebrałam w sobie moc i i posłałam w strone bliźniaczki pioruny. Ta krzyknęła i przeleciała przez ścinę wpadając do sąsiadów.
Zmęczona opadłam na kolano.
 - Ty gnoju! Zostawiłeś mnie! - krzyknęłam w stronę Shedowa. Byłam naprawdę wkurzona - miałam cie za przyjaciela, a ty takie cyrki odstawiasz!
Słowa same wypływały mi z ust. nie miałam pojęcia co mówię.
 - To nie moja wina! - bronił się - to ty mi uciekłaś! - zaczął sie desperacko bronić!
Teraz byłam na maksa wkurzona.
 - Jesteś z nimi w zmowie! Przyznaj się! - zażądałam.
Jego oblicze spochmurniało i widziałam na jego twarzy ból. Dopiero teraz zauważyłam, że zagalopowałam się . Już sobie wyobrażałam co o mnie myśli: " Jest taka sama jak inni ". Byłam pewna, że tak zrobił.
W ułamku sekundy znalazł sie obok mnie i położył mi rękę na ramieniu.
 - Ja NIGDY do nich nie dołączę! zakoduj to sobie! - jego wypowiedź była nasączona jadem - nie wiem co sie stało, że nie mogę cię zabrać cieniem. To nie moja wina.
Popatrzył mi hardo w oczy.
W ich czerni zauważyłam hardość i szczerość.
Westchnęłam.
 - Wierze ci. - uśmiechnęłam się na tyle ile pozwalało mi bolące policzko - a teraz wynośmy się stąd.
Praktycznie podniósł mnie na nogi.
 - Trzema znaleźć inny sposób wydostania sie.                    
Rozejrzałam sie po gruzach czegoś co kiedyś nazywałam domem.
Lampa zaświeciła mi się nad głową. 
- Zawołaj Noc.
Uśmiechnął się do mnie.
 - Opuszczamy ten lokal.


 I znów powieść:P
Jest kilka niedomówień, ale z powodu braku czasu nie zdążyłam ich poprawić:P
Mam nadzieję, że nie zmaściłam:P
Chciałybyśmy poznać wasze opinię o blogu w komentarzach. Możecie nas krytykować i pisać co byście chciały zmienić. Bardzo nam w tym pomożecie :* Nie bójcie sie pisać komentarzy to nie gryzie:P
Bujka :* 

poniedziałek, 12 listopada 2012

Rozdział dziewiętnasty


Rikki
 Siedziałam na werandzie starego domu i patrzyłam na ruchy wód oceanu. Wydawało się być tutaj tak spokojnie, ale naprawdę zbliżał się huragan. Wszystko, co widzę za parę godzin miało zniknąć z powierzchni ziemi. Nie wiem dlaczego, ale liczyłam, że ojciec chociaż zlituje się nad tym domkiem.
 Odłożyłam kubek z ciepłym kakaem i podeszłam do brzegu. Tak bardzo tęskniłam za czasami, kiedy pływałam razem z syrenami i innymi stworzeniami wodnymi, a teraz pozostało mi patrzeć tylko na glony.
 - Dlaczego nie wrócisz? – usłyszałam za sobą męski głos.
 Odwróciłam się i zobaczyłam Charlesa. Był to mężczyzna po czterdziestce, ale gdybym go nie znała pomyślałabym, że ma tylko trzydzieści lat. Jego blond włosy opadały mu na czoło, a w niebieskich oczach płonęły promyki szczęścia. Nic dziwnego, został przecież niedawno ojcem.
 - Bo nie pasuję tam – odpowiedziałam na jego wcześniejsze pytanie. – Dobrze wiesz jak to wygląda…
 - Ja przywykłem do tego, ty też będziesz w stanie – położył mi swoją dłoń na ramię. – Rikki, widzę jak bardzo chcesz tam wrócić.
 - Charles, ale nie jestem tam mile widziana! Co ty teraz myślisz? Że wrócę do swojego domku i powiem: „ No siema! Tęskniliście za mną? Byłam na wakacjach u naszego starego brata, właśnie urodziła mu się córeczka, więc ta-dam jesteśmy wujkami i ciotkami!”
 Charles spojrzał na mnie jak na jakąś kretynkę i popukał mnie w głowę.
 Niebo zaczęło się chmurzyć. W oddali widziałam błyskawice. Nagle poczułam zimny strumień wiatru. Spojrzałam na mojego brata, który z uwagą przyglądał się niebu.
 - Czyżby Zeus i ojciec postanowili się za nas wziąć? – mruknął.
 - Mam wrażenie, że to nie będzie nic przyjemnego…
  Usłyszeliśmy wielki huk. Odwróciliśmy się i spojrzeliśmy na stary dom, który stanął w płomieniach. Charles ruszył się z miejsca i pobiegł w kierunku domu. Kiedy oprzytomniałam, pobiegłam mu pomóc. W środku znajdowała się jego żona i córka. W myślach prosiłam ojca, żeby nic im się nie stało, żebyśmy zdążyli.
 Skoczyłam w płomienie, poczułam nieprzyjemne ciepło na mojej twarzy. Ledwo widziałam gdzie mój brat pobiegł. Postanowiłam skupić się na gaszeniu ognia. Tylko ja i woda, tylko ja i woda. Nagle przez drzwi zaczęła wpływać woda, która starała się ugasić płomienie, ale te tylko się z nią bawiła. Boski ogień – pomyślałam. Wiedziałam już w tej chwili, że nic nie poradzę. Szybko pobiegłam na górę, liczyłam, że tam będzie Charles z żoną.
 Stanęłam w progu pokoiku małej i zobaczyłam brata walczącego z płonącą belką, pod którą utknęła jego żoną. Rzuciłam się mu na pomoc, ale wątpiłam w to, żeby ona z tego wyszła. Ciepło powoli topiło jej skórę, krzyki Ariel były przerażające. Pragnęłam skupić swój słuch na czymś innym, wtedy usłyszałam ją, małą Lenkę. Rozejrzałam się po pokoiku i zobaczyłam kołyskę. Podbiegłam tam i wyciągnęłam maleńką. Kiedy odwróciłam się, spotkałam wzrokiem wzrok Charlesa. Chociaż nie widziałam jego oczu wyraźnie, czułam, że w jego oczach są łzy.
 - Zabierz ją stąd, proszę! – powiedział zachrypniętym głosem.
 Kiwnęłam głową, że rozumiem. Przycisnęłam maleńką do piersi i wybiegłam z pokoju. Musiałam uważać na spadające deski, które płonęły złowieszczym ogniem.
 Jak mogłeś Zeusie! Jak mogłeś! – moje myśli wrzeszczały na boga bogów.
 Wybiegłam na zewnątrz i rzuciłam się na piasek. Z trudnością potrafiłam oddychać. Wszystko wokół mnie się kręciło. Podniosłam głowę i spojrzałam na niespokojny ocean. Z ciężkością się podniosłam i z małą Leną ruszyłam do brzegu, kiedy już było blisko upadłam i bezczynie czekałam aż coś się stanie, ale nic się nie działo.
 Poczułam, że ktoś na mnie patrzy. Spojrzałam na Małą. Ona przyglądała mi się z taką uwagą. W jej oczach znalazłam siłę. Podniosłam się jeszcze raz i dotarłam do wody. Zanurzyłam się w niej, czerpiąc siły.
 - Zeusie zemszczę się! – usłyszałam krzyk Charlesa.
 Zacisnęłam zęby, modląc się, żeby nic się mu nie stało. Bardzo dobrze znałam bogów, którzy nie lubią jak ich dzieci im grożą. Na szczęście nic nie runęło w jego stronę. On tylko skulił się. Widziałam tylko drżenie jego ramion – płakał. Nie dziwiłam się, przed momentem stracił miłość swojego życia i nie mógł jej ocalić. Nie mogłam wiedzieć jak się czuł, ponieważ nigdy nie straciłam kogoś kogo kochałam.
 Przytuliłam mocniej do siebie Lenkę. Wiatr szarpał moje włosy na wszystkie strony. Podeszłam do Charlesa i padłam na kolana obok niego.
 - Zrobiłeś wszystko, co mogłeś… - podniosłam jego podbródek do góry.
 - Ona… ona… tak na mnie patrzyła – czułam jak moje serce wali jak nienormalne. – On mi za to zapłaci.
 - Mam, co do tego wątpliwości – mruknęłam i dałam mu maleńką. – Coś czuję, że to chyba nie bogowie to zrobili.
 - Rikki słyszysz, co mówisz?! – warknął. – Tylko bogowie mają ogień, którego zwykła woda nie jest w stanie ugasić.
 - Ale powiedz dlaczego miałby zabić Ariel?!
 Na jej myśl znowu się rozpłakał. Było mi go tak bardzo żal. Przytuliłam go najmocniej jak potrafiłam. Teraz tylko patrzyłam się w płomienie, które wydawały się śmiać z nas. Z czasem zrozumiałam, że to nie one się śmieją tylko postać, która wyłoniła się z płomieni. Szybko się odsunęłam, ciągnąc za sobą Charlesa.
 Była to kobieta o długich blond włosach i mrożącym krew żyłach spojrzeniu. Na jej twarzy widniał uśmiech.
 - Kim jesteś? – warknął mężczyzna.
 - Spokojnie – spojrzała na swoje paznokcie. – Jesteś Priscilla, bliźniaczka Posejdona.
 - Co ty gadasz?! – teraz ja warknęłam. – Bogowie nie mają bliźniąt oprócz Apollo i Artemidy!
 - Ups… To wy nie wiecie! – znowu uśmiała się. – No więc niektórzy bogowie mają bliźniaków, ale nie wiem czy wiedzą o tym… Nie, nie, na pewno wiedzą. Przecież ktoś musi niszczyć ten świat ich siłami…
 - To twoja sprawka? – zapytałam.
 - O ten huragan to tak – uśmiechnęła się i spojrzała się za siebie. – A ta chatka to wina Henry’ego! Właśnie gdzie on się podział?
 Poczułam jak ktoś szarpie mnie za włosy i ciągnie do tyłu. Upadłam na piasek i spojrzałam na osobę, która się do tego przyczyniła. Był to Hefajstos, a raczej jego brat bliźniak. Nie mogłam w to uwierzyć.
 - Mogłem się domyślić, że to nie Zeus – mruknął Charles. – Tylko Hefajstos może używać boskiego ognia w ten sposób, bo tamten woli inne sposoby…
 - Bardzo inteligentny jesteś – powiedziała Priscilla. – Lubię takich, ale widzę, że jesteś już zajęty.
 Wiedziałam do czego zaraz dojdzie. Spojrzałam na brzydala, który z uwagą mi się przyglądał. Musiałam obmyślić plan zanim dojdzie do walki. Trzeba byłoby Lence dać jakieś bezpieczne schronienie. Jedyne, co przychodziło mi do głowy to wrzucić ją do oceanu na pożarcie Rekinowi. Tyle, że jak to zrobić szybko?
 - No nie potrafię uwierzyć, że dzisiaj zabiję dwójkę dzieci Posejdona! – Priscilla znowu zaczęła swoją gadkę.
 Przewróciłam oczami i starałam się skupić na oceanie. Mój umysł poszukiwał umysłu jakiegoś wodnego stworzenia, a najlepiej rekina, który służył mojemu ojcu. W końcu na coś trafiłam. Przekazałam obrazy i wiadomość. W odpowiedzi dostałam zrozumienie i gotowość do pomocy.
 W myślach zaczęłam odliczać. Przyjrzałam się Charlesowi, żeby zobaczyć w jaki sposób trzyma małą. Pięć, cztery… Napięłam wszystkie mięśnie. Trzy, dwa… Nie doliczyłam do jednego, tylko wyskoczyłam, łapiąc małą. Przez chwilę spojrzałam w oczy jej ojca. Pragnęłam mu przekazać, żeby mi zaufał. Puścił ją i się odsunął, ja zaś pędem ruszyłam do oceanu wiedziałam, że biegnie za mną Henry. Nie było więc czasu. Rzuciłam dzieckiem, kiedy było już nad wodą, wyskoczył z niej Rekin, który połknął dziecko w całości. Miałam wrażenie, że do mnie mrugnął, ale mój umysł już był tak wykończony, że splatał mi figle.
 - Co ona zrobiła?! – zabawnie krzyknął Henry. – Priscilla widziałaś?
 - Och… Czyli jednak będziemy walczyć – mruknęła.
 Szybko ściągnęłam bransoletkę, która nagle stała się mieczem, a mój brat z kieszeni wyciągnął złoty łańcuszek, który również stał się mieczem. Stanęliśmy odwróceni do siebie plecami. Ja miałam przed sobą Henry’ego a on Priscillę.
 - Rikki – powiedział ściszonym głosem.
 - Co?
 - Zamienisz się, bo nie chcę walczyć z dziewczyną.
 Przewróciłam oczami i zmieniłam miejsce. Teraz patrzyłam na kobietę, która marzyła tylko o tym, żeby mnie zabić. Na szczęście odkąd tutaj byłam, Charles postanowił mnie trenować. Był bardzo dobrym szermierzem. Kiedy był w obozie, to on uczył szermierki. Nawet teraz jest dużo lepszy od Zayna.
 Usłyszałam pierwsze uderzenia miecza i uznałam, że to jest czas. Rzuciłam się na bliźniaczkę Posejdona i jako pierwsza uderzyłam, lecz ona zrobiła unik jakby znała mój ruch od urodzin. Zmarszczyłam czoło i spróbowałam jeszcze raz, lecz i tym razem nic mi nie wyszło. Na szczęście ja również potrafię się bronić przed jej atakiem. Przerażała mnie tylko jej siła i śmiech.
 Walka trwała wieki. W końcu z braku sił przewróciłam się, wiedziałam, że zaraz będzie mój koniec. Priscilla miała zadać mi ostateczny cios, kiedy nagle wyskoczył Charles i odbił jej miecz. Szybko wstałam i próbowałam coś zrobić, kiedy zobaczyłam jak jego bok przeszywa miecz. Do oczu napłynęły mi łzy. Mój brat upadł na kolana.
 - No to została nam tylko ona – mruknął Henry, patrząc na mnie.
 - Nie – pokręciła głową blondynka. – Ona jest bardzo dobra, zostawię sobie ją na koniec. Teraz czas na ciebie – dotknęła jego poparzonej twarzy. – Co powiesz na Irlandię?
 - Z przyjemnością.
 Nim zrozumiałam, o co chodzi zniknęli. Szybko pozbierałam się i podbiegłam do mojego brata. Widziałam cierpienie na jego twarzy.
 - Rikki – zaczął, ale ja mu przerwałam.
 - Wszystko będzie dobrze, słyszysz? – próbowałam samą siebie przekonać tymi słowami choć wiedziałam, że nic nie będzie dobrze.
 - Zaopiekuj się moją córką, zabierz ją do obozu. Na pewno będzie mogła się tam dostać, przecież miała rodziców herosów. Opowiadaj jej o nas.
 - Charles nie mów tak jakby…
 - Nie jestem idiotą – pogłaskał mnie po policzku, ścierając łzy. – Chciałbym zobaczyć jak ona rośnie… - jego głos się załamał. – Daj jej proszę mój łańcuszek.
 Do mojej dłoni włożył jego złoty łańcuszek, na którym był wygrawerowany napis: „nadzieja”.
 - Charles! – usłyszałam głos ojca. Podniosłam głowę i zobaczyłam go. – Synku!
 Tym razem przybrał postać staruszka. Nachylał się nad moim bratem i coś do siebie mówili. Kiedy w końcu Posejdon odsunął się od niego, zrozumiałam, że go już nie ma. Spojrzałam z zapłakanymi oczami na ojca, a ten tylko rozłożył ramiona i mnie przytulił. Tego tylko mi brakowało, jego ciepła.
 - Rikki musisz być silna – zaczął mówić przyjemnym głosem. – Charles przeżył już swoje. Był bohaterem, którego będą wspominać pokolenia i to nie tylko dlatego, że był moim synem, tylko, że miał wielkie serce jak ty.
 - Ojcze, a co jeżeli nie dam rady?
 - Rikki, ty zawsze dajesz radę. Teraz zabierz małą Lenę do obozu, przekaż ją córkom Nadziei, a ty zacznij się przygotowywać.
 - Dobrze – pokiwałam głową. – A co z nim i Ariel.
 - Ja się tym zajmę.
 Jeszcze raz pokiwałam głową i wskoczyłam do oceanu. Dopłynęłam do lądu, gdzie na kamieniu leżała mała dziewczynka. Uśmiechała się, nie wiedząc, że przed chwilą straciła swoich rodziców. Popłakałam się, widząc jej morskie oczy. Była taka piękna, była nadzieją życia, mojego życia.

 Dzisiaj postanowiłam napisać z perspektywy Rikki, bo na pewno wiele z Was się zastanawiała, co się z nią działo. Dziewczyny mamy prośbę, jeżeli skończycie czytać to napiszcie jakikolwiek komentarz, może być nawet buźka, ale chcemy wiedzieć ile z Was czyta ;) Aaa... I zapraszam Was na mojego, czyli Kingi bloga, który niedawno założyłam (http://swiat-oczami-jessi-i-jamesa.blogspot.com/) 

Kinga