niedziela, 15 lutego 2015

Rozdział siedemdziesiąty pierwszy

Susane


Miesiąc później...
   Dziś jest niedziela, jedyny częściowo wolny dzień w tygodniu. Obóz oplotły plotki o tym, że już niedługo cała niedziela będzie wolna... Najlepszy dowód na to, że stajemy się coraz lepsi. Tylko nie jestem do końca pewna czy to dobrze. Dziś powinnam ćwiczyć, ostatnimi czasy treningi poniekąd utrzymują mnie w ryzach. Kategorycznie odmówiłam ćwiczenia mocy, by uwodnić wszystkim, że nie jest mi to potrzebne, zamęczałam się by nie mieć siły nawet na myślenie. Zoey przy każdej okazji przypomina mi, że usypałam Mel, ludzie z obozu w końcu trzymają się na uboczu, a ja bez przeszkód mogę kontynuować to co zaczęłam już kilka lat temu. 
   Stałam teraz w stajni głaszcząc pegazy. Kolejnym minusem bycia córką Hypnosa, było to, że jego pegaz gdzieś przepadł. Kazali mi ćwiczyć na pegazie Nyks, nie rozumiał tej zależności - jesteś córką Hypnosa, weź pegaza Nyks. Mam nadzieję, że kiedy w końcu dojdziemy do tej bogini coś mi się rozjaśni. Póki co omawiamy wojny. Po kolei karmiłam jabłkami pegazy ciesząc się z chwili samotności. 
-No proszę, kogo my tu mamy- szybko odwróciłam się w stronę z której dobiegał głos. Cholera! Znowu! 
-Nie strasz jej bracie, nie po to tu przyszliśmy- po raz kolejny się odwróciłam. Dlaczego ta cholerna miała duże wejścia po obu stronach. Świetnie teraz nie mam możliwości ucieczki, bo stali tam mężczyźni cali ubrani na czarno. Czarne garnitury, czarne krawaty, czarne włosy no i oczywiście buty. Dobyłam mieczy. Pogratulowałam sobie w duchu, że od kąt je dostałam nie rozstawałam się z nimi. 
-Lubię ten kolor- powiedział jeden z nich wskazując na moje ubranie. Cholera dlaczego oni się zbliżali? Chyba zacznę wierzyć w fatum! Ja stoję dokładnie po środku stajni, a w moim kierunku spokojnie idą dwaj mężczyźni nie dając mi najmniejszej szansy na ucieczkę! A niech to szlag! Dodając do tego, niekorzystne dla mnie oświetlenie, bo idąc mieli słonce za sobą, a ja nie widziałam nawet ich twarzy.
-Czego ode mnie chcecie?- postanowiłam nie pokazywać im jak się boję, bo i tak zginę, więc wolę to uczynić z honorem.
-My? W sumie niczego. Ale mamy dla ciebie prezent- powiedział drugi z braci.
-Prezent? Truciznę?- obaj zgodnie się roześmieli.- Co was tak cieszy?
-Nie chcemy cię otruć! Za kogo ty nas uważasz?- zapytał się Pan A idący z prawej strony, skoro zaraz mi coś zrobią, to mogę ich nazwać co nie?
-Czyżby? To co was tu przywiało? Nie jesteście z obozu!- próbowałam sprawdzić co z moją klątwa, ale jak na złość niczego tam nie było! Cholera jasna!
-Co wy wyprawiacie?- no i zajebiście! Pojawił się Pan C za Panem B! 
-No co? Sam nam tu kazałeś przyjść!- Pan B postanowił się bronić? O co chodzi, do cholery jasnej!
-Kazałem, ale nie kazałam jej wam straszyć!- Pan C jest chyba dowódcą...
-Nie możesz nam rozkazywać! A zresztą ona się nie boi- a jednak nie jest dowódcą, o co im chodzi? Pan A dorzucił swoje trzy grosze.
-Nie boi się?! Wy chyba oszaleliście!- szkoda, że nie mam pop-cornu, ciekawie się zapowiada!
-Jesteśmy braćmi! Nie waż się nas upominać!- ach... W sumie mogłam się tego domyśleć po czarnym ubraniu. Chyba Panu A nie podoba się, że ktoś na niego krzyczy.
-Nie musisz mi o tym przypominać!- Pan C.
-Najwidoczniej muszę, bo ty chyba ciągle o tym zapominasz!- Pan A.
-Gdzie on jest?- czyżby Pan B się obudził?
-Uwiązałem go na dworze- Pan C lekceważąco machnął ręką.
-Na dworze?! Znowu nam ucieknie!- och.. Panie B, co ma uciekać?
-Przywiązałem go mocno!- Pan C się zaczął bronić.
-No i co z tego? On nas nie lubi!- nie no ja zaraz tutaj chyba padnę! Pan B zacznie chyba zaraz histeryzować!
-Spokojnie! Nie ucieknie!- Pan C.
-Czyżby, poprzednim razem też tak mówiłeś i co? Musiałeś się wracać i jego szukać!- Pan A się wtrącił.
-Ale tym razem wszytko jest dobrze!- Pan C.
-Dobrze?! Ty zawsze tak mówisz! A potem zganiasz na nas! Jak on znowu ucieknie to chyba go już nie znajdziemy!- a nie mówiłam? Pan B zaczął histeryzować, tylko brakuje takiego śmiesznego wywijania rękami i nogami jak w kreskówkach.
-Daj spokój!- Panie C, czy brakuje panu argumentów?
-Halo! Ja ciągle tu jestem!- pomachałam ręką by zwrócić ich uwagę. Wszyscy już byli blisko mnie i dopiero teraz zauważyłam, że stoją przede mną w kółeczku.
-Wybacz, gdzie nasze maniery! Jestem Fobetor- Pan A ma dziwne imię...
-A ja jestem Fanatosos- odwołuje, pan B ma dziwniejsze imię!
-Jestem Morfeusz- Pan C jest... Chwila! Czy oni są bogami? Spojrzałam na nich z zaskoczeniem.
-Ja jestem...- nie udało mi się dokończyć....
-Susane. Wiemy jak się nazywasz- powiedział Fobetor. Aha... Po co oni tu są.
-Jak zapewne się domyśliłaś jesteśmy bogami- spojrzałam na Fanatososa, gdy wypowiedział te słowa.
-Dodatkowo jesteśmy synami jednego z bogów! Czy domyślasz się jakiego?- Fobetor spojrzał na mnie z zaciekawieniem.
-Czy ja ci do cholery wyglądam na Wikipedię? Chwila... wicie co to Wikipedia?- pokręcili głowami.- A Google?- po raz kolejny pokręcili głowami.- A wiecie co to encyklopedia?
-No jasne! Nie jesteśmy przecież jacyś zacofani!- serio, Morfeusz? Spojrzałam na nich sceptycznie.
-Taaa... Więc czy ja wyglądam na encyklopedię? Nie mam pojęcia kto jest waszym ojcem- spojrzeli po sobie.
-Nie?- spytali równocześnie. A myślałam, że to zdarza się w tylko w filmach i książkach.
-Ano, nie- wyglądali na autentycznie zaskoczonych.
-Jesteśmy- tu wskazał na braci.- Synami Hypnosa.- spojrzał na mnie wyczekująco.
-No i?- nie wiem czego on oczekiwał... czego ONI oczekiwali. Myśleli, że nie wiem, za mną wybuchną fajerwerki, a ja rzucę im się w ramiona? Spojrzeli na mnie zaskoczeni.
-Jesteśmy twoimi braćmi...- przewałam Fanatososowi.
-Przyrodnimi! Nie rozumiem, czego wy niby oczekujecie? Mam się wam rzucić w ramiona? Błagam was, pomyliście adresy.
-Mamy coś na zgodę!- czyżby Morfeusz próbował mnie udobruchać? Nie rozumiałam dlaczego tak bardzo chcieli mnie poznać...- poczekaj tutaj!
-Nie ma mowy! Ja pójdę- Fobetor wyrwał do przodu jak tylko zobaczył, że Morfeusz chce się ruszyć z miejsca.
-A to dlaczego?- krzyknął Morfeusz.
-Bo go jeszcze po drodze zgubisz!-znikał ze stajni.
-On... To znaczy ten twój prezent, nas za bardzo nie lubi...- powiedział Fantasos.
-Cicho! Jeszcze sobie pomyśli, że specjalnie go jej dajemy.
-Aaaa... To udawaj, że tego nie słyszałaś- Fantasos spojrzał na mnie jak bym miała zmienić się w harpię.
-No chodź! Co za przeklęte... To znaczy kochane zwierzę! Dobry pegaz, kochany pegaz! No chodź, nie bądź taki!- pomału zbliżał się Fobetor ciągnąć coś za sobą.
-Zrobisz mu krzywdę!- nosz do cholery, ten idiota był bogiem, z ciągnął to biedne zwierze! Podbiegłam do nich i zaczęłam uspokajająco głaskać pegaza.- No chodź maleńki, nic ci nie zrobię- odebrałam sznur i z łatwością prowadziłam zwierze.
-To jakiś spisek! Jak ty to zrobiłaś?- Morfeusz patrzył się na mnie oniemiały.
-Wytłumacz nam, jak on mógł ci uciec, a teraz ona go prowadzi, jakby był najłagodniejszym stworzeniem na świecie- Fobetor spojrzał na niego.
-Mogliście mi pomóc! A nie, tylko się mi przyglądaliście!
   W ten oto sposób poznałam swoich "braci" którzy z niewiadomych przyczyn przyprowadzili mi pegaza i zapewniali, że chcą mnie poznać. Szkoda, że tylko oni tego chcieli, ja nadal byłam sceptycznie nastawiona do bogów wszelkiej naści.



Kolejny miesiąc później...
    Dwa miesiące... Czuję się dziwnie uświadamiając sobie ile czasu już spędziłam w obozie doskonaląc sztuki walki i własną wytrzymałość. Jestem również zaskoczona zmian, jakie zaszły. Obóz się rozrósł, ludzie coraz lepiej porozumiewali i powoli zaczęły znikać te różnice pochodzenia z różnych obozów. Tylko jedno się nie zmieniło. Ja nadal byłam samotniczką i nadal nie miałam z tym problemów. Po raz pierwszy w życiu cieszyłam się, że tego, że ludzie pamiętają, tak długo to co zrobiłam. Wbrew pozorom, pamięć o uśpieniu Mel była ciągle żywa, a mnie wytykano palcami, gdziekolwiek się nie pojawiłam.Coraz rzadziej było można mnie spotkać na wspólnych posiłkach, pojawiałam się tylko w czasie treningów i lekcji. Cały wolny czas spędzałam przesiadując na dachu świątyni, często na nim ćwiczyłam, kiedy nie miałam ochoty spotykać ludzi na sali, lub na placach. Byłam szczęśliwa, ciągle sę przemęczałam, ciągle zwiększając intensywność i czas treningów by nie mieć siły nawet na najmniejsze użycie klątwy. Obawiałam się tego, że niedługo to przestanie skutkować, mój organizm przyzwyczajał się do morderczego wysiłku fizycznego.
Plotki okazały się prawda, teraz całą niedzielę mieliśmy wolną.
Weszłam do stajni by osiodłać Sen. Poparzyłam na pięknego czarnego jak noc pegaza, z białą planą w kształcie księżyca na pysku. Pogłaskałam go lekko i dałam marchewkę. Wyprowadziłam go z boksu i uwiązałam.
-Poczekaj tu chwilę, pójdę tylko po siodło- pogłaskałam pęciny Snu.
-Co robisz?- w wejściu stał Christoper.
-Nie twój interes- bałam się, że zakaże mi lecieć, ale wtedy czeka go sen.
-Gdzie chcesz lecieć? Zabiorę cię tam. Mi to zajmie kilka minut a tobie kilkanaście godzin- patrzył na mnie a ja nie wiedziałam co zrobić.- Nie gryzę.
-Chciałam polecieć do dziadków, by ich chociaż zobaczyć przez okno- nie wiem dlaczego to powiedziałam. Od jakiegoś czasu wszystkie emocje zaczęły się we mnie kumulować, coraz częściej myślałam o dziadkach i było mi ich cholernie brak.
-Chodź- objął mnie ramieniem i... EJ! CO SIĘ DZIEJE? Już po chwili stałam przed domem dziadków. Podeszłam do okna i zajrzałam przez nie. Byli tam! Siedzieli przy stole jedząc kolację. To była tradycja, co roku zasiadaliśmy do kolacji i zapominaliśmy o wszelkich troskach. Po moich policzkach zaczęły płynąc łzy.
-Już niedługo- szepnęłam, otarłam łzy i wróciłam do Chrstopera.-Dziękuje- moje oczy mnie zdradziły i znowu się rozpłakałam. Chłopak tylko się uśmiechnął, po raz kolejny mnie objął i znaleźliśmy się w zaśnieżonym przez bogów obozie.
***
-Susane?- było południe a ja drzemałam. Postanowiłam sobie odpuścić wszelką aktywność fizyczną i poużalać się nad sobą.
-Co jest?- Hypnos znikąd pojawił się na drugim końcu salonu.
-Musze ci coś powiedzieć...- spojrzałam na niego zaspana.
-Co się stało?- wiedziałam, że nie przychodził by, z powodu jakiejś błahostki. Uszanował moją wolę i nie spotykamy się, jeśli to nie jest konieczne.
-Chodzi o twoich dziadków...- od razu się ożywiłam.- Oni...
-Co z nimi?- uciekał ode mnie wzrokiem i dodatkowo to niedokończone zdanie....
-Tak mi przykro...
-Nie wierzę ci!- spojrzał na mnie zbolałym wzrokiem. Co on odpierdala? to nie może być prawda! wczoraj u nich byłam!
-Chodź- wstał, a gdy ja uczyniłam to samo, teleportował nas. Po raz kolejny stałam pod domem moich dziadków, tym razem jednak drzwi były wyważone. Pewnie ktoś się włamał. Nie panikuj. Niczym błyskawica wbiegłam do domu i ujrzałam wszytko w ruinie. Nie! To niemożliwe! O cholera! Ślady krwi! Poczułam jak ktoś łapie mnie za rękę i znowu zostałam teleportowana. Tym razem staliśmy na cmentarzu, a przede mną stały dwie odkryte trumny. Spojrzałam na zmasakrowane sylwetki osób które kochałam z całego serca. Chciałam się wyrywać do nich, ale ktoś mocno objął mnie, nie pozwalając się ruszyć. Jacyś ludzie pozakrywali trumny i opuścili je do jam w ziemi. Ledwo widziałam przez oczy pełne łez. Nie widziałam otoczenia, ale ciągle miałam przed oczami obraz dwóch sylwetek pozbawionych życia. Kto był na tyle okrutny? Przecież oni nic nie zrobili! W tej chwili cieszyłam się, że ktoś mnie podtrzymuje, bo gdyby nie to, to pewnie leżałam bym teraz na ziemi, zalewając się łzami. 
-Ciii...- Hypnos odwrócił mnie twarzą do swojego torsu i uspokajająco gładził po plecach.
-K-k-k-kto?- nie miałam siły by wymówić nawet tak proste słowo.
-Zira... Przepraszam, że nie udało mi się ich obronić, nic nie wskazywało na atak- nadal uspokajająco gładził mnie po plecach. Po raz kolejny się teleportowaliśmy. Tym razem wróciliśmy do świątyni, a on ułożył mnie w łóżku. Zwinęłam się w kłębek, a Hypnos mnie otulił kołdrą. Miałam ochotę drzeć się, ale jedyne na co miałam energię to cichy płacz i lamet wewnątrz mnie.
***
Mam plan! Ruszyłam pewnie w stronę domku Afrodyty. Przez ramię miałam przewieszoną sportową torbę, a w niej ukryte skarby. Pewnie zapukałam do drzwi.
-Musicie mi pomóc- wpakowałam się do pomieszczenia i poprosiłam o zaplecenie warkocza z makami. plusem złej reputacji było, to, że każdy obawiając się mnie robił prawie wszytko o o prosiłam. Gdy dziewczyny się z tym już uparły zrobiły mi makijaż chociaż nie chciałam, ale się uparły. W końcu kazały mi założyć suknię z czarnego jedwabiu w stylu greckim. Tak uzbrojona ruszyłam w kierunku świątyni Hypnosa, nie zwracając uwagi na herosów przyglądających się mi. Obóz nadal pokrywał śnieg, a ja paradowałam w sukni odkrywającej ramiona, co prawda była do ziemi, ale w żaden sposób nie chroniła przed zimnem. Weszłam do budynku i wzięłam tace z owocami, która już wcześniej przygotowałam. Złożyłam tace na ołtarzu ofiarnym. Nie miałam pojęcia czy jest to tu praktykowane i jak to się robi, ale miałam to gdzieś! Zira odebrała mi wszytko co kochałam, a ja nie mam zamiaru nic z tym nie robić. Jeśli Hypnos ni da mi swojego błogosławieństwa, to trudno! Ale chcę mieć chociaż jedną osobę która będzie mnie wspierała. 
-Co ty wyprawiasz?- o wilku mowa.
-Chcę się zemścić. I chcę twojej pomocy. Wiem, że to możliwe. wyobraź sobie, że jestem jakąś greczynką i pragnę twojej pomocy.
-Dziecko, czy ty wiesz w co się pakujesz?- był zrezygnowany, chyba wiedział, że przekonywanie mnie bym sobie odpuściła nic nie da.
-Wiem i jestem gotowa podjąć ryzyko- spojrzałam mu w oczy. O mało się nie cofnełam kiedy ujrzałam w nich smutek.
-Dobrze. Masz moją pomoc, ale wiele nie mogę zrobić- spojrzałam na niego z radością. Zemste czas zacząć.



Hejka ;)
Kilka słów wyjaśnienia... po pierwsze przepraszam za opóźnienie. Po drugie to ostatni rozdział z ciągu, następny napisze Zuza lub Dominika, nie jestem pewna. Po trzecie: pewnie zastanawiacie się skąd ten skok czasowy... No cóż, cholernie trudno napisać jakaś fajną notkę, kiedy bohaterka nic ciekawego nie robi. Ten rozdział planowałam długo i w mojej głowie brzmiał o dużo ciekawej... Dodatkowo pisałam go w drugim tygodniu ferii w którym nie miałam czasu dosłownie na nic, nawet żeby się spotkać się z koleżankami ;/ Wczoraj nawet miałam pomysł, aby usunąć pierwszą część, ale kiedy wyobraziłam sobie ile czasu zajmie mi pisanie czegoś na to miejsce, zrezygnowałam. Braci wprowadziłam, bo mi się oni cholernie podobają, wiem, ze nie opisałam wyglądu, ale muszę nad tym chwilkę posiedzieć, by tego nie zepsuć ;P
Hmmmmm... Skąd ten nagły zryw Susane? Tą scenę, również miałam zaplanowana, już w czasie tworzenie Susane, wiedziałam, że jej dziadkowie musza umrzeć bo to miał być punkt zwrotny, by Hypnoska zaczęła wierzyć w walkę. A dlaczego tak? Nie ma pojęcia... Nie wyobrażałam sobie, by Susane od tak zaczęła walczyć... Po prostu ofiara i prośba o pomoc jako pierwsze przyszły mi do głowy.
To chyba wszytko... Jeśli macie jeszcze jakieś pytanie, śmiało zadajcie je  komentarzach, a ja na pewno na nie odpowiem ;)
Pati

1 komentarz:

  1. Gabrielle Ormonde jest córką prezydenta. Żyje szczęśliwie w Białym Domu z rodziną i Victorią, przyjaciółką i agentką specjalną w jednym. Lecz jednego wieczora wszystko się zmienia. Jej dom napadają dziwne mitologiczne potwory, ojciec zostaje porwany, a ona i Victoria ledwo uciekają z życiem. Z powodu dziwnego naszyjnika docierają do Obozu Herosów, gdzie Gabrielle dowiaduje się prawdy o sobie i otaczającym ją świecie. I się zaczyna...
    Misja, w której obie dziewczyny nie powinny brać udziału.
    Dziwny chłopak, jakby wyrwany nie z tego czasu.
    Obowiązkowa zagłada świata.
    Heros, który tak naprawdę nie jest herosem.
    Misja ratunkowa.
    Wróg, którego nawet bogowie nie potrafią pokonać.
    Przepowiednia, ostatnia deska ratunku.
    Herosi, bogowie i ludzie staną po jednej stronie, aby powstrzymać zagładę. Bo tym razem wróg jest jeszcze bardziej przebiegły.
    Atakuje sam Chaos.
    I jest jeszcze jedno pytanie: czy oprócz bogów greckich istnieją jeszcze inni?
    Na dokładkę trzeba wspomnieć, że Gabrielle nie jest przyzwyczajona do niewygody, z czego wynikną spore kłopoty...
    http://harmony-of-heroes.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń