środa, 30 października 2013

Rozdział czterdziesty szósty

Dylan
 Złapałem dłoń spanikowanej Klary, której wróciła przytomność i wyciągnąłem ją na zewnątrz. Dziewczyna cała się trzęsła. Przyciągnąłem ją do siebie i przytuliłem. Czułem jak jej gorące łzy moczą moją bluzkę. Kto pomyślałby, że pierwszą misją będzie spotkanie z największym koszmarem dzieci Ateny.
 - Ja nie dam rady - szepnęła do mojej piersi. - Ja nie mam odwagi, żeby stanąć twarzą w twarz z Arachne...
 - Klaro, nie wierzę ci, że nie masz odwagi - podniosłem jej brodę do góry, żeby spojrzeć w jej zapłakane oczy. - Jesteś jedną z najodważniejszych osób, które znam...
 - Dylan - warknęła. - Nie jestem jak Hanna, ona dałaby sobie radę, ale nie ja.
 - Mylisz się.
 Dziewczyna odepchnęła mnie od siebie i poszła w kierunku jeziora. Odrzuciłem głowę do tyłu, ciężko wzdychając i popatrzyłem na gwieździste niebo. Jest takie piękne, że mógłbym na nie patrzyć całe wieki. Przy nich można zapomnieć o tym, co jest teraz i co nam grozi.
 Obok mnie ktoś stanął, ale nic nie mówił, tylko również patrzył się w gwiazdy. Po zapachu rozpoznałem w postaci Hannę. Przyjaciółka przez całe spotkanie była markotna, ale nie miałem odwagi przy reszcie pytać się, o co chodzi. Obawiam się, że nawet w tym momencie nie warto tego robić.
 - Gdzie poszła Klara? - w końcu się odezwała.
 - Poszła się przejść.. - mruknąłem. - Boję się, że jej strach ją pokona.
 - Da sobie radę - przyjaciółka pogłaskała moje ramię. - Potrzebuje tylko czyjejś pomocy.
 Tylko czyjej? - pomyślałem. Wiem, że ja nie dam rady. Spojrzałem na Hannę, która z kieszeni wyciągnęła paczkę żelek i zaczęła je wcinać, przeglądając się mi. Przysunęła paczkę bliżej mnie, chcąc nimi poczęstować.
 - Nie, dzięki - uśmiechnąłem się do niej i zrobiłem bliżej krok. - Hania?
 - Zapomnij - włożyła do ust żelatynową żyrafę. - Nie pomogę jej w tym. Wiesz, że jestem kiepskim pocieszycielem... Jej potrzebny psychiatra.
 - Han! - spojrzałem na nią w szoku. - Weź skończ!
 Dziewczyna przewróciła głową i pokiwała mi głową, żebym szedł w stronę obozu. Musiałem trochę przyśpieszyć, bo Han zawsze miała takie szybkie tempo. Prowadziła mnie nie wiadomo gdzie, a jakoś rozmowna nie była. Weszliśmy do obozowego szpitala, na co zmarszczyłem czoło. Dlaczego mnie ona tutaj przyprowadziła.
 Zobaczyłem jak do kogoś zaczęła machać. Po drugiej stronie sali zobaczyłem Antony'ego. Przyjaciółka podeszła do niego i pocałowała go w usta. Straciłem dech w piersiach. Nie wiedziałem o tym, że Hanna w końcu sobie kogoś znalazła. Na jej twarzy w końcu malowała się radość.
 - Będziesz stać jak słup? - zwróciła się do mnie.
 - Nie, po prostu nie spodziewałem się... - pokręciłem głową. - Dobra, nie ważne... Po co mnie przyprowadziłaś tutaj?
 - Myślę, że Antony jest w stanie pomóc Klarze - dziewczyna usiadła na łóżku i spojrzała na młodego lekarza.
 Chłopak zmarszczył czoło i spojrzał zaskoczony na dziewczynę.
 - W czym... - nie zdążył dokończyć zdania, bo na odział wpadła Zoey, na której twarzy malowało się niezadowolenia.
 - Toscano! - warknęła. - Gdzie moje żelki?!
 - Cicho siedź! - mruknęła i pokazała język. Spojrzała na Antony'ego i odpowiedziała na niedokończone pytanie. - Klara boi się pająków, a będzie musiała się z nimi zmierzyć... Może wybierzesz się z nami na misję, żeby pomóc jej jakoś?
 Na twarzy chłopaka pokazała się mina zrozumienia, ale po chwili znowu się skrzywił i pokręcił przecząco głową.
 - Niestety, chciałbym, ale nie mogę zostawić szpitala - pokazał na wszystkich leżących w łóżkach. - Ale jeżeli potrzebujecie osoby, która odbyła kurs psychiatry na Olimpie, to znam taką.
 Zoey wybuchnęła śmiechem aż musiała usiąść na jednym z wolnych łóżek. Całą trójką spojrzeliśmy na nią jak na wariatkę.
 - Kto to jest? - zapytałem się.
 - Rikki - odpowiedział.
 - Co?! - Zoey spoważniała. - Chyba nie chcecie mi powiedzieć, że Brigden jedzie z nami.
 Razem z Han spojrzeliśmy na siebie i z uśmiechem na twarzy pokiwaliśmy twierdząco głową.

Hanna
 Zapukałam do pokoju Zoey i weszłam do środka. Chciałam się upewnić, że ochłonęła od chwili, kiedy dowiedziała się, iż Rikki jedzie z nami. Przyjaciółka wrzucała do swojej walizki wszystko, co miała pod nosem. Rozbawiony Shedow siedział na krześle i rzucał lotkami do tarczy powieszonej na szafce.
 - Yy... Zo? - odezwałam się.
 - Czego? - mruknęła i wskoczyła na swoją walizkę, żeby ją dopiąć. - Cholera! Potrzebuję cięższego zadka, Shed siadaj mi tutaj.
 - Tak jest! - zasalutował i usiadł na walizce, pomagając dziewczynie w dopięciu jej. - Kobieto, po co ci tyle ubrań?
 Zo spojrzała na niego gniewnie. Kiedy w końcu ją dopięła i spojrzała w moim kierunku marszcząc czoło.
 - Czy chcesz mi powiedzieć, że Rikki przez przypadek utopiła się? - przewróciłam oczami i spojrzałam na nią jak na kretynkę. - Nie patrz tak na mnie... Nie chcę, żeby jechała... Cholerna Klara... Cholerna ty.. Dlaczego wpadłaś na tak durn... - Shedow położył swoją dłoń na jej ustach.
 - Mówił ci ktoś, że za dużo mówisz? - uśmiechnął się dumnie i popatrzył na Zo. - Tak jest dużo lepiej...
 - Yy... Trzy, dwa, jeden - niestety od kilku tygodni moich odruchem na ich widok jest palmface, który pokazała mi Mel... od kilku tygodni muszę swoje czoło ukrywać pod grzywką. - Chciałam wam tylko przekazać, że za chwilę mamy zebranie na dole.
 Wyszłam z pokoju, zostawiając ich samych. Zeszłam na dziedziniec, gdzie bliźniacy rozmawiali z Chrisem. Chłopaki niechętnie chcą zostawić przyjaciela, bo uważają, że zanudzi się z nami. Uśmiechnęłam się do Lorenza, kiedy na mnie spojrzał. Po chwili skierowałam się do swojego domku, żeby przynieść swoją torbę. Po drodze spotkałam uśmiechniętą Mel, która trzymała w ręce swojego przyjaciela.
 - Cześć! - krzyknęła i mnie przytuliła.- Dzisiaj jedziecie, prawda? To dzisiaj?
 Zaczęła skakać, oczekując na moją odpowiedź.
 - Tak - pokiwałam głową. - A co? Będziesz tęsknić?
 - Oczywiście, że nie.
 Uśmiechnęła się tajemniczo i zniknęła mi z oczu. Zmarszczyłam czoło, oglądając się za nią. Po chwili ruszyłam ramionami i znowu ruszyłam po swoje walizki.

Dzień później...

 W końcu dojechaliśmy... Nigdy więcej nie zgodzę się, żeby jechać tak daleko autobusem. Wysiadłam zaraz za Chrisem i podbiegłam po swój bagaż. Uśmiechnięta Zoey usiadła na krawężniku, czekając aż jej wybranek dopadnie jej walizkę. Zazdroszczę jej i Klarze, że te mają swoich facetów, którzy z wielką chęcią zabiorą ich torby. Stanęłam obok Shedowa, który już sięgał po swoją torbę.
 - Han, weźmiesz mi ją na chwilę? - spojrzał na mnie przez ramię. Pokiwałam twierdząco głową i złapałam jego torbę, która była lekka jak piórko. - Dzięki.
 - Nie ma za co - uśmiechnęłam się do niego. - W zamian wyciągniesz moją?
 - Jasne - mruknął i zaczął wyciągać walizkę blondynki. - Cholera! Zo! Co ty w tej torbie masz?!
 - Wszystkie potrzebne rzeczy - uśmiechnęła się.
 Pokręciłam głową i z wielką radością odebrałam swój bagaż. Na szczęście, ja również miałam lekką torbę. Uznałam, że poza paroma ubraniami i kosmetykami nic do szczęścia mi nie jest potrzebne. Najwidoczniej Rikki tak samo pomyślała. Przez całą podróż siedziała sama, czasem któryś z chłopaków próbował do niej zagadać, ale szybko ich zbywała. Tylko Chrisowi udało się przy niej posiedzieć odrobinę dłużej. Nawet raz się do niego uśmiechnęła. Nie wiem kogo bardziej mi żal, jej, czy jego. Ona musi patrzeć na niego, dobrze pamiętając do kiedyś do niego czuła, a on w ogóle nie pamięta tego uczucia.
 Wzięłam głęboki wdech i odwróciłam się. Zobaczyłam za sobą jeden z najpiękniejszych widoków. Grecja... Nie kłamali w obozie, opisując ją. Podbiegłam do balustrady i spojrzałam na bliską okolicę. Morze było takie czyste, takie niebieskie... Niebieskie jak niebo.
 - Ślicznie, prawda? - córka Posejdona stanęła obok mnie.
 - I to jak - uśmiechnęłam się do dziewczyny. - Aż chciałoby się porzucić tą misję i wejść do tej wody...
 Odwróciłam głowę i spojrzałam na Zo, która wpadła w jakiś szał. Latała to z prawej strony, to z lewej i robiła wszystkiemu zdjęcie... No normalnie jak typowy turysta. Tu raz za pozowała do zdjęcia z Shedowem, a raz uszczypnęła w pośladek Dylana, robiąc przy okazji sobie samojebkę.
 W oddali zwróciłam uwagę na dwóch chłopaków, którzy mieli na sobie hawajskie koszule oraz spodnie, które kolorystycznie do siebie w ogóle nie pasowały. Na głowie jeszcze słomiane kapelusze a przez szyje przewieszone aparaty. Przypominali mi chińskich turystów, ale po karnacji skóry wiedziałam, że to nie oni. Jeden z nich zaczął w naszą stronę machać, ale drugi szybko go trzasnął w głowę, tłumacząc coś... Po chwili już razem machali.... Dziwne. Oboje stanęli parę metrów od nas, i wciąż się uśmiechali. Mieli w sobie coś znajomego, ale wolałam już na nich nie patrzeć.
 - Kto ma ochotę na lody?! - krzyknął Dylan.
 - Ja! - wrzasnęła Zo.
 - I ja! - odezwał się dziecięcy głos.
 Wszyscy spojrzeli po sobie, a po chwili na miejsce skąd wydobył się. Rikki powoli podeszła do jednej z walizek i zaczęła odsuwać zamek. Ze środka wypadła maleńka blondynka. Powoli podniosła głowę i pokazała nam się zarumieniona twarz Mel.
 - Gdzie są moje rzeczy?! - zaczęła wrzeszczeć Zo. - Moje kosmetyki, moje ubrania... Gdzie?!
 - Zoey - warknął Dylan. - To chyba nie jest największym problemem w tym momencie! Pytanie, co ona tutaj robi...
 Zmarszczyłam czoło i powoli spojrzałam na dwóch chłopaków, którzy przed chwilą stali tuż obok mnie. Zauważyłam, że bardzo im zależy, żeby zniknąć jeszcze przed ich zdemaskowaniem. Szybko przebiegłam dzielącą nas odległość i złapałam ich za tył koszuli.
 - Aaa... to boli! - były to znajome głosy.
 - Co tutaj robicie? - zapytałam braci Riddle. - Czyżbyście nam nie ufali?
 - To był pomysł Mel! - wrzasnął Lorenz.
 - Idioto - trzepnął go w głowę brat. - Ona jest jeszcze dzieckiem, bądźże mężczyzną i przyznaj się.
 - Ja idiotą? Tyś ch... - przerwałam im.
 Złapałam ich za uszy i przyprowadziłam do reszty. Zauważyłam, że Dylan już nabrał czerwonych kolorów. Nie spodziewał się, iż od tego momentu będzie musiał jeszcze niańczyć tą trójkę... A niestety będzie musiał, bo autobus powrotny jest dopiero jutro.
 - Dobra - uciszył towarzystwo. - Trzeba w końcu się wziąć do pracy... Całą koncepcję szlag trafił, ale jakoś sobie poradzimy... Dzielimy się na grupy.
 - Ok... - powiedziała energicznie Zo. - Byle, żebym nie trafiła na Rikki.
 - W nagrodę - uśmiechnął się bezczelnie Dylan. - Będziesz z Rikki, żebyście się nie pozabijały dodamy wam jeszcze Shedow'a, może Chester'a, Klara... Pójdziesz z nimi? - dziewczyna pokiwała głową. - Świetnie. No i Kasmir... Reszta idzie za mną.
 Kiedy pierwsza grupa odeszła, nasza skierowała się w stronę Panteonu.

czwartek, 17 października 2013

Rozdział czterdziesty piąty

 - Dzieciaki skupcie się. - poinformowałam młodzików - dziś nauczymy się jak w walce wykorzystywać różne sztuczki. - przeszłam wzdłuż dwóch szeregów ustawionych do mnie twarzą. - Tak więc dobierzcie się parami i ustawcie na przeciwko siebie w odstępach pięciu metrów. - zażądałam.
            Uwielbiałam czuć władze. Dziś poproszono mnei o poprowadzenie zajęc praktycznych z młodzikami. Przez bitwę, która miała miejsce miesiąc temu mamy duże braki w kadrze nauczycielskiej i "góra" zarządziła aby "bardziej doświadczeni" starsi koledzy prowadzili zajęcia. Na drugim końcu sali Shedow prowadził swoją grupę, a Chester jak zawsze rozkazywał swojemu domkowi. Nawet bliźniacy dostali swój przydział.... a to już było niepokojące. O ile dobrze pamiętam Dylan zajmuje sie łucznikami, Klara jak narazie niczym, a Hanna siedzi w stajni i robi za "głównodowodzącą".
Mali człowieczkowie zrobili dużo zamieszania zanim znaleźli pary, a za każdą kłutnie albo minute spóźnienia robili pompki... Tak, tak okrutna ja.
 - Ogarnięci jesteście? - zapytałam, a oni odpowiedzieli.
 - Tak jest Pani Fox! - krzyknęli zgodnym chórem.
Jedyna, rzecz którą Zayn ich nauczył umią do perfekcji. Szacunek do prowadzącego.
Podeszłam do ściany, na której znajdowały się przeróżne typy broni. Wzięłam jeden ze sztyletów do rzucania i zważyłam go w dłoni. Niezły, ale rękojeść jest za lekka. - pomyślałam.  
 - Czy Zayn przyznawał wam już bronie?  - spytałam.
 - Nie, Pani Fox! - krzyknęli zgodnym chórem. Coraz bardziej się do tych krasnali przekonywałam. Ale to nie znaczy, że nie byla wściekłą na Zayna... Zostawił mi młodzików, którzy ćwiczyli z drewniana bronią... A ja muszę odwalić kawał roboty.
Westchnęłam.
 - Ach... Zmiana planów. - powiedziałam - Dziś będą zajęcia z doboru broni. Tak więc niech wszyscy tutaj podejdą i wybiorą jaka broń do nich pasuje. Radze sugerować się swoim boskim rodzicem! - podpowiedziała im z czystej dobroci serca. - Gdy wszyscy bedą gotowi proszę ustawić na swoich poprzednich miejscach.
Zaplotłam ręce za plecami i zaczęłam przemieszczać się dalej od harmideru.
 - Mogę zadać Pani pytanie? - przede mną nagle pojawił sie chłopczyk o jasnych włoskach ścietych "na grzybka", ledwie siegający mi do miednicy. Przystanęłam i popatrzyłam na niego zaciekawiona.
 - Jeśli związane z lekcją. - napomniałam.
Chłopak chwilkę się zastanowił i nabrał pewności.    
 - Jest Pani córką Boga Zeusa - chłopczyk spojrzał na  mnie wyczekującą. Zauwarzyłąm, że wszystkie odgłosy związane z młodzikami ucichły. Nie musiała oglądać się przez ramie by wiedzieć, że wszyscy patrzą na nas z zaciekawieniem.
Kiwnęłam głową.
 - Broniom Pana Zeusa jest włócznia. Ale Pani posługuje się mieczem. Dla czego? - spytał z lekka zarzenowany.
Westchnęłam.
 - Jesteś synem Apollina? - chłopczyk przytaknął - A na imię masz...?
 - Daniel-  naprężył sie i wypił pierś.
Położyłam mu dłoń na głowie i poczochrałam mu włosy.
 - A więc Danielu, jesteś bardzo spostrzegawczy. Właśnie tej cechy najbardziej poszukuje się u dzieci Apolla. - lałam wodę.  - Owszem nie walcze włócznią, gdyż ten typ broni jest bardzo nie prawktyczny dla mojego stylu walki. - odprawłam, odprowadzając chlopczyka w stronę rynsztunku - Moim stylem jest walka w zwarciu, a włócznia pozwala trzymać wroga na dystans, a dotego jest bardzo nie poręczna i zajmuje dużo miejsca. - nie mogłam im powiedzieć, ze robie nazłość Zeusowi i dlatego nei walczę włócznią.  - Wole walczyć krótkimi mieczami, badź sztyletami.
Pokierowałam chłopczyka w stronę łuków i zciągnęłam mu jeden, na oko pasujący do neigo  i wręczyłam mu go.
Uznałam, że sprawa została zamknięta gdyż chłopiec zasalutował i odbiegł testując nową broń.
 - To znaczy, ze Pane nie potrafi władać włócznia? - zapytała jakas dziewczynka. Jej ton był pyszałkowski więc od razu rozpoznałam w niej córkę Afrodyty.
 - Imie? - siliłam sie na spokojny ton, ale miałam ochote tą małą smarkule rozszarpać.
 - Silena. - odparła trzepocząc rzęsami.
Jak to mnei irytowało.
 - Moja droga Sileno. W genach każdego herosa jest zapisana umiejętność walki bronią swoich Boskich Rodziców. Więc ja chcąc nie chcąc do perfekcji umiem władac włócznią, ale nie pasuje do mojego stylu walki jak wspominałam, więc szkole się w walce mieczem. Tak samo Dzieci Apollina potrafią z zamkniętymi oczami ustrzelić ptaka w locie... ale na przykład mam nadzieje, że znacie Dylana Stephensa... - dzieciaki pokiwały głowami - Tak więc Dylan potrafi walczyć także mieczem i bardzo dobrze rzuca nożami.
Kończąc tym temat zostawiłam dzieci, aby przemyślały sobie moje słowa. Oddaliłam się na przeciwległą ścianę gdzie skrzyżowałam ręce na piersi i oparłam się o ścianę. Z daleka obserwowałam dzieci co robią i pozwoliłam im na samowolkę. Jak przegną mogę w tępie błyskawicy rozdzielić ich i ukarać. Po kilku minutach Shedow dołączył do mnie podpierając ścinę.
 - I jak sie Pani czuje w nowej roli Pni Profesor - podkreślił ostatnie słowo, a ja się skrzywiłam.
 - Nawet mi nie przypominaj. - odparłam - jakby nie to, że jestem wygadana, już dawno pozabijałabym te dzieci. - odparłam z przekąsem, a mój chłopak zaśmiał się.   
 - No już przyznaj się kto ci na odcisk nadepnął. - powiedział  szturchając mnie w bok.
Pokręciłam głowa.
 - Nikt mi nie nadepnął na odcisk... - odparłam stając na przeciwko niego.
Ten uśmiechnął się, wyraźnie rozbawiony.
 - Coś ci nie wierze.
Miałam ochote zetrzeć mu ten uśmieszek z twarzy.
 - Po prostu grają mi na nerwach dzieci Afrodyty. - powiedziałam chłodno odsuwając się od niego.
Ten objął mnie jedną ręką za szyje i pocałował w skroń. Próbował mnie tym pocieszyć i udało mu się, gdyż uniosłam jeden kącik ust.
Westchnął.
 - No leć teraz do swoich bo coś czuje, że bd miała się na kim wyżyć - pokazał głowa w strąnę młodzików, gdzie dwóch chłopców zaczęło się bić na miecze.
Westchnęłam zirytowana.
 - Dajmy im troche czasu. - odparłam zupełnie nie przejmując się tym, że oboje są poważnie poranieni.   
Chłopak spojrzal n amnei przeciągle.
 - Bawi cie to? - skarcił mnie.
Odepchnełąm go od siebie niby zła.
 - Niszczys zmi zabawe! - zaprotestowąłam jak małe dziecko i zniknęłam, aby pojawić się na drugim końcu sali.
Złapałam oboje delikwętów za wolne ręce, gdy chcieli zadać kolejny cios, okreciłam się o 360 stopni i puściłam ich. Wszystkiemu towarzysyzł dźwięk pioruna.
Wyprostowałam się i przybrałam surowy wyraz twarzy.
 - Coś mi się zdaje, że przypomnimy sobie zasady BHP panujące w anfiteatrze, a także  WY DWAJ! - zwróciłam się do poobijańców - macie zagwarantowany tydzień, w kuchni bez mozliwości uczęszczania na treningi. Wypad z sali! - zażądałam.
Nie powiem. Funkcja nauczyciela coraz bardziej mi się podobała.
Podparłam sobie boki.
 - A wy co? - warknęłam na przestraszone dzieci - Do szeregu! Już wiecie co was czeka za nieprzestrzeganie rozkazów! A i tak potraktowałam ich ulgowo.
Krasnale rospierzchły się jak myszy.
A ja czułam satysfakcję. 
Po godzinie zajęć wyrobiłam sobie niezły respekt u młodych, nikt nie podważał mojego zdania, słuchali uważnie poleceń i wykonywali wszystkie ćwiczenie. Po jakimś czasie przestałam ich traktowac jak wielki tyran i mówiłam do nich łagodnie. Mam nadzieje, że na dzień dobry na kolejnej lekcji nikt nie popuści w gacie, bo to by była siara.
Usłyszałam jakiś rumor od strony wejścia i instynktownie dałam znak aby herosi przestali ćwiczyć.
Do sali wbiegła Hania.
 - MAmy przepowiednie! - wykrzyknęłam i pobiegła dalej.
Bez interesownie poszłam w jej ślady:
 - Koniec zajęć! - krzyknęłam i przeniosłam się do biegnącej dziewczyny, zaraz obok znalazł się Shed, a daleko w tyle bez mocy przenoszenia biegł Chester. 

 - Wyrecytujcie to jeszcze raz - poprosiła Klara., która chodziła w tę i spowrotem po pokoju.
Siedziałam... Leżałam na fotelu głowa w dół i przedstawiałam sobą najwięsze znudzenie. Siedzielismy w domu Shedowa już bite pięć godzin i nie posunęliśmy się ani o krok do przodu.
Ziewnęłam szeroko.
 - Pierwsze ostrze na łonie Matki Wojny zostało złożone... - powiedziała Hanna nie odrywajac głowy od stolika.
 - To dość jasne - mruknął Dylan.
Strzeliłam palcami. Całą tą gatkę znam na pamięć nasza dziesiątka nie mówi o niczyn innym tylko o słowach pierwszej przepowiedni, co jest bardzo męczące.  
 - Matka wojny to Atena - powiedział mój chłopak, który rozwalił się na krześle obok - to było łatwe wydedukować.
 - No dobra. - powiedziała wyniosle córka Ateny kreśląc coś na niewidzialnej ścianie - pierwszą część już mamy. Druga.
 - Od wieków strzeże go Pani o białym oddechu. - tym razem odezwał sie Chester, który rozłożył się na sofie wraz z Gregorym i Rikki.
 - No i tu jesteśmy w dupie - skomentowałam.
Cisza, która nastała mówiła wszystko. Westchnęłam i wyczarowałam małą błyskawicę, pomiędzy wskazującymi palcami. Bawiłam się nią jakby to była " chińska pułapka ".
W końcu Zayn podjął dalszy temat ale ja ich nie słuchałam.. tak jak przez prawie cały czas. Totalnie ich olewałam. Nie umiałam znieść biadolenia Chrisa. Wyciągnęłam rękę do przodu i dotknęłam palcem jego nogi.
 - Teoretycznie możemy stwierdzić, że " Pani o białym oddechu" może  strezeć mieEECZ! - krzyknał i zwalił się z sofy, gdy poraziłam go leciutko prądem.Trzasnął sobą o ziemie i zaca smeisznie podrygiwać.
Hanna zaczęła sie na mnie drzeć, ale ja tylko siedziałam i uśmiechałam sie.
 - JEsteś nienormaln! Dorośnij w końcu! - mówiła przyjaciółka.
Wywróciłam oczami.
Zayn patrzyła na mnie karcącym wzrokiem, a Shedow pokazywał mi głową kuchnię. Potaknęłam. Lepsze to niż dalsze tu siedzenie. Pomyślałam.
Nie zważając na zamieszanie, zrobiłam przewrotkę i znalazłam się na nogach. Przeciągnęłam się, jak gdyby nigdy nic.
- Chcecie coś zjeść?
Wszyscy spojrzeli a mnei wilkiem, ale od razu zgłosili swoje propozycje. Spróbowałam je zapamiętać... w sumie dużo teogo było.
 - Pomoge ci - zaoferował się Shedow.
Wstał z krzesła i podążył za mną do kuchni.
Słyszałam za sobą głosy ludzi, którzy rozważali przeróżne rzeczy związane z przepowiednią. Ja natomiast przeciągnęłam się i usiadłam na blacie. Chłoapak minął mnie i próbował mnie zrzucić z szafki, ale ja się nie dałam! Zaczęliśmy się drażnić, az w końcu zleciałam z tego blatu. Pozbierałam się z ziemi i wzięłam się za robienie kanapek.
 - Tyle mózgów, a jeszcze nie znaleźliśmy odpowiedzi. - odezwąlam się w końcu.
Shogun przestał kroic ser i spojrzal w moją stronę.
 - Przepowiednie bogów nie są wcale takie łatwe. - napomniał mnie.
Wywruciłam oczami.
 - I tak wciąz nie wiem co tu robię. - mruknęłam - na moim miejscu miał byc Zayn.
          Wychyliłam się zza drzwi by spojrzeć na brata, który wędrował od godziny po pokoju z zastanowieniem. Pod jego koszulką było widac opatrunek. Rana co prawda była wyleczona, ale przy różnych czynnościach otwierała się i tryskała z niej krew. Tak właśnie działa jad pająków. Niby wszystko ok, ale rana wciąz nie jest wyleczona.
Chłopak westchnął.
 - Rozmawialiśmy już o tym. - znów zabrał się za krojenie sera.
Prychnęłam i zaczełam smarowac kanapki masłem orzechowym. Nie umiałam strawić tej ciszy i zagadnęłam.
 - Gramy w sto pytań? - zagadnęłam.
Chłopak wzruszył ramionami.
 - Czemu nie? - odparł - Ty pierwsza.
Hymn... zastanówmy się.
 - Miałes dziewczynę? - jego końcik ust zadrżał. A ja zlapałam okazję - Jaka była? ile miałes lat? ile ona miała?
 - Ej, ej, ej! - przerwał mi - to więcej niż jedno pytanie!
Spojrzałam na niego chytrze:
 - Gramy w 100 pytań, a Nie: w jedno pytanie, jedna odpowiedź! - pokazałam mu język, a on ukradł mi kanapkę z miodem i oparł sie o szafkę.
 - A więc. Miałem w tedy czternascie lat. Lizzy - bo tak miała na imię - mieszkała w mieście oddalonym od obozu o 100 km. To były czasy kiedy wykradałem się z obozu aby nie czuć się samotny. - uśmiechnęłam się z drugiej strony blatu - Pamiętam, że ona była odemnie rok starsza. - zagwizdałam.
 - Doświadczona. - pokazałam mu język, a ten rzucił we mnie ogórkiem. Złapałam go nim spadł do słoika z orzechową papką.    
 - Znałem ją dokładnie rok. Ale gdy  jej powiedziałem, że jestem herosem i wyśmiała mnie. - westchnął. Nie widziałam na jego twarzy bulu raczej rozbawienie - Cztery dni później poszłem na jej pogrzeb. - szepnął.
Wzdrygnęłam się.
 - Co się stało? - spytałam ze współczuciem.
Zakręcił nożem w dłoni.
 - Następnego ranka znaleziono jej ciało w lesie. Podobno rozszarpały ją wilki... - wbił nóż w stół. - Widziałem miejsce morderstwa i jestem pewny, że to Harybsy. Stała się potrawką dla potworów. Żałuje, że mnie przy niej nie było. Rozwaliłbym łeb  stworą.
Wyrwał nóż ze stołu i wznowił przerwaną czynność.
Nie wiedziałam co powiedzieć wiec się zamknęłam  i sięgnęłam po talerz, na który nałożyłam słodkie kanapki i zaniosłam je do pokoju.
 -... czy czystym w swej wierze zostanie. - wyrecytował Chris waląc sie po każdym słowie w  czoło. 
Zayn sięgnął po kanapkę jeszcze kiedy sżłam i dostał pacnięcie w rękę. Zrobił minkę obrażonego dziecka i podążył za mną jak cień. 
 - A teraz pytanie w jakiej wierze? - myślała na głos Klara, a Chester jęknął. Siedział zgarbony na sofie, a swoją głowe miała miedzy kola nami. Miałam ochote go klepnąć w lecy i krzyknąć " prostuj się!" Ale znając życie zabił by mnie.
 - Żarcie! - powiedziałam jedynie i wszystkie głowy zwróciły sie w moja stronę. 
Postawiłam kanapki na stole i "wybłysknęłam" się do kuchni w chwili kiedy wygłodniali ludzie żucili się na talerz. Shed  zdrygnął się gdy w poświcie żółtej błyskawicy przybyłam do kuchni. 
 - HA!- krzyknęłam - już wiesz co przeżywamy gdy "pojawiasz się i znikasz"! - powiedziałam a ten tylko ugryzł kawałek zielonego ogórka. Wyglądał zabujczo z takim głupiutkim wyrazem twarzy. Ale uwielbiałam to w nim. Nie wiele ludzi może dostrzeć jego prawdziwe ja, a przedemną zaczyna się otwierać... a ja przed nim. Chciałabym aby Gomez był tak otwarty przy innych ludziach... ale nie! Bo on musi przybrac maskę obojętności. 
Wrócił do krojenia ważyw, a ja sięgnęłam po miseczkę na saładkę Spojrzałam na niego przez ramie i przekszywiłąm glowę. Wpadłam na pomysł widząc jak z jego ust wystaje kawałek ogórka. 
 - Shedow? - spytałam gdy prechodziłam obok niego. Chłopak obrócił głowe w moją twarz i uniusł pytająco brew. 
            Zblizyłam do niego usta i ugryzłam wystającą częśc ogórka, muskając delikatnie jego wargi. To był nasz pierwszy "pocałunek" od czasu końca bitwy. Gdy odsunęłam się od niego poczułam jak moje policzki płoną, zerknęłam na niego kątem oka i dałabym sobie rękę uciąć, że on tez sie zaczerwienił, po tem uśmiechnął się pogodnie i "wciągnął" resztkę ogórka. Po tym incydencie poszlam na swoje stanowisko i zaczelam rozrywać sałatę.
Wzięłam ostani liść sałaty i krzyknęłam. 
 - PAJĄK! - wydarłąm się robiąc unik przed owłosionym stworem, który wyszedł spod sałaty. Po jego niebieskich nóżkach poznałam w nim Bonifacego. Pupila Mel. Odetchneąłm z ulga. 
Shedow stał za mną trzymając w pogotowiu nóż. - Spoko.- powiedzialam uspokajając nerwy. To rylko zwierzak Merlyn. - uspokoiłam go i wzięłam Facego na rękę. 
Nagle kuchnia zapełniła sie ludźmi. Skakali wokół mnie, a Gregowy mnie podniusł. 
Wsyzscy krzyczeli i cieszyli się. 
Razem z Shedowem patrzliśmy na nich zgłupieli. 
 - Postaw mnie na ziemi! - zażądałam. 
 - Jestes naszą bohaterką! - krzyczał młody. 
Gregory jeszcze kilka razy mną żucił, a ja uwarzałam aby tarantula nie wypadła mi z ręki. 
 - Rozszyfrowałaś przepowiednie! - krzyknęła Klara.
Syn Hefajstosa postawił mnei na zemi, a ja spojrzałam jak na największego idiote na świecie. 
 - Krzyknełas  pająk! - podpowedziała mi Hania. 
 - I co z tego? - spytałam podejrzliwie. 
Teraz Zayn pojawił się obok mnie i sprzedał mi soczystego buziaka w czubek głowy. 
 - PAjęczyca Arachne! - powiedział i uniusł mnie w objęciach. 
Teraz Kalra zabrała głos: 
 - Pani o białym oddechu! To pajęczyca Arachne! - pisnęłą - Strzeże świątyni mojej matki! Jak na to wpadłaś? - spytała.
 Spojrzałam na nią. 
 - Nie wpadłam na to. - powiedziałam zażenowana. - Po prostu znalazłam jego. 
I ukazałam wszystkim niebieską tarantulę. 
A Klara zbladła i znalazła się na ziemi. 
 - Ach... zapomniałam o panicznym lęku dzieci Ateny, przed pajękami. - powiedziałam głupkowato, gdy reszta towarzystwa, próbowali ocucić blondynkę. 
Dopiero teraz do kuchni weszła czarnowłosa córka Posejdona. 
 - Jestem ciekawa jak sobie poradzi z zadaniem. - powiedziała kpiąco. Az język mnie świezbiał aby jej odpowiedzieć. - Przeciez spodka się z matką pająków. 



Przebrnęliśmy już przez pierwsza Wielką Przepowiednie.
I ja wam się podoba relacja Zo i Shedowa?

sobota, 5 października 2013

Rozdział czterdziesty czwarty

Hanna
 Złapałam paczkę żelek, które Zoey przed tygodniem przywiozła z Niemiec. Nie mam zielonego, co tam robiła, ale wiem, że się tam wybrała z Shedowem. Oczywiście, dwie świnie nie chciały mi nic przywieźć, a ja taka dobra dla nich byłam... Ale cóż, na szczęście wiem, gdzie Zo zawsze chowa słodycze, więc nie ma problemu. Po namyśle wzięłam jeszcze jedną paczkę dla Mel.
 Wyszłam oknem po winoroślach, które moi bracia zasadzili w zeszłym roku. Afrodycie się tak spodobał nasz ogród, że poprosiła o kilka winorośli przy swoim domku, a że wszyscy jej zazdrościli tych pięknych krzewów, iż poprosili dzieci Dionizosa o zasadzenie ich przy wszystkich domkach.
 Kiedy zeskoczyłam na ziemię rozejrzałam się po obozie, modląc się, żeby nie wpaść na blondynkę.. Ale ta razem z Rikki znowu trenują. Podziwiam obie dziewczyny, ja po tygodniu odpuściłabym... Nie, ja tak zrobiłam. Odechciało mi się brania lekcji z łucznictwa razem z Dylanem. Oczywiście, przyjaciel wczoraj dał mi kazanie, że to jest nieodpowiedzialne, itd. Dziwne! Odkąd dowiedział się, że on będzie rządzić naszą drużyną, stał się nadto odpowiedzialny.
 - Han!
 Zamarło mi serce, kiedy usłyszałam piskliwy głosik. Odwróciłam się powoli na pięcie i spojrzałam na uśmiechniętą Mel, trzymającą w ręku swojego ulubieńca, czyli tarantulę. Uśmiechnęłam się do niej i rzuciłam paczkę żelek. Widząc żelki, schowała swojego przyjaciela do kieszeni i zabrała się za otwieranie paczuszki.
 - Coś się stało? - pogłaskałam ją po blond włoskach, kiedy zbliżyła się do mnie.
 - Od dwóch tygodni, odkąd się obudziłam zastanawiałam się skąd kojarzę tą dziewczy... - przerwała, kiedy w końcu udało się jej rozerwać plastikową torebkę -..nę, która walczy z Rikki.
 - I do czego doszłaś?
 - To ona mi kiedyś powiedziała, że kocha Christophera, prawda? - popatrzyła na mnie swoimi niebieskimi oczami. - To ona została uciekła z obozu, bo nikt jej nie chciał?
 Zagryzłam wargę i zatrzymałam się. Dobrze pamiętam tamten dzień, kiedy Rikki odeszła (27). Nawet mi do tej pory nie przeszło przez myśl, co czuje Chris, kiedy zobaczył dziewczynę po takim czasie. Zachowuje się bardzo normalnie. Nie zauważyłam czegoś niepokojącego... Zachowuje się tak jakby o niej... zapomniał. Moje oczy rozszerzyły się.
 - Mel, czy pytałaś o Rikki Chrisa? - złapałam dziewczynkę za ramiona. Ona pokręciła przecząco głową, próbując mnie rozgryźć. - Muszę uciekać! Trzymaj się! - rzuciłam się do biegu, ale po paru metrach się odwróciłam. - Postaraj się nie pokazywać Zo z żelkami.

Rikki
 Złapałam swój ręcznik i wyszłam spod prysznica. Dzisiejszy trening dał popalić mi i Zoey. Nie możemy ani jednego dnia pozwolić sobie na odpoczynek, bo może to zaburzyć nasz tryb. Podeszłam do zaparowanego lusterka i przetarłam je dłonią. Zobaczyłam tam swoje odbicie, a moja ręka powędrowała ku szyi, gdzie wisiało złote serduszko, które dostałam od mojej mamy... a później od Shedowa. Wciąż wracam do słowa, które zostało tam wygrawerowane - "walcz". Można je interpretować na miliony razy. Można walczyć, bo walczyć, można walczyć o swoje imię, czy też o swoją miłość. Na to słowo skrzywiłam się. Było one tak bardzo niedorzeczne.
 Poczułam coś dziwnego, co spowodowało, że w mojej łazience zmaterializował się Shedow. Nic się nie zmienił od czasu, kiedy go po raz ostatni widziałam .Spojrzał na mnie swoimi "księżycowymi" oczyma. Nie odzywał się tylko na mnie patrzył, nawet jego twarz nie okazywała niczego.
 - Dotrzymałeś słowa - postanowiłam pierwsza zabrać głos. - Zo zmieniła się od kiedy opuściłam obóz.
 Shedow lekko się uśmiechnął, ale po chwili znowu jego twarz przybrała kamienną minę.
 - Miała najwspanialszego nauczyciela na świecie - powiedział.
 Prychnęłam, ale nie w sposób, żeby go urazić. Jednak jego poczucie humoru też się nie zmieniło.
 - No dobrze, nie będę zaprzeczać - odwróciłam się i spojrzałam w jego lustrzane odbicie. - Jak chciałeś mnie zobaczyć nago, to się spóźniłeś...
 - Co za pech - mruknął, nie spuszczając ze mnie wzroku. -  Nie mieliśmy do tej pory okazji porozmawiać sam na sam.
 Zmrużyłam oczy i ponownie na niego spojrzałam. Nie miałam zielonego pojęcia, co ode mnie chce. Podeszłam bliżej niego, czując bijące od jego ciała ciepło. Spojrzałam w jego srebrne tęczówki, mając nadzieję wyczytać z nich coś więcej.
 - O czym? - szepnęłam.
 - Dlaczego to robisz? - złapał mój kosmyk i zaczesał go za ucho. - Próbujesz być obojętna na wszystko, a jednak wiem, że wciąż jest w tobie... - przerwałam mu.
 - Tylko nie wyjeżdżaj mi tutaj z tekstem typu " moja najwierniejsza towarzyszka", bo ci nie uwierzę - dotknęłam palcem jego piersi.
 Ten złapał moją dłoń i przyciągnął do swojej piersi.
 - Wciąż wierzę, że w tobie jest moja najwierniejsza towarzyszka, przyjaciółka, ale przede wszystkim osoba, którą przez tyle lat obdarzałem miłością...
 Poczułam jak coś we mnie pękło, moje całe ciało ogarnął niesamowity ból. Cofnęłam od niego rękę i odsunęłam się od niego, wpadając na umywalkę. Nie potrafiłam opanować łez, płynących do moich oczu. To wszystko tak bardzo mnie bolało. Chłopak nadal stał w miejscu i patrzył na mnie nadal z kamienną miną, ale zobaczyłam to w jego oczach... Była to troska.
 - Nie ma czegoś takiego jak miłość - prychnęłam.
 - Mylisz się Rikki - pokręcił głową. - Jest i ty dobrze o tym wiesz... Tylko po prostu o tym zapomniałaś.
 Złapałam dłońmi swoją głowę, chcąc w jakiś sposób odgonić, ten ból... Lecz on narastał i narastał. Zaczynało mi brakować tchu, zaczęłam tracić kontrolę nad swoim ciałem. Widziałam, że w łazience zaczęły ruszać się węże prysznicowe, a po chwili trysnęła z nich woda. Shedow wciąż stał w tamtym miejscu, nie zwracając uwagi, że jest cały mokry.
 - To boli - szepnęłam.
 Chłopak pokiwał głową i klęknął przede mną.
 - To znaczy, że walczysz, a jeżeli walczysz, to nigdy nie przegrasz... Znowu odzyskasz siebie.
 - To to za bzdury gadasz! - prychnęłam.
 - Powiedziała mi to kiedyś wyjątkowa osoba.... Miej to na uwadze. A.. - powiedział po chwili. - Nie martw się, nikt nigdy nie dowie się o tej sytuacji i o tym, że zwątpiłaś w nową siebie.
 - Nie zwątpiłam - krzyknęłam, a on tylko ruszył ramionami.
 Kiedy zniknął, poczułam niesamowitą ulgę. Wstałam z ziemi i spojrzałam na swoje odbicie. Byłam blada jak nigdy wcześniej.
 - Muszę zacząć go unikać - powiedziałam do siebie i zabrałam za dalsze zabiegi kosmetyczne.

Hanna
 Weszłam na taras jadalni, gdzie w cieniu brzozy siedział Chris, który zaczytał się w komiksie. Podeszłam do niego i usiadłam naprzeciwko. Chłopak podniósł wzrok i widząc mnie, uśmiechnął się. Odwdzięczyłam się tym samym, i zaczesałam kosmyki, które spadały na moje czoło za ucho.
 - Coś się stało? - zapytał po dłuższej ciszy.
 - No wiesz... - zaczęłam nieśmiało. - Nie wiem jak cię o coś zapytać...
 - Prosto z mostu - odłożył komiks i przybliżył się do mnie, łapiąc za dłonie. - Jeśli chcesz się zapytać, kto zjadł twoją bombonierę, to bez bicia się przyznaję, że to nie ja.
 Chłopak pokazał swoje białe zęby i przyglądał się mi z uwagą.
 - Co czujesz do Rikki?
 Chłopak zdumiał się. Nie wiedział, co powiedzieć. Poczułam jak jego dłonie zaczynają się pocić, ale nie zabierałam swoich. Miał je takie ciepłe.
 - Co ja czuję do Rikki, tak? - uśmiechnął się lekko. - Co mam do niej czuć? Wróciła córka Posejdona... Wielkie mi coś. Chociaż muszę przyznać, że ładna, ale odrobinę mnie wkurza...
 - Naprawdę nic do niej więcej nie czujesz? - chłopak pokręcił przecząco głową.
 Uśmiechnęłam się słabo i wstałam z ławeczki, oddalając się od chłopaka. On w ogóle nie pamięta, co czuje do Rikki. Nie wierzę, żeby tak mówił o niej, gdyby choć trochę pamiętał uczucie, którym ją darzył. Wyszłam z jadalni, szukając domku Ateny. Myślę, że Klara będzie w stanie mi wytłumaczyć, o co tutaj chodzi. Teraz powinna mieć odrobinę czasu wolnego, ponieważ Dylan ma trening z Chesterem.
 Wpadłam do ogrodu bogini mądrości, gdzie musiałam zachować ciszę. Dzieci Ateny uwielbiały w tym miejscu pochłaniać wiedzę, a każdy niepotrzebny hałas je rozprasza. W białej altance znalazłam Klarę, która uczyła Kasmira gry w szachy. Uśmiechnęłam się do nich, kiedy zauważyli, że nie są sami. Chłopak od razy wyczuł, że jest coś nie tak, bo zaproponował, iż pójdzie sprawdzić, co robi brat. Zajęłam jego miejsce i spojrzałam na blondynkę.
 - Coś się stało? - podniosła swoją brew.
 - Mam pytanie - czułam jak moje ręce się trzęsą, nie wiem, dlaczego tak bardzo to przeżywałam. - Czy jest możliwość wymazania swoich uczuć do drugiej osoby?
 Dziewczyna wybuchła śmiechem i usłyszałyśmy chórek niezadowolonych dzieci Ateny. Klara szybko przyłożyła dłonie do ust i nadal rozbawionym wzrokiem na mnie się patrzyła.
 - Zakochałaś się w kimś, ale ta druga osoba nie odwzajemnia twoich uczuć? - zaczęła ruszać swoimi brwiami.
 - Nie, nie chodzi o mnie... Idzie, czy nie?
 Klara wzięła głęboki wdech i spojrzała na poważnie na mnie.
 - Jest taka świątynia na końcu obozu, należy ona do Mneme...
 - Mneme? - zmarszczyłam czoło, próbując przypomnieć sobie kogokolwiek o tym imieniu. - Kim ona jest?
 - Jest to jedna z mniej znanych muz.... Jest muzą pamięci i wspomnień.
 - Wystarczy poprosić? - zdumiałam się. - Czyli mogę od tak sobie tam do niej iść i powiedzieć, że chcę na przykład zapomnieć o... - o czym chciałabym zapomnieć?
 Dziewczyna pokręciła głową.
 - Nie, to byłoby za piękne... Mneme wie, kiedy człowiek potrzebuje jej pomocy.
 - Chcę do niej iść - powiedziałam pewnie.
 Dziewczyna skrzywiła się, słysząc mój pomysł. Wyglądała jakby chciała wiedzieć, co we mnie siedzi. Problem w tym, że ja sama nie wiem, co to jest... Nawet nie wiem, dlaczego chcę tam iść. Żeby dostać potwierdzenie ze strony Mneme o tym, iż mój przyjaciel skorzystał z jej usług? Wątpię.
 Wstałam od stolika i ruszyłam do wyjścia. Wiedziałam, w którą stronę iść, bo w tej chwili przypomniałam sobie, że kiedyś Shedow mi wspominał o tamtym miejscu. Zatrzymałam się przed stajnią, gdzie wpadłam na Zoey, która była zajęta rozmawianiem ze swoim pegazem. Nie zwracając na nią uwagę, zabrałam Tristiana i dosiadłam go. Kątem oka zobaczyłam, że Zo przerwała rozmowę ze swoim przyjacielem i popatrzyła na mnie równie krzywo jak Klara.
 Po kilku minutach lotu dotarłam do bardzo małej świątyni. Było tutaj tak czysto i cicho. Wszystko przypominało mi tutaj wakacje na Chorwacji, gdzie zabierała mnie mama. Zza fontanny, która stała po środku wyłoniła się piękna, wysoka blondynka o niebieskich oczach i boskim uśmiechu. Była ubrana w białą suknię.
 - Córka Dionizosa - powiedziała swoim anielskim głosem. - Nie spodziewałam się, że kiedykolwiek będziemy miały okazję się poznać. Jesteś również piękna jak wszystkie inne córki twego ojca... Niestety, on nie miał ich wiele - usiadła na białym murku otaczającym fontannę i pokazała ławkę pod jednym z białych filarów. - Ale wszystkie córki Dionizosa mają ten sam problem...
 - Problem? - zdziwiłam się.
 - Nie masz żadnego problemu? - zaśmiała się. - Twoim największą udręką jest ta ciągła myśl, że zostawiłaś swojego ojczyma... Wiem jak bardzo za nim tęsknisz... Niesamowite, jak można kochać osobę, która przez większość twojego życia była pijana?
 - On nie potrafił sobie poradzić ze śmiercią mojej mamy - powiedziałam cicho. - On jest dobrym człowiekiem...
 W jednej chwili przed moimi oczami stanął obraz pensjonatu, gdzie się wychowałam. Stałam przy starym aucie Ramiro i przyglądałam się głównemu wejściu. Po chwili wypadła stamtąd moja mama oraz ojczym... Mieli na sobie ślubne stroje. Tak, to był dzień ich ślubu. Odwróciłam się do tyłu i zobaczyłam bijących brawo ludzi. Po chwili poczułam jak ktoś mnie bierze na ręce. Były to ręce Ramiro. Spojrzałam na jego wówczas jeszcze młodą i przystojną twarz. Mogłabym pozazdrościć mojej mamie takiego męża, ale czułam, że był jeszcze lepszym ojcem. Pocałował mnie w policzek i znowu się uśmiechnął.
 Odszedł trochę od samochodu i mojej mamy, i pokazał mi hektary jego ziemi, gdzie rosły winorośle. Pokazał mi całą ręką tą ziemię i szepnął do ucha.
 - Za parę lat, to wszystko będzie należeć do ciebie.
 - Naprawdę? - spojrzałam uradowana na niego.
 - Tak - pogłaskał mój policzek. - Jesteś moją najukochańszą Kruszynką... Tak bardzo cię kocham...
 Obraz się rozmył i zmienił. Znalazłam się w salonie, gdzie przy kominku siedział Ramiro z kieliszkiem w ręku. Przełknęłam ślinę i podeszłam do niego. Spojrzałam na jego zniszczoną twarz. Wciąż przyglądał się zdjęciu mojej mamy, które wisiało nad kominkiem. Złapałam jego dłoń, czekając aż odwzajemni uścisk. Pamiętam ten dzień, była to siódma rocznica śmierci mojej mamy. Wtedy po raz pierwszy od tak długiego czasu on odwzajemnił uczucie...
 - Przepraszam - szepnął. - Przepraszam.
 - Nie masz za co przepraszać, tato - poczułam jak po moich policzkach spływały łzy.
 - Nie potrafię się zmienić... Tak mi jej brakuje - wstałam i usiadłam na jego kolanach, przytulając się do niego najmocniej jak potrafiłam. Nawet nie przeszkadzał zapach alkoholu. - Nie chcę i ciebie stracić.
 - Nie stracisz... Przyrzekam ci, że nigdy cię nie zostawię. 
 Obraz znowu zniknął, ale tym razem wróciłam do świątyni. Po moich policzkach spływały łzy. Od tak dawna nie widziałam swoich rodziców tak wyraźnie. Zaczynałam zapominać jak wyglądają, zaczynałam ich zapominać. Może to był powód, dlaczego zapragnęłam się tutaj pojawić.
 - "Przyrzekam ci, że nigdy cię nie zostawię" - zacytowała mnie Mneme. - Teraz znasz powód, dla którego chcesz opuścić obóz po swojej misji...
 - Opuścić? - usłyszałam czyiś głos. Odwróciłam się i zobaczyłam zdziwioną Klarę, która stała przy jednym z filarów. Nie mam pojęcia, jak długo tam była. - Jak to opuścić?
 - Klara - pokręciłam głową.
 - Nie możesz nas tak opuścić, przecież rodziny się nie opuszcza - zbliżyła się do mnie. - Wiem, że między nami nie zawsze było okej, ale jednak...
 - Klaro, to nie jest moja rodzina - poczułam się żałośnie, to mówiąc. - Jesteście moimi przyjaciółmi, najwspanialszymi, ale jednak moje serce jest gdzieś indziej...
 - Dylan wiedział?
 Pokiwałam głową.
 - Córka Ateny jak miło - w końcu odezwała się Mneme, która w tym czasie zdążyła sobie zrobić kawę? - Mam dla ciebie wiadomość. Posłuchaj, bo to może być bardzo ważne:
Pierwsze ostrze na łonie Matki Wojny zostało złożone,
Od wieków strzeże go Pani o białym oddechu.
Próbę odwagi musi podjąć śmiałek,
Aby udowodnić, czy czystym w swej wierze zostanie.
 Spojrzałyśmy z Klarą na siebie, wiedząc już, co właśnie zostało nam przedstawione.
 - Pierwsza przepowiednia - powiedziałyśmy na raz.



Leń nie chciał tego zrobić więc ją wyręczyłam:P
Kolejna notka napisana przez Kinge :D

piątek, 20 września 2013

Rozdział czterdziesty trzeci

 Szczerze mówiąc nie spodziewałam się takiego rozpoczęcia roku. Zamiast zabawy, fajerwerek patrzyłam na zrozpaczonych herosów, którzy stali nieruchomo, spoglądając na miejsca, gdzie ofiarowali bogom ciała zmarłych bliskich. Wciąż nie wierzę, że straciliśmy tak wielu mężnych herosów. Niektórzy z nich byli ze mną w drużynie podczas tutejszych bitw, jedli posiłki obok mnie, uśmiechali się zalotnie lub siedzieli ze mną podczas lekcji.
 Sama straciłam tylko dwóch braci, ale niestety nie miałam okazji ich za dobrze poznać, bo przybyli do obozu niedawno. Na pewno nie tak wyobrażali sobie życie w tym miejscu. Gdybym potrafiła cofnąć czas...
 Poczułam na swoim ramieniu ciepłą dłoń, dotknęłam jej i odwróciłam się. Za mną stał Dylan. Delikatnie się do mnie uśmiechnął, chcąc ukryć swój smutek. On również stracił wielu braci i sióstr, lecz był bardziej do nich przywiązany niż ja.
 - Dużo się zmieniło, prawda? Popatrz, jesteśmy starsi o prawie 2 lata i tyle w tym krótkim czasie przeżyliśmy... Zmieniliśmy się i to chyba najsmutniejsze w tym wszystkim.
 - Tak - pokiwałam głową. - W szczególności ty, Dylan. Nie jesteś tym chłopakiem, którego znałam... Wiesz, że właśnie mnie olśniło? Właśnie w tym momencie - prychnęłam. - Odkąd pamiętam byłam zazdrosna o Klarę... nie podobało mi się to, że ją kochasz, że ją pocieszać, jesteś przy niej... Byłam w tobie zakochana... Ale teraz już wiem, że byłam zakochana w Dylanie, którego znałam przed obozem.... w tym beztroskim chłopaku, który nigdy mnie nie pytał o zdanie, tylko robił, co chciał i nieświadomie wpakowywał mnie w kłopoty... Naprawdę kochałam cię.
 - Naprawdę? - zmarszczył czoło. - Tyle razy próbowałem tobie to samo powiedzieć, ale nie miałem odwagi...
 Poczułam jak do moich oczów napływają łzy. Gdybyśmy oboje byli odważniejsi, to może teraz bylibyśmy razem jak dawniej? Lecz nic to nie zmieniłoby w naszym życiu. Decyzja o wyjawieniu naszych uczuć nie zmieniłaby toku wydarzeń, nie zmieniłaby niczego.
 - Dlaczego właśnie w tym momencie wzięło nam się na szczerość? - spojrzałam na obóz, który wyglądał jak wiele miast zniszczonych podczas wojen światowych. - Bo może okazać się, że nie będzie już żadnej okazji? Że w następnej bitwie, któreś z nas może stracić życie? Co jeżeli zginiemy jutro, za miesiąc, za rok?
 - Jak ginąć, to razem, Han - złapał mnie za dłonie. - Wciąż cię kocham i nie pozwolę ci stracić życia. Będę cię bronić póki będę miał siły, bo jesteś dla mnie jedną z najważniejszych osób. Będę dumny walcząc u twojego boku... Hanno Toscano, za parę miesięcy lub może powinniśmy liczyć to w tygodniach.. zabijemy bliźniaków i wrócimy do naszego życia.
 - Dylan.. wiesz, że odejdę stąd, prawda?
 - Wiem, Han. Wiedziałem to od samego początku. Uważasz, że wciąż masz obowiązek wobec Ramiro, ale naprawdę nie musisz odchodzić...
 Po moich policzkach spływały łzy. Rzuciłam się na jego szyję i przytuliłam go do siebie najmocniej jak potrafiłam.
 - Nic tego nie zmieni. Będę musiała to zrobić.
 - Wiesz, że robiąc to spowoduje, iż zapomnisz o tym wszystkim? O obozie, o swoim ojcu, o herosach... o mnie?
 - Wiem - szepnęłam. - Dylanie, to ostatnia nasza wspólna misja... Nigdy do tej rozmowy nie wrócimy i będziemy się cieszyć każdą wspólną chwilą... Stwórzmy historię, która będzie wbijana moim dzieciom do głowy w szkołach...
 Chłopak pokiwał twierdząco głową i nachylił się nade mną. Musnął moje usta i powoli się odsunął ode mnie. Tyle lat czekałam na to, a teraz było tak jakby przedwczesnym pożegnaniem. Nie patrząc na niego, czułam jak nieruchomieje, a później "ten" głos znowu zawładnął jego gardłem:

 Osiem ostrzy wykutych zostało w czeluściach czarnego wulkanu.
 Przez ogień i wodę szlifowane zostały,
 Pieczęcią powietrza i ziemi znaczone,
 Do dzieła zostały stworzone.
 Lecz wpierw heros krew swą przelać musi.
 Aby dążyć do wybawienia.

Kiedy zakończył, zachwiał się, więc szybko złapałam go i przytrzymałam w pionie. Chłopak zaczął mrużyć oczy, nastawiając ostrość swojego wzroku.
 - Znowu poinformowałem kto będzie walczyć? A może wyjawiłem tą tajemniczą dwójkę? - zakpił sobie.
 - To była nowa przepowiednia, Dylan... Wszyscy już znają swoje przeznaczenie.

Kilka godzin później...

 Weszłam na pagórek, na którym znajdowała się świątynia Zeusa. Ona jako jedyna pozostała bez jakikolwiek strat. Prawdopodobnie nikt nie miał odwagi jej zniszczyć. Dziwne... Gdybym ja była po drugiej stronie, to pierwsze, co zrobiłabym, to zniszczyłabym ją... Chociaż nie.. Wystarczyłoby, że byłabym wściekłą Zoey.
 O wilku mowa! Dziewczyna siedziała na kolanach złotego Zeusa. Przyglądała się czemuś, co trzymała w ręce. Czyżby ona się nad czymś zastanawiała? W końcu podniosła głowę, kiedy zdała sobie sprawę, że nie jest już sama.
 - Jesteś jeszcze zła? - zapytałam.
 - Nie, już nie... - delikatnie się uśmiechnęła. - Oddałam ci i jesteśmy kwita... Widzę, że już z nosem jest ok.
 - Powiedzmy, że tak... - odruchowo dotknęłam swojego nosa, który został uleczony przez Dylana. - Wiesz, że przypomniałam sobie o tym, że ty dzisiaj kończysz dwadzieścia lat...
 - Niezły czas na urodziny, nie? - prychnęła.
 - Niestety... Muszę stwierdzić, że w końcu ktoś ma gorsze urodziny niż moje 17-ste. Od tamtej pory nawet ich nie obchodzę. - Zo podniosła w zdziwieniu brwi i zleciała na dół, żeby do mnie podejść. - A więc Zo, wszystkiego najlepszego.
 - Taa... Dzięki - uśmiechnęła się.
 - Nie wiedziałam, co mogę ci wręczyć, bo w wymyślaniu prezentów zawsze byłam kiepska... Proponowałam, żeby dać ci dożywotni karnet do dionizyjskiej spiżarni, ale w tamtym momencie usłyszałam jak moi bracia po raz pierwszy byli zgodni...
 - Zgodzili się? - zrobiła wielkie oczy.
 - Dziewczyno, upadłaś na głowę? - uśmiechnęłam się. - Oni byliby w stanie zamordować za tą spiżarnię, dlatego musiałam się zwrócić z prośbą do ojca i ta-dam!
 Podałam dziewczynie bardzo małą buteleczkę z winem. Dziewczyna widząc jej rozmiary aż się skrzywiła. No tak, jej to zawsze mało.
 - Nie patrz tak na to... Ona wiecznie będzie pełna - w tym momencie jej oczy się zaświeciły. - No może nie wiecznie, bo zabraknie wina w momencie, kiedy będziesz miała dosyć... Czyli nici z upijania się.
 - Szkoda - mruknęła, ale zaraz się uśmiechnęła. - W każdym razie ci dziękuję za to i za pamięć.
 - Ach, nie ma za co - przytuliłam dziewczynę. - Ee.. nie powiedziałam ci jeszcze, że jeśli chodzi o wino, to zależy od twojej potrzeby. Jak będziesz chciała spróbować toskańskiego, to je dostaniesz, a jak najdzie cię na francuskie, to i takie dostaniesz.
 - Eee... Już mi się podoba!

Miesiąc później...

 Złapałam garść ciasteczek i usiadłam przy moim stoliku na jadalni. Dylan razem z Klarą grali w warcaby i nie zwracali uwagę na to, że przy stole reszta je. Spojrzałam na Chrisa, który wciągnął się w czytanie artykułu, który przyniosła mu Rikki, że zastygł z łyżką zupy w połowie drogi do ust. Uśmiechnęłam się na ten widok, bo przez głowę przeszło mi tylko to, żeby go wystraszyć... Ale pozostawię to raczej Zo, która idzie do stolika z połową jedzenia z obozu.
 Już minął miesiąc od najgorszego, co ten obóz spotkało. Wiele osób już wróciło do zdrowia, tylko kilkoro jeszcze leży w szpitalu. Najważniejsze, że już pogodzili się ze śmiercią swoich bliskich i skończono z żałobą. Jestem pewna, iż leży jeszcze tamta bitwa wszystkim na sercach, ale lepiej jest, kiedy tego się nie przypomina. Staramy się nie żyć przeszłością, tylko teraźniejszością... i po części przyszłością.
 Od miesiąca Dylan ma tą samą przepowiednię... "Osiem ostrzy wykutych zostało w czeluściach czarnego wulkanu". Razem z resztą zastanawiamy się o jaki wulkan chodzi. Może to jest klucz do następnej przepowiedni... Ale póki, co musimy czekać.
 - Cześć wam! - Zo rzuciła tacę na stół i spojrzała krzywo na Chrisa. Po chwili ruszyła ramionami i klepnęła jego dłoń, powodując, że zupa z łyżki wylądowała na jego bluzce. - Nie ma za co.
 - Zatłukę cię - mruknął. - No ej, to była moja ulubiona bluzka... Teraz nie spierze się...
 - Eee tam, nic nie widać - Zo sięgnęła po serwetkę i starała się wytrzeć plamę, ale jeszcze bardziej ją roztarła. - Ups.
 Chłopak przewrócił oczami i wstał od stolika, przy okazji trzepiąc gazetą Zoey w głowę. Ta tylko skrzywiła nos i zabrała się za jedzenie. Zauważyłam na jej ramieniu delikatną szramę, co znaczy, że była na treningu... razem z Rikki. One są w stanie się pozabijać tam, kiedy nikt nie patrzy... Ale cóż, obie są na tyle silne, że tylko ćwicząc razem mogą się rozwijać. Ja postanowiłam jak na razie zrezygnować z lekcji walki mieczem, a zająć się łucznictwem. To mi pomoże trzymać wrogów na odległość, powodując, że spokojnie będę mogła korzystać z magii winorośli.
 - Tak w ogóle, czy ktoś widział dzisiaj bliźniaków? - zapytała się Klara.
 - Z pewnością znowu budują jakąś bombę zagłady.. buahahaha - odpowiedziała żywo Zoey odrywając się od kurczaka. - Hmm... A dlaczego pytasz?
 - Ach, Kasmir miał mi w czymś pomóc... - dziewczyna ruszyła ramionami i wróciła do gry z Dylanem.
 Kątem oka zobaczyłam uśmieszek na twarzy Zo. Dziewczyna odkąd dowiedziała się, że jest jedną z ósemki dała sobie na cel, żeby przed misją zrobić coś dobrego. Tak, ona i coś dobrego... I na to wyznaczyła sobie, że spróbuje wyswatać tą dwójkę. Oczywiście, próbuję jej to wyperswadować, ponieważ nie chcę, żeby wchodziła z buciorami między Klarę a Dylana, ale na nic z tym. Zoey jest uparta jak osioł i uważa, że oni do siebie nie pasują. Z tą dziewczyną naprawdę jest coś nie tak.
 - Cześć wam - między nami "teleportował" się Shedow. I pierwsze, co musiał zrobić to sięgnąć po frytkę z tacy blondynki, ale wystarczyło, że syknęła i chłopak zabrał rękę. - No weź, jestem głodny.
 - To sobie weź tacę i nabierz swojego jedzenia.
 Spojrzałam na Chestera, który od jakiegoś czasu przyglądał się tacy Zo. Wykorzystał moment i sięgnął ręką po kawałek kurczaka, ale tym razem zamiast klapsa, w stole pojawił się nóż. Wszyscy przerwali swoje zajęcia i spojrzeli na zirytowaną Zo. Oczywiście, wszyscy ciekawi są, co zaraz zrobi dziewczyna. Chester przez chwilę patrzył to na kurczaka, to na nóż, nie wiedząc, czy kontynuować swoje "polowanie", czy raczej odpuścić.
 - Wara od mojego jedzenia - warknęła. - Ja tutaj mam wyliczone kalorie.
 Chcąc, nie chcąc prychnęłam, powodując, że Zo popatrzyła na mnie złowrogo. Poczułam, że to najlepszy pomysł, żeby stąd odejść. Poklepałam Shedowa po plecach i odeszłam od stolika. Wciąż w dłoni miałam parę ciastek. Zostawię je dla Marilyn. Ona wciąż leży w szpitalu, niestety nie wybudziła się od pogrzebu. Wydawało się, że nic złego się jej nie stało, ale pomyliliśmy się. Jej psychika była w kiepskim stanie, co spowodowało załamanie nerwowe, które doprowadziło do śpiączki. Codziennie ktoś ją odwiedza i stara się z nią rozmawiać. Najczęściej jest to Dylan, który miał do niej wielki sentyment.
 Weszłam na salę, gdzie na szczęście połowa łóżek już była wolna. Podeszłam do ostatniego, gdzie leżała mała blondyneczka. Uśmiechnęłam się na jej widok i usiadłam na skraju jej łóżka, dotykając czułka.
 - Cześć Mała - szepnęłam. - Przyniosłam ci trochę ciastek, bo coś czuje, że jak się wybudzisz to zgłodniejesz... a jak wiesz, te ciastka się nie psują i zawsze są tak samo pyszne.
 Spojrzałam na stolik, gdzie stały żółte żonkile. Takie przynosi tylko Honey, która za niedługo będzie miała rozwiązanie. Chyba to jest najwspanialsza informacja w obozie jak na dzień dzisiejszy.
 Podniosłam wzrok i zobaczyłam naszego tutejszego lekarza - Antony'ego. Uśmiechnęłam się do niego i przeniosłam na krzesło obok dziewczynki, pozwalając, żeby on ją zbadał.
 - Dawno tutaj cię nie widziałem - odezwał się Leons. - Mogę wiedzieć, co się z tobą działo przez ten czas?
 - Wolałam unikać tego miejsca - powiedziałam. - Wydaje się to samolubne i w ogóle, tym bardziej, że wy potrzebowaliście tutaj pomocy, a ja nie straciłam nikogo bliskiego... Lecz to miejsce mi przypomina o najgorszym, co mnie w życiu spotkało... O wypadku mojej matki. Leżała w szpitalu bez szans na przeżycie, a ja musiałam patrzeć na jej śmierć.
 - Nie wiedziałem... - Antony usiadł w miejscu, gdzie ja siedziałam nim on przyszedł. - Ale wiedz, że nie znam tutaj osoby, która nie straciła nikogo bliskiego. Dla każdego trudne jest tutaj po tym wszystkim przyjść... Jednak w końcu się odważyłaś.
 - Tak - uśmiechnęłam się. - W końcu już minęło mnóstwo czasu. Co z dziewczynką?
 - Wciąż mam wrażenie, że na kogoś czeka... Dlatego jeszcze się nie wybudziła.
 Spojrzałam na chłopaka, a ten tylko delikatnie się do mnie uśmiechnął. Czy znaczy, że ona czekała na mnie? Dlaczego? Przecież nie byłam nikim wielkim w jej życiu. W tym momencie przed oczami stanął mi obraz, kiedy pierwszy raz ją zobaczyłam. Było to podczas rozgrzewki przed turniejem, przyszła do mnie razem z Zo. 
 - Kogo my tu mamy! – krzyknęłam.
 - No siema! – uśmiechnęła się Zo. – Poznaj Mel, Mel poznaj Han.
 - To jest Hanna Toscano? – zaczęła piszczeć, na co dobrze pamiętam, że zmarszczyłam brwi.
 - No chyba tak…
 - A dasz mi autograf?! Pliss….
 - Jeśli można spytać, dlaczego chcesz mój autograf? Przecież nie jestem jakąś gwiazdą… - prychnęłam.
 - Jak nie! Przecież ty się biłaś no z tymi złymi i w ogóle. No i jeszcze umiesz strzelać winogronami!
 Uśmiechnęłam się na wspomnienie tamtego dnia. Tak, potrafię "strzelać winogronami".
 - Mel.. - odezwałam się, kiedy chłopak odszedł. - Przepraszam, że dopiero dzisiaj cię odwiedziłam. Powinnam była robić, to częściej. Z pewnością chcesz wiedzieć jak się czuję... Powiem ci, że lepiej. W końcu pozwoliłam, żeby wszystko, co mnie do tej pory dręczyło wyszło na światło dzienne. Teraz jestem szczęśliwa, że osoby, na których mi zależy są całe... Brakuje mi tylko ciebie. Chciałabym, żebyś w końcu się obudziła... Bo boję się, że może nadejść dzień, kiedy będę musiała odejść, ale nie zdążę ciebie pożegnać... Już raz zrobiłam osobie, którą kocham i nie potrafię sobie tego wybaczyć.
 - O mnie się nie musisz martwić - szepnęła i otworzyła swoje śliczne oczka. - Nie pozwolę ci odejść bez pożegnania.
 Uśmiechnęłam się i przytuliłam do siebie dziewczynkę. Od tak dawna nie czułam się tak szczęśliwa jak w tej chwili. Teraz może się dziać, co ma się dziać.

środa, 11 września 2013

Rozdział czterdziesty drugi cz. 2

         W moim udzie sterczała złamana strzała, a moje włosy zostały brutalnie obcięte, gdy unikałam przed miecza Hope. Teraz na głowie miałam bezkształtną mase, sterczących strąków oblepionych krwią. Przygryzałam wargę za każdym razem gdy musiałam pokonać jednego z zombie, które mialy twarze moich przyjaciół. Najgorsze było to, że nawet gdy odcięłam komuś kończynę to i tak dalej walczył. Dwa razy musiałam zwymiotować, przez ten masakryczny widok. Chłopaki nie byli lepsi. Shedow był zielony, a Chester próbowałam się nie rozpłakać, reszta, która przybyła niedługo po mnie, tez nie wyglądali lepiej. Dylanowi trzęsły się tak ręce, że ledwo trafiał w przeciwników, Klara była rozproszona i zadawała ślepe trafienia, Hanna chodziła chwiejnie, ale walczyła najlepiej z nas wszystkich, Chris miał mine jakby zaraz się miał rozpłakać i dosłownie nie wiedział co ma robić, walczyć, uciec, czy stać w miejscu i nie przeszkadzać. Z facetów najlepiej szło Gregorowi... ten był tak wściekły, że wymachiwał swoimi toporami wszędzie, nie zważając na ludzi... Oczywiście Rikki trzymała się na uboczu i tylko przy zagrożeniu zabijała potwory. Nie rzucała się do walki, nikomu nie pomagała. Jedynie stała i machała mieczem kiedy jej sie chciało. Jak ja tej suki nie lubie! Lorenz i Kasmir leżeli nieprzytomni pod stopami bliźniaczki Hadesa, która przestała się nimi interesować, a zaczęła sterować swoimi marionetkami. 
Poczułam coś na plecach i zamachnęłam się instynktownie. Mój miecz zdeżył się ze sztyletem Shedowa, tuż przed jego twarzą.
 - A to ty. - powiedziałam - już drugi raz prawie cie zabiłam.- mruknęłam i obróciłam miecz w nadgarstku i przedziurawiłam bezgłową Carry, która stała za mną. Upadła na ziemie i zaczęła się wić. Z oczu poleciały mi łzy. - Nie powinna zostac tak  zbeszczeszczona. - otarłam je wierzchem dłoni.
 - Masz racje. To nieludzkie. - spojrzał na mnie swoimi niezwykłymi oczami. - Nigdy nie pozwole, alby ludzie takiego pokroju, rządzili światem. - Powiedział to i zniknął, zostawiając mnie zaskoczoną.
Otrząsnęłam się i   popędziłam do Chcestera, kóry był otoczony większa grupką rodzeństwa. Wystrzeliłam w ich stronę kilka błyskawic, a ciała padły na ziemie bez ruchu.
Oboje popatrzyliśmy na to zdziwieni.
 - Jak ty... - zaczął.
 - To długa historia! - odkrzyknęłam. Nie chciałam teraz opowiadać o treningu, który przebyłam z Zeusem, w świątyni czasu. Na samą myśl ciarki przechodziły mi po plecach.


         Rozpaliłam ogień w hotelowym kominku i zaczęłam do niego wrzucać oscypki. Miałam na sobie ciemny pancerz i wiele broni Shedowa, które znalazłam w torbach pod łóżkiem.  Shedow wścieknie  się kiedy się dowie, że grzebałam w jego rzeczach, najpewniej mnie udusi, a dopiero potem zapyta po co mi były jego rzeczy. Ma jakiś kompleks związany z prywatnością, a ja wole nie wdrążać tematu i dać mu spokój. Za każdym ruchem słyszałam odgłos tłumionego metalu w pochwach, które strasznie krępowały mnie... Można było powiedzieć, że mam zbroje z mieczy i przeróżnych długości ostrych noży. No Ale w końcu ide uratować obóz, więc trzeba się uzbroić. Wrzuciłam do ognia kolejny serek, który zaczął skwierczeć, a po pokoju poniósł się zapach palonej soli. 
No kiedy w końcu przyjdzie ten stary dziad? - pomyślałam.
Płomienie wystrzeliły, a ja zakryłam z przerażeniem oczy. Gdy je otworzyłam Zeus pochylał się nad kominkiem i próbował uratować spalone serki, a klął pod nosem równo.
Otrzepałam z siebie pył i wstałam rzucając na ziemie reszte oscypków w papierowej torbie.
 - Masz. - kopnęłam je w jego stronę - A teraz zabierz mnie do Obozu.
Ojciec zaklął.
 - Jak oscypki ci nie smakują trzeba było mi je dać. - puścił moją wypowiedź mimo uszy - Po co od razu marnować?! - mamrotał.    
Przewróciłam oczami.
 - Jestes najpotężniejszy z bogów. Możesz sobie wyczarować górę z oscypków... A teraz weź mnie do obozu! Tam giną ludzie! - prawie wykrzyknęłam.
Wziął oscypki z ziemi i pstryknął palcami.
 Powietrze zafalowało i zamiast przytulnego pokoju hotelowego pojawiły się surowe białe ściany i rzeźby przedstawiające bogów i herosów. Mimowolnie otworzyłam usta we zdziwieniu.
 - Ale tu pięknie... - powiedział wychylając się przez wyrwe w budowli.
          Wokół nas rozciągało się błękitne niebo. Wyciągnęłam dłoń w stronę kłębka chmury, który właśnie przedryfował sobie obok mnie i pomacałam ją palcami. Poczułam smieszne zimno i mrowienie na koniuszkach palców. Na niebie pojawiły się różne latające zwierzęta, których nigdy wcześniej nie widziałam, a które były za piękne, aby mi się kiedykolwiek przyśniły. Jedne wyglądały jak połączenie konia-lwa i orła, o przeróżnym umaszczeniu, inne zaś wyglądały jak małe leśne elfy z wielkimi zielonymi oczami, jak u muchy i  prawie nie widocznymi skrzydełkami, kóre skrzyły się w promieniach słonecznych. Przez niebo przemknął ognisty ptak, który pięknie zaśpiewał.
Poczułam się jak w raju. W powietrzu rozciągał się zapach pysznych potraw i kwiatów, wiatrł niósł odgłosy zabaw, rozmów i śmiechów. A atmosfera była niezwykle spokojna. Kilka latających wiewiórek, ze skrzydelkami motyli podfrunęło do mnie, a ja okręcilam się wokół siebie. Zwierządka zrobiły to samo, a ja zaśmiałam się.
 - Potraktuj to jak prezent urodzinowy. Nie każdy śmiertelnik morze wejść na Olimp.
Moje oczy rozszeżyły się na wzmiankę o Królestwie Bogów... no i na wzmiankę o moich urodzinach.
Wróciłam do siebie i przewrócenie oczami. 
 - No nie mów, że przejmujesz sie czymś takim jak urodziny córki. - warknęłam na niego - Jakoś przez prawie 15 lat ci to nie przeszkadzało. 
Wiele ludzi mówiło mi, że jestem Zołzą i Jędzą. Mieli racje.  
 - Bardzo przykro mi z tego powodu. Więc dostaniesz prezent, o którym nie śni żaden heros. - wydukał to nawet nie patrząc w moją stronę. 
Troche zaskoczyła mnie jego wypowiedź. Kilka razy zamrugałam i przypomniałąm sobie dlaczego tutaj jestem. 
 - Nie obchodzi mnie co mi dasz. Przenieś mnei do obozu Herosów! - wykrzyknęłam - Czy ciebie nie obchodzi to, że tam na dole giną ludzie, a walczą o Bogów, którzy wylegują się w łóżeczkach i nie mają ochoty ruszyć swojego boskiego zadka na pole bitwy i... 
Mój ojciec zmaterializował się przede mną. Patrzył na mnie zimnym wzrokiem. 
 - Czy myślisz, że jest nam łatwo? - warknął - do puki klontwa Nemezis nie zostanie zrzucona ani jeden bóg nie moze ruszyć się z olimpu. 
Zrobiłąm wielkie oczy. 
 - Nie miałam pojęcia...- wydukałam. 
 - I nikt na ziemi nie ma. Trzymamy to w sekrecie. - powiedział i odchrząknął. - Myślisz, że w obecnym stanie jestes zdolna powstrzymac bliźniaczych bogów? 
Wyprostowałam sie, gdyż poczułam się obrazona. 
 - Zrobie co moge aby ich powstrzymać. - powiedziałam twardo. 
Ojciec uśmiechnął sie.
 - Twoja koleżanka Rikki...
 - Nie jest moją koleżanką. - warknęłam, a Zeus uśmiechnął się. 
 - A więc twoja kuzynka, jest od ciebie co najmniej cztery razy potężniejsza - zanim zdążyłam otworzyć usta, mężczyzna ciągnął dalej - Pomimo twojego treningu... z Shedowem? Ach nie ważne jak mu tam było. Dużo razy byliście za blisko siebie i to mi się nie podobalo! - uniosłam brew. 
 - Akurat ty nie powinieneś wypowiadać się na temat związków. - odparłam zakładając ręce na piersi - To przez twój romans mamy teraz wojne. 
Szach i mat. 
Zeus spojrzał na mnie z szeroko otwartymi oczami. 
 - Kontynuując. Nawiązuję do tego, że jeśli chcesz pokonac bliźniaczych bogów musisz być ruwnie potężna jak Rikki, w której sercu zagościła nienawiśc tak potężna, że aż czerpie z niej siłe. - zrobił pauzę - I dlatego chce abyś poświęciła mi godzinę. 
Zmarszczyłam czoło. 
 - Godzine? Po co? 
Ojciec splutł palce. 
 - Chce dać ci tyle Boskiej Mocy ile twoje ciało wytrzyma. Do tego zabiorę cie do Świątyni Hypnosa, gdzie wejdziemy do Komnaty Czasu. Przez godzinę naucze cie jak posługiwać się Boską Mocą i walczyć razem z nią...


Potrząsnęłam głowa aby odsunąć od siebie wspomnienia.
          Popędziłam w stronę Klary, która nie radziła sobie z grupką własnego rodzeństwa, a Dylan bezinteresownie strzelał w powietrze. Zamachnęłam się mieczem, aby zrobić sobie przejście,w tym samym momencie zauważyłam jakiś ruch. Biegłam tak szybko, że nie umiałam się zatrzymać, ani zrobić uniku. Wiedziałam, że to mój koniec. Poczułam jak coś we mnie uderza z przeciwnej strony i zwala z nóg. Poczułam ostry ból na lewym policzku i uderzyłam całą sobą o ziemie. Zaparło mi oddech i pociemniało, gdy uderzyłam głową o twardy grunt.
 - Mały włos - powiedział męski głos tusz obok mojego ucha.
Zakaszlałam kilka razy łapiąc oddech.
Dosłownie bolało mnei wszystko.
Zaczęłam błądzić wzrokiem próbując rozpoznać intruza. W końcu przez mrok ukazały się księżycowe spodki.
 - To teraz zciągniesz koszulke aby zatamować krwawienie? - wymamrotałam.
Shedow zaśmiał się schodząc ze mnie.
 - Myśle, że to nie bd konieczne. - powiedział pociągając mnie w góre.
Mój świat zawirował, ale po chwili stałam juz na nogach.
 - Masz. - wepchnął mi do rąk jakąś tupkę.
Przytknęłam ją do ust, a na języku poczułam słodki smak Boskiego nektaru - ambrozji. Zaczęłam pic łapczywie nektar i nagle sił mi przybyło.
 - Uważajcie! - usłyszałam męski krzyk.
        Oboje rozejrzeliśmy się za zagrożeniem.. które zauważyliśmy za późno. Włócznia wysłana prze Hope leciała w naszą stronę, a my nie mieliśmy szans się wycofać. Shed popchnął mnie do tyłu, a sam stanął na drodze ostrza. Z mojej piersi wydał się krzyk, gdy włócznia wbiła się w ciało, które akurat stanęło jej na drodze. Zrobiłam wielkie oczy widząc jak włócznia przelatuje z drugiej strony ciemnowłosego herosa!
Z mojej piersi wydał się krzyk:
 - ZAYN!
Obrócił twarz w moją stronę, a z jego ust trysnęła krew, po chwili znalazł się na ziemi.
Usłyszałam śmiech bogini i odwróciłam się do niej. Na mojej twarzy malowała się czysta wściekłość.
 - Hahaha! - śmiał się - Jednego mniej! Teraz widzicie jak wasze marne życie jest wam odbierane za...
 - Nie masz prawa mówić o naszym życiu! - zmaterializowałam się obok niej z prędkością błyskawicy. Bogini spojrzała na mnie z przerażeniem. Czułam jak Boska Moc zupełnie się ze mnie wylewa. Czułam każdą wiązkę elektryczną, która pokazywała się na moim ciele. - Atak Boga Piorunów: Żółty Błysk. - wypowiedziałam te słowa i przeorałam twarz Hope paznokciami, na końcu uformowałam kule błyskawic, która wybuchnęła prosto w jej twarz. 
Bliźniaczy bóg, odleciał do tyłu i wylądował na twardej ziemi. Jej siostra krzyknęła z przerażeniem i rzuciła się na pomoc.  JA natomiast znów przemieściłam się z szybkością blyskawicy i chwyciłam  dłoń bladego Zayna. Wokół niego uformował się krąg i moi przyjaciele walczyli dla bezpieczeństwa mojego brata... nawet Rikki ruszyła swoje dupsko. Dylan pochylał się nad ledwo żyjącym Zayn'em.  

***

       Hanna wyczarowała dla nas namiot z winorośli, który oddzielał nas od pola bitwy. Dylan krzontał się wokół Zeyna i z mocom Appolina, uświłował go wyleczyć.
Ja ściskałam dłoń brata i płakałam. 
 - Zayn prosze nie umieraj...- błagałam - Honey mnie zabije... - pociągnęłam nosem - Musisz żyć dla swojego dziecka! Przecez za niedługo zostaniesz tatusiem! Nie mozesz go zostawić w tym okrutnym świecie! Zayn prosze nie umieraj! 
Dylan przestał mamrotać jakies zaklęcie i spojrzał w moją stronę. 
 - Zo, on nie umiera. - powiedział spokojnie - Chwilowo próbuje zasklepić rany, aby mógł wrócić na pole bitwy. 
Spojrzałam na niego jak na kretyna. 
 - Wiem... chciałam troche po dramatyzować. - mruknęłam i odsunęłam się od brata. 
Ten był troche zielony, ale przytomny, a to najważniejsze. 
 - Dlaczego mnei zasloniłes? - zapytałam. 
Ten westchnął. 
 - Ty naprawde niczego nie dostrzegasz? - spytał i prejechał dłonią po twarzy - po tym jak ojciec pobłogosławił Cie Boska Mocą zrozumiałem wszystko. - przekrzywiłam głowe nic nie rozumiejąc - To o tobie mówi przepowiednia. Jestes jedną z ósemki! 
Spojrzłam na niego zaskoczona, a kawałki układanki właśnie zaczeły zlepiac się w całość. 
Gwałtownie wstałam i zaczełam nerwowa przechadzać się po "namiocie". 
 -Nie, nie, nie... To nie możliwe... - wyjąkałam. 
 - To jest możliwe - mruknął Dylan. Na jego twarzy ukazały się kropelki potu - To by wyjaśniało to, że stałaś się w większości Bogiem, a z człowieka została ci cząstka.
Spojrzłąm na niego wilkiem. 
 - Nie pomagasz... - mruknęłam - Ale ja nie moge! Przeciez jestem nieodpowiedzialna... głupia... narwana... Ja się do tego nie nadaje! - jęknęłam - odpowiedzialność za świat nie może spaćść na mnie....- jęczałam.
         Nie mogłam się z tym pogodzić. Na pewno to jakaś pomyłka... Los świata nie może stać na moich barkach... przecież jestem jaka jestem i ja się do tego nie nadaje! Jakiś palant musiał mnie wybrać! Ugh!
Usłyszałam westchnięcie.
 - Nie dramatyzuj. Poradzisz sobie! - Zayn próbował mnie pocieszyć - Wieże w ciebie. - powiedział łagodnie głaszcząc po policzku - A na szczęście mamy już całą ósemkę.
 - COOO?! - wykrzyknęliśmy wraz z Dylanem.
Zayn uśmiechnął się słabo:
 - Pierwszym jest Shedow - to było jasne na początku, drugą jest Hanna... jedyna córka Dionizosa, Kolejną osobą jest Klara - przypuszczałem to od jej porwania, kolejną osobą jesteś ty Dylan - najzdolniejsze dziecko Apollina, o Chesterze powiedziała na rozpoczęciu bitwy Avri, teraz ty dostałaś Boską Moc, a Christopher i Gregory... cóż najwybitniejsi to oni nie są ale zawsze kręcili się wokół was więc stało się jasne, że są jednymi z przepowiedni.  
Rozdziawiłam usta, a Dylan uderzył się ręką w czoło:
 - Że też wcześniej na to nie wpadłem! - znów się uderzył.
 - No właśnie - parsknęłam - ty tu jesteś od myślenia... No i twoja dziunia też.
Chłopak zmroził mnie spojrzeniem.
        Wyszczerzyłam się do niego, a on w powietrzu robił takie ruchy jakby próbował mnie udusić. Pokazałam mu język i zachichotałam. Przypomniały mi się stare dobre czasy, gdy siedzieliśmy na przedmieściach Londynu i gadaliśmy godzinami patrząc na ZWYKŁYCH ludzi śpieszących się do pracy... To były czasy...
 - Zo - z zamyślenia wyrwał mnie głos brata - Musisz iść zakończyć tą bitwe. - uśmiech zrzedł mi z twarzy - A ja chyba mam pomysł.

***

 - Zakończmy te przedstawienie! - powiedziała Hanna, gdy zajęliśmy pozycje.
Usłyszałam jak Chris przęłyka ślinkę.
 - Jesteście pewni, że to sie uda? - zapytał.
 - Raz się żyje. - odparł mu na to Chester.
Shedow zmaterializował się pomiędzy mną i Rikki i położył nam ręce na ramionach. Przygryzłam wargę.
 - Do dzieła. - gdy skończył wypowiedź poczułam szarpnięcie i po chwili znalazłam się w innym miejscu... Ale tym razem bez mdłości.
Uśmiechnęłąłam się zadowolona patrząc na zielon córke Posejdona, która z ledwością powstrzymuje pawia.
 - Coraz bardziej lubię tą Boską Moc. - zacisnęłam zadowolona pięści.
Rikki prychnęła.
 - Ruszmy się. Zaraz zaczną - obróciła się do nas tyłem i wygięła dziwnie palce.
         Jezioro pod nami zadrgało. Poczułam napięcie, które towarzyszyło każdemu powiewowi. Nagle woda zaczełą się ruszać. Drgnęłam niespokojnie. Mam w genach to, że nie lubie znajdować się blisko wody... to nie bezpieczne dla dziecka Zeusa... Poczułam muśnięcie na mojej dłoni i spojrzałam w tamtym kierunku. To syn Nyks próbował dać mi otuchy. Uśmiechnęłam się do niego delikatnie, a on odwzajemnił uśmiech. Zrobiło mis ię ciepło na serduszku. Splotłam z jego dłonią palce, a on nie protestował. Ścisnął moją dłoń dodając tym pewności siebie.
położyłam mu glowe na ramieniu i tak zostaliśmy aż Brigden nie skończyła kombinowac z wodą.
 - Jestem gotowa. - powiedziała.
Niechętnie odsunęłam się od chłopaka.
 - Bd musiała sobie wyparzyć rękę. - odparłam chwytając dłoń kuzynki. Obie skrzywiłyśmy się z niechęcią.
 - Skończmy to. - warknęła do mnie.
 - Po co tyle gadasz? - odwarknęłam.
Scisnęłyśmy się za ręce i skupiłyśmy.
         Powietrze wokół nas zaczęło wirować podrywając nasze włosy w dziki taniec. Skupiłam się na swojej mocy i kumulowaniu jej w chmurach. poczułam wiązki przechodzące pomoim ciele. Moje włosy uniosły się i przekształciły w las błyskawic. Probowałam osiągnąć apogeum swojej mocy, aby załatwić wojsko Hope i Avrii za jednym zamachem. Usłyszałam delikatny spiew piorunów i otworzyłam oczy. Czułam jak mnie wzywają. Spojrąłam w niebo, a nad nami utworzyła sie największe skupisko piorónów jakie świat kiedykolwiek widział. Dośc trudno było utrzymać grzmoty zdala od bliskich i potrzebowałam podwójnego skupienia.
         Natomiast Rikki zaczeła ciężej oddychać, a na jej twarzy pojawiły sie kropelki potu. W sumie nie dziwie się jakbym była pół człowiekiem - mół bogiem to zapewne wyglądała bym jeszcze gorzej, ale ze jestem w większości bogiem, aby panować nad niebem potrzebowałam tylko wielkiego skupienia...
         Jezioro pod nami zafalowało i dosłownie powoli zaczęło "wychodzić" z miejsca. Wodne macki wędrowały do każdego potworą oplatając go. Widziałam prace dzieci Hermesa nad ewakułacją reszty armii, dzieci Dionizosa zaczeły stawiac wielki mur z winorośli oddzielający reszte armi wroga. Im bardziej poziom wody w jeziorze zanikał tym więcej nieprzyjaciół zostało otoczone przez wode. Rikki ścisnęła mnie za dłoń dając do zrozumienia, że kończy. Po jej dotyku czułam, że robi się zimniejsza... Mam nadzieje, że nie straci koncentracji bo inaczej wszystko weźmie w łeb.
Znów zamknęłam oczy i sięgnęłam umysłem w stronę chmur gdzie wszystko było gotowe. Zgromadziłam więcej piorunów. Wiedzialam, że było mnie na to stać... aby uratowac moją rodzinę mogłam zrobić wszystko. Więc skupiłam się potrójnie i wezwałam najpotężniejsza burze, którą była tylko godna Boga Gromów.
 - TERAZ! - krzyknęłayśmy obydwie.
Całą moją moc skumulowałam na punkcie gdzie Gregory miał wbić miecz w ziemie, który miał posłużyć za przewodnik prądu. poszukałam go świadomością i na niego skierowałam cały atak. Był otoczony wodą więc bd jeszcze lepiej przewodzić prąd.
Zostaliśmy oślepieni, a zaraz po tym rozlepkł się huk rozrywający bębenki.
Nagle nastała cisza.
Poczułam jak Rikki wyślizguje mi się z dłoni i leci w stronę jeziora, które niebezpiecznie szybko zacżeło się napełniać. Na cale szczęści Shedow złapał ją i wziął w ramiona. oczułam ukłucie zazdrości. Chłopak zniknął z dziewczyną, następnie pojawili się na brzegu. ona była nie przytomna. Widząc o sama poczułam zmęczenie. Nogi mi zadygotały i dopiero teraz poczułam jak moje ciało jest cięzkie. Osunęłam się na kolana, dysząc ciężko. Przefrasowałam się i to porządnie. Poczułam jak lece do przodu. Ale ramie jasno okiego mnie przytrzymało. opadłam w jego ramiona opierając głowę, na jego piersi.
 - Udało się? - spytałam lekko przymykajac oczy.
 - Nie słyszysz tych okrzyków? - spytał z nutą radości w głlosie.
RZeczywiście dopiero teraz dochodziły do mnie radosne okrzyki herosów.
 - Wygraliśmy. - wyszeptałam, oddychając z ulgą.
Chłopak uniusl delikatnie mój podbródek.
 - Dałaś z siebei wszystko. Jako twój trener: JESTEM Z CIEBIE DUMNY. - powiedział to mocniej mnie przyciskając.
Uśmiechnęłam się zadowolona.
Zaśmiałam się.
 - Zniszczyłeś tak romantyczną scene słowem: TRENER. - odparłam spoglądając mu w oczy.
Jego końcik ust uniósł się.
 - Jak to moge naprawić? - zapytał szarmancko podnosząc mnie na nogi. Jedną ręką dalej trzymał mój podbrudek, a drugą dociskał moje dłonie do piersi.
Zachichotałam.
 - Na przykład tak - uniosłam się na palcach, aby dosięgnąć do jego ust, na których złożyłam pocałunek.



O mamusiu.... Troche tego jest.
Poplątanie z zaplątaniem, ale chyba jestescie zadowolone z zakończenia? Hihi:D
Jeśli macie jakies pomysły odnośni fabuły to piszcie w komentarzach xD ^^
Bujka ;P 

poniedziałek, 2 września 2013

Rozdział czterdziesty drugi cz. 1

         Kątem oka zauważyłam przedzierającego sie przez tłum Zayna... Jeszcze tego mi brakuje. Przed minutą pozbyłam sie plecaka o imieniu Mel, która uczepiła się mnie jak koala i nie chciała puścić. Dopiero jeden z dzieci Hermesa siłą wyprowadził ją z pola walki, czym przyczynił sie do moich swobodnych ruchów i za to bardzo mu dziękowałam. Zamachnęłam się mieczem i dźgnęłam cztero metrowego, grubego i cuchnącego  cyklopa w brzuch. Ten zawył i osunął się na ziemie nieżywy. Zauważyłam, że kilka chodzących kości się do mnei zbliża i okrążyły  kółeczkiem, zagradzając droge ucieczki. Oceniłam sytuacje, na marną. Zakręciłam mieczem młynek wokół głowy i cisnęłam klingą w kościotrupy. Po chwili usłyszałam odgłos spadających kości i po szkieletach zostały tylko małe kupki. Rozprostowałam ramiona w chwili spokoju, która nie trwała za długo. Jeden z największych cyklopów jakiego kiedykolwiek widziałam, kierował sie wprost na mnie, przedzierając się przez tłum jak terminator. Wymachiwał swoją maczugą we wszystkie strony, nie zważając, że również turbuje swoją armie. No ale cóż. Cyklopi słyną z małego rozumku.
         Dobyłam kolejny miecz z pochwy na plecach i przygotowałam się do powstrzymania stwora. Słyszałam krzyki ludzi i potworów, kótrzy ginęli za chory wymysł jakiejś bogini. Ścisnęłam mocniej miecze. Tą bitwe chciałabym jak najszybciej zakończyc. Wielkolud stanał przede mną i zamachnął się maczugą. Ugięłam nogi, tak jak uczył mnie Shedow i czekałam kiedy mam zrobić unik. Przez ten momęt jakoś wszystkie odgłosy ucichły. Słyszałam swój przyśpieszony oddech i bicie serca. Czy tak właśnie czuje się człowiek przed śmiercią? tylko, że mi życie przed oczami nie przeleciało.
Cyklop zaczał opuszczać broń. Czekałam. Usłyszałam krzyk za sobą, ale nie zwróciłam na niego uwagi. Wyczułam momęt uderzenia i odskoczyłam. Maczuga wbiła się do jałowej ziemi, pozostawiając pęknięcia i wielką dziure. Podpierając się rękami zrobiłam zwrot i wskoczyłam na broń. Nawet ja się nie spodziewałam takiego zachowania. Wbiegłam na ramie potwora, a gdy odchylił głowe, aby spojrzeć co mu na niej siedzi, wbiłam mu miesz w oko. Cyklop zachwiał się i runął do przodu. Widziałam fontanne krwi, kóra opryskała ludzi wokół i prawie nie zwróciłam śniadania... Nie nawidze przemocy gdyż, wychowywałam się w patologicznej rodzinie... a tu sama szeże przemoc, a na dodatek zabijam... Bo jakie te potwory miały wpływ na to, że gdy sie urodza bd siedzieć w złym ciele... świat jest okrutny,... i nikiedy zastanawiam się czy dobrze jest za niego walczyć. Bo od pewnego czasu gnębią mnie wątpliwości. Ześlizgnęłam się z trupa i prawie zwymiotowałam śniadania.
Poczułam jak ktoś chwyta mnie za ręce i zaczyna odciąggać od truchla.
Spojrzałam na dwie wysokie postacie odziane w zbroje.
 - No spójrz Kasmir, kto postanowil nas odwiedzić.
Zauwarzyłam błysk białych zębów pod hełmem.
 - Musiała sobie uświadomić, że nie przeżyje bez naszej inteligencji.
Wybuchnęłam śmiechem.
 - Wy inteligenty! - zwróciłam się do blixniaków rozbawiona ich bliskością.
 - Hymn? - odpowiedzieli równoczesnie.
Uśmiechnęłam się.
 - Cholernie się za wami stęskniłam.
Spojrzeli po sobie, a później z przerażeniem na mnie.
 - Kim jestes i co zrobiłas z nasza krową? - zapytał KAsmir.
Spojrząłma na nich zabujczym wzrokiem.
 - Zaraz ci wsadze kij do dupy, jak nie przestaniesz. - warknęłam wściekła. Ogólnie nie przejmowałam się jak ktoś mnie bluzgał... ale usłyszec to z ust palantów mojego pokroju było irytujące.
 - Nie, jednak to Zo. - odparł Lorenz.
Brat pokiwał ochoczo głową. Poczułam jak moje nogi zaczepiło se o coś. A tym "czymś" okazało się ciało jednego z herosów. Zamknęłam gwałtownie oczy i przygryzłam wargę. Ciągle miałąm nadzieje, że to sie  nie dzieje.
 - ale jest jakaś inna. - pokiwał głową Kasmir - Gdy przepołowiła gorgone, wyglądała, jakby zaraz miałą wszystkich zarżnąć... nie sądziłem, że bd musiali zbierać ją z ziemi gdy uwidzi za duzo krwi.
 - Nadal tu jestem więc bądźcie tak mili i nie obgadujcie mnie.
Drugi z braci spojrzał na mnie z dezaprobatą.
 - Dzieci milczą gdy dorośli rozmawiają.
Spojrzałam na niego. Gdyby mój wzrok, mógł zabić już dawno lezałby martwy.
 - Chcesz w twarz? - spytałam.
 - Już się zamykam. - odparł kuląc ramiona.
Westchnęłam. Spojrzałam na niebo. Widziałam lśniące skrzydła pegazów, kóre umykały przed pazurami harpi. Widziałam jak bezwładne ciała spadają i zgniatają wiele ludzi... Widziałam cierpienie biednych zwierząt i mialam ochotę pozabijać wszystkie okropne stwory, kór epóbuja zabić moją rodzine... 
Chłopaki gadali w najlepsze natomiast do nas zbiżalo się coś wielkiego ale nie umiałam ogarnąc co dokładnie.
 - Inteligenty! w nasza stronę leci coś wielkiego. Może łaskawie się tym zajmiecie albo mnie puścicie? Bo nadal nie wiem po jakiego kja chcecie mnie stad wywlec.
Spojrzali na mnie z przerażeniem i puścili tak raptownie jak chwycili.
Spadając obiłam sobie pośladki. Jękęłam z obużeniem i wstałam. Nim zrobiłam cokolwiek zrobić krztałt na niebie zrobił się wyraźniejszy i rozpoznałam wnim harybse...
 - Cholera.- zaklęłam. 
Sięgnęłam do pochwy i zaczęłam macać powietrze.
Moje miecze mieli bliźnaicy, kórzy nagle rozpłynęli się w powietrze.
Westchnęąłm zmęczona i otworzyłam tarcze, kóra wystrzeliła. Potwor udezył we mnie całą masą, a mnei zcięło  z nóg. Miałam wrażenie, że ramie wypadło mi ze stawu.Przturlałam się po podłodze i schowałam tarcze. chwyciłam się za coraz wieksze ramie i zaklęłam na czym świat stoi. Potwór przeturlała się 20m  dalej i skosił potwory ze swojego wojsca. Rozejrzałam się i zobaczyłam, że bliźniacy leżeli na ziemi i udawali trupy... Najliżej leżał Lorenz i podeszłam do niego.
 - Walnij mnie w ramię. - mruknęłam podstawiając mu wybite ramie. - wal z całej siły.
Chłopak spojrzal na mnie  z przerażeniem.
 - Nie ma mowy. Po tym wyślesz mnie do trumny. Ani mi się śni. - założył ręce na klatke piersiową.
 - Dobra. - wypaliłam - to ja poszukam jakiegoś Apolla, lub Asklepiosa... a wy zajmijcie się harybsą.
Powiedziałam to i odwróciłam się na pięcie.
            Poczułma ból i krzyknęłam. Zacisnęłam pięści gdy chciałam przywalic osobie, która to zrobiła, ale szybko je rozluźniłam. Przeciez sama tego chciaalm. Jęknęłam gdy ramie wruciło na swoje miesce. Wyciągnęłam z kieszeni tubke z ambrozją i łyknęłam pożądnie. Po chwili poczułam ulge gdy wszystkie rany zasklepiły się, a po moim ciele przeszło orzeźwienie.
 - Ile już tego wypiłas? - spytał Kasmir podchodżac do nas i chwytając butelke, którą mu podałam.
Otarłam usta i kilka kropelek nektaru spadło na ziemię.
 - Od wczoraj zywie się tylko tym.
Chłopaki zrobili wielkie oczy. Poczym młodszy zwrócił się do starszego:
 - Leć po kamere nagramy, jak Zo stanie w płonieniach gdy jej ciało nie strzyma ilości boskości.
 - Dobra. - potaknął brat, obracał się na pięcie, gdy nagle zrobił szybki zwrot, chwycił brata i zaczał uciekać. - Zo twój adorator nadciąga.
Pokazał mi palcem w stronę lecącego potwora.
             Jęknęłam i schowałam tubke z nektarem. Sięgnęła do pochw, które mialam przymocowane do łydek, po dwa obusieczne sztylety i zakręciłam nimi w dłoniach badajac ich możliwości i ciężar. Połową broni, która miałam na sobie walczylam instynktownie, gdyz nie bła moja. Oczywiście Shedowuczył mnie zastosowań, każdej, ale to dziwne walczyć bronią "zaporzyczoną" od przyjaciele. Ogólnie cała zbroja była jego... nno jedynei napierśnik był mój.
Stanęłam lekko pochylona kołysząc się w jedną a drugą stronę, jednocześnie rozgladałam się nad jakąs pożyteczną bronią i na szybko wymyślając taktyke.
 - Zo my cie zostawiamy tu z przyjacielem...- krzyknął Kasmir, kóry znajdowął  się w bezpiecznej odległości i ubezpieczął mi tyły.
 - ... a my pójdziemy wybuchnąć połowe armi Avri. - powiedział Lorenzo, kładąc trupem trzech nieumarłych.
 - No to cześć! - powiedzieli równocześnie i zapadli się podziemie.
Spojrzałam nad nadbiegającego potwora, kóry zaczał zwalniać.
W końcu stanął przedemną i wyszczezył zęby. Jego ślina zaczeła skapywać w wielką kałuze.  Nagle zrobił wielkie oczy i zaskomlał.
Zamknęłam oczy.
 - Ktoś za mną stoi tak? - powiedziałam i zaczełam odwracać się na pięcie. Najpierw ujrzałam wielkie włochate nogi, a później pajęcze oczy i wielkie szczypce.
Prawie miecz wypadł mi gdy ujrzałam jeden z pomiotów pajęczycy, Arachne. Stwór krzyknął, a ja zostałam obśliniona. No pięknie będe walczyć z dwoma przeciwnikami... to już wole iść i wykopać sobie grób.  - pomyślałam.
           Harybsa skoczyła w moją stronę. Przeskoczyłam nad nią i cięłam ją przez grzbiet. Spadając na ziemie poczułam jak coś hamuje mi noge i znów poleciałam w powietrze gdy pająk szarpnął za sieć. Przecięłam pajęczynę i z ledwością uniknęłam ostrych zębów przerośnientego wilka. Wleciałam w pole walki i teraz otaczało mnie stado nie umarłych. Zaczelam atakować zombi, kóre padały jeden po drugim. W chwili nie uwagi jeden z nich wgryzł się mi w ramie. Krzyknęłam i oddzieliłam mu głowe od tułowia. Chywciłam się za pulsujące ramie i zwymiotowałam. Fuj.
           Ledwie pozbierałam się z ziemi, a Pająk oplątał moje nogi i zaczał ciągnąć w swoą strone. Uniosła mnie w górę i otworzyła paszcze z wielkimi szczypcami. Szybko zmieniłam broń na małe sztyleciki, które zostały umieszczone pod rękawicami, a słuzyły do żucania. Wycelowałam w gardło potwora i żuciłam nożek posyłajac z ani wiązkę błyskawicy. polejną ręke skierowałam ku niebu, a gdy potwór połknąłmiecz, zgromadziłam w dłonie płyskawicę, która udeżyła z nieba. Skierowałam ją na potwora, kóry po chwili usmarzył się.
Odetchnęłam. Jeden mniej.    
          Ziewnęłam ze zmęczenia i zaczełam rozglądac sie po polu bitmy szukając HAtybsy. Znalazłam ją, gdy pozbywała się skutecznie dzieci ateny, kóre przeprowadzały dywersję. Zaklęłam pod nosem i rzuciłam kolejnym nożem. Odcięłam zwierzęciu ucho, ótre zozw ścieczyło się. Swoimi czerwonymi oczami spojrzała w moją stronę. Wydała z siebie wycie i pognała w moją stronę. Chwyciłam z sztylety i czekałam aż, potwór otworzy swoją poszcze. Wtedy ciełam odskakując Za sobą słyszałam głuchy trzask, gdy na ziemie zlecial wielki kieł harybsy. Okręciłam się na pięcie stojąc twarzą w twarz z potworem.
 - Zoey! Za tobą! - pomięzy odgłosami bitwy dosłyszłąm kobiecy głos. Spojrzałam kątem oka za siebie. Jedna z Harpi stała na demną z uniesionym mieczem.
        Postanowiłam pokazać światuile zyskałam po nocnych treningach z Shedowem. Oparłam ręce na ziemi i z niebywałą prędkością kopnęłam w nadgarstek harpi. Miecz wyleciał jej z ręki, a ja okręciłam się i wymierzyłam cios.  Potwór byl tak zaskoczony, że nawet nie zauwarzył, że jego ciało oddzieliło się od siebie, gdy okreciłam się. Uśmiechnęlam sie Pokazując zęby zadowolona z mojej nowej szybkości..
Przecięłam cieńkie cięzaeki, kóre miałam na nogach. Spadły na ziemię żłobiąc w niej pęknięcia. To samo zrobiłam z magicznymi rzemykami na rękach. Gdy pozbyłam się z mięśni ciężaru, poczułam sie niebywale lekka. Kolejna pamiątka po treningach z  Shedowem, który wprost mnie katował, ale widać efekty.
          Harybsa skoczyła na mnie, ale ktoś mnie zasłonił i przyjął cios na siebie. Potwór zaskomlał i wycofał sie kulejąc. Spojrzałam na postac stojąca przede mną. Najpierw zauwarzyłam ciemne włosy, a póxniej zielone oczy. Hannna, ta podstępna żmija mnie uratowała. A coś czulam, że się pojawili. Wcześniej wyczułam załamanie przestrzeni, wiec zapene byli To Shedow i Chris.
Siegnnęłam po ciężarek leżący na ziemi i urzyłąm go jako kastetu. Owinęłam go wokół dłoni i z całej silły przywaliłam potworomi. Usłyszałam szczęk i jego pełne nienawiści oczy zrobiły się mgliste. Potwór nie żył. Coś za  łatwo poszło - pomyślałam.
Chcąc pozbyć się ciężarka, rzuciłam niem w harpie, która dopierała się do pegaza Shedowa. Potwór padł martwy.
Hanna otrzepała ostrze z krwi i kopnęła z obrzydzeniem czaszke dalej.
Och jaka niewinna... - w myślach nakopałam jej do dupy.
Zwróciła się do mnie z uśmiechem.
 - Nieźle sobie poradzi...
Przywaliłam jej pięścią w nos, podcięłam jej nogi i przygniotłam ją do ziemi stopą. Z jej nosa zaczęła skapywać krew.
 - A to jeszcze nic w porównaniu z tym co zamierzam ci zrobć! - warknęłam, a mój głos nasączyłam jadem - Nie moge uwierzyć, że mnie uśpiłaś! Miałam cie za najlepsza przyjaciółke, a ty zrobiłaś mi coś takiego!
Wymamrotała coś ale ja ją nie chciałam słuchać.
Puściłam ją, a ona próbowała złapać powietrze.
 - Co się stało? - wykrzyknął zmartwieny Dylan.
Cała banda przedzierała się przez tłum walczących. Wyglądali dość komicznie w zwykłych ciuchach dzierżąc swoją broń.
 - Zaatakowała mnie harybsa. Han uratował mi życie. - wypowiedziałam te słowa bez wyrazyu. Spojrzałam na  blondynke, kóra trzymała sie kurczowo ramienia swojego chłopaka. - Miło, że znów jesteś z nami. I przepraszam, że nie było mnie z nimi gdy cie ratowali. Ale ktos się postarał o to aby mnie nie było. - spojrzałam jadowitym wzrokiem na Hanne, kóra usiłowała się pozbierać.
 - Dlaczego Hania leży? - zapytał Chris - przecież stała gdy ty pokonywałaś potwora.
Spojrzałam na niego z głupiutkim uśmieszkiem.
 - Hania przybiła mi żółwika nosem. - powiedziałam jakby nigdy nic.
 - Że COOO?!?! - odpowiedzieli zgodnym chórkiem.
 - Noo.... Chciałam jej przybić żółwika, za to, że mnie uratowała, ale biedna Han potknęła sie i oberwała w nos. - posłałam im szczery uśmiech.
Z tłumu wyłoniła się postać ubrana dość wyzywająco, z czarnymi nagolennikami, napierśnikiem który odsłaniał jej płaski brzuch, naramiennikami i rękawicami. Jej zapach był przesiąknięty solą morską, a włosy splątane.
 - Brigden - warknęłam rozpoznawając córkę Posejdona.
W ciemności błysnęły jej białe zęby. Zawsze przypominały mi zęby rekina, gdyż były szczuplejsze niż u normalnych ludzi i herosów.
 - Coś mi się nie zdaje, że sama wyladowała na ziemi, Fox. - podala ręke Hani, kóra ją z wdzięcznością przyjęła.
Uniosłam z rozbawieniem brew.
 - Moż echcesz do niej dołączyć? - spytalam.
Zauwarzyłam lekkie poruszenie ze strony moich niby przyjaciół.
 - Zo odpuść- powiedział Dylan.
 - Zoey ona przyszła nam pomóc - zawturowala mu Klara.
 - Uratowała nas! - powiedział Chris.
Przekrzywiłam głowe patrząc na nich. Ich oczy mówiły abym przestała, ale moja piepszona duma tego nie chciała.
 - O ile wiem osoby, które opuszczają obóz nie są mile widziane. - zaplotłam ręce na piersi.
Usłyszałam szczęk metalu, ale byłam szybsza. Nie zdążyła do połowy wyjąć miecza, a ja już stałam i przyciskałam jej długi nóż do gardła. Spojrzała na mnie najpierw z zaskoczeniem, które przerodziło się we wściekłością, a w jej oczach zapaliły się ognie.
 - Ojciec ostrzegał  mnie przed tobą. - przycisnęłam mocniej nóż, az ukazała się czerwona kreska - Ale myślisz, że tylko ty polepszyłaś się? Jeśli tak to jestes strasznie samolubna. - pokręciłam głową - Moge wskazać ci palcem osoby, na tym polu bitwy są lepsi od ciebie pod wieloma względami. - warknęłam - Jak nie masz zamiaru ratować niewinnych ludzi to lepiej sobie odpuśc i nie zawracaj mi głowy. - odjęłam nuż od jej szyi i wsadziłąm do pochwy jakby nigdy nic. Spojrząłam na nią - Pilnuje cie. Jesteś na moim terenie. - okręciłam się na pięcie i  zaczełam kierowa sie w stronę prawej flaki. Zatrzymałam się i spojrzałam przez ramie - Nie tylko ty jestes naznaczona przez Boga.  
          Podskoczyłam i wdrapałam się na grzbiet jednego z pegazów przelatującego akurat nad nami. Dosiadłam go i skierowałam w wir harpii, kótre zarzynały zwierzęta, nie zważając na oburzenie przyjaciół. Zaczęłam pomagać dzieciom Hermesa pozbyć się latających stworów. Zadawałam ciosy jedne po drugim, a pioruny waliły wszędzie gdzie znajdowały się latające stwory. Po chwili zaczęły się wycofywać i pierzchły z nieba, które było moim królestwem. Zauważyłam jakąś postać, kóra siała wielkie spustoszenie w szeregach dzieci Aresa.
Ześlizgnęłam się z grzbietu siwka i pofrunęłam w dół. Spadając przed przerażającą postacią. Wykonałam salto i spadłam na ziemię w kuckach.
 - Miło, że w końcu ktoś postanowił nam pomóc. - krzyknął Chester odskakując przed latającym płomieniem.
 - Byłam zajęta. - powiedziałam wpatrując sie w kobiete z irytującym uśmieszkiem.
Miała na sobie przewiewną białą suknię i wianek we włosach. Unosiła sie 20 cm nad ziemią, a jej brązowe włosy powiewały na wietrze. Przypominała mi podobiznę jednej z Bogń Olimpijskich... Tylko jej twarz byla bardziej surowa i nieprzyjemna. Jej oczy złowrogo świeciły.
 - W końcu zacznie się zabawa! - zaśmiała sie bliźniaczka i wykonała piruet. W naszą strone poleciały ognie.
KAżdy rzucił się w swoją stronę unikajac poparzenia. Przetoczyłam się na plecy i wyciągnęłam tarcze. Zasłoniłam się i zaczełam podbiegać do Chestera.
Chłopak jęknął a z jego boku zacżeła sączyć się krew. Zaklęłam.
Podłam mu tubkę z ambrozją.
Usłyszłam świst wiatru za sobą i dobyłam sztylet. Zamachęłam się, ale tuż przed ciosem ktos chwycił mnie za nadgarstek i zatrzymało trafieni. Spojrzalam spanikowana na napastnika, ale gdy ujrzałam srebrne oczy, odechnęłam.
 - Prawie cie zabiłam.  - powiedziałam chłodno.
 - Więc dobrze Cie wyszkoliłem. - odparł luzując nadgarstek. Wyjęłam rękę z jego uścisku i zasłoniłam nas przed następną kula ognia. - Jak się sprawy mają? - zapytał wychylając się spoza tarczy.
Chester juz wrucił do siebie i teraz uważnie rozglądał się na pole bitwy, kombinując co teraz mamy zrobic.
 - Cholera. - zakląl - tyle braci zginęło. - jego szczęka zacisnęła się.
Połozyłam mu reke na ramieniu. Współczułam mu.
 - Każ wszystkim ludziom ewakuowac się. We trujke powinnismy ją zatrzymać. - powiedział Shedow, kóry zniknął i pojawił się za bliźniaczką Ateny i przeniósł trzech zranionych ludzi.
 - On zawsze mówi wszystko dosadnie? - zapytał Chester.
Chciałam juz odpowiedziec ale usłyszałam głośny huk.
 - Coś się stało na wschodniej flance. - powiedziałam.
Uśmiechnęłam się i pogratulowałamm Lorenzo i Kasmirowi dobrej roboty.
Obok mnie zmaterjalizował sę Shed z moimi mieczami.
 - Oddawaj sztylety. - warknał.
Sięgnęłam za zagolennice i dobyłam ulubiona broń chłopaka. Dwa kryształowe sztylety, o obusiecznym ostrzu. 
Ja natomiast wsadziłam swoje miecze go pochwy.
 - Jeszcze raz bd grzebać w moich rzeczach a zabije.
Przewróciłam oczami.
Usłyszałam huk i nakryłam nasza trujkę tarczą, przed odłamkami ziemi i nie wiadomo czego jeszcze. Usłyszłąm znajome krzyki przerazenia i przerażający smiech.
 - Znalazłam te myszy. - kolejna kobieta pojawiła się na polu bitwy ale tym razem, rozpoznałam ją od razu.
Hope. Bliźniaczka Hadesa. Spodkaliśmy ją gdy ratowaliśmmy bliźniaków... którzy aktualnie leżeli przed nami i zwijali się z bulu.
 - Zobaczmy na co stać, dzieci bogów - syknęła i uniosła ramiona w górę. - powstańcie moje dzieci! - krzyknęła, a ja objęły czerwone płomienie. - powstańcie i zniszczcie ziemię!
Nagle trupy herosów zaczęły się ruszać. Krzyknęłam z przerażenia, gdy znajoma twarz siostry Chestera, Cerri złapała mnie za kostke. Uważałam ją za swoją sioste. Była zabawna ale i ostra. Bardzo ją lubiła bo porzypominała Mel. A teraz sięgnela po moją nogę, a w jej głowie sterczał topór.
 - Siostro! teraz będzie zabawa! - wypiszczał Avri.
Zaklełam pod nosem zdzielając moja przyjaciólkę mieczem.


Jezu ale się rozpisałam.... Pufff... na szczescie juz koniec :D
Przepraszam za zanudzanie, moje chaotyczne pisanie i błędy. Wiem, że tego nie lubicie.
Bujka :*