sobota, 29 marca 2014

Rozdział pięćdziesiąty pierwszy


 - Zo czy ty naprawdę uważasz, że jazda jednokierunkową pod prąd to dobry pomysł? - spytał cały sztywny Chester, który jedną noga opierał się o deskę rozdzielczą, a drugą trzymał na ziemi, jedną ręką trzymał się uchwytu drzwi, a drugą kurczowo zaciskał na pasie.
 - Gdy gonią nas potwory to tak. - powiedziałam bez ogródek wymijając kolejne auto.
         Chłopaki byli cali twardzi. Perspektywa czołowego zderzenia z innym autem też mi się nie podobało, ale co mam zrobić jeśli siedziały mi na ogonie trzy radiowozy, a których kierowcami byli jakieś człekokształtne potwory. Musiałam jakoś ich zgubić, a jazda pod prąd była moim jedynym pomysłem. Cieszę się, że Rikki, Klara i Mel zostały w obozie, bo inaczej już dawno miałabym zmytą głowę, że "chce ich zabić",  a ja po prostu walczę o przetrwanie. A  bez ryzyka nie ma zabawy!
        Jakimś cudem wcisnęłam się pomiędzy dwa tiry, które pędziły na nas z ogromną szybkością. W tym momencie myślałam, że już po nas, ale czerwona ciężarówka gwałtownie zjechała na boczny pas, a ja mogłam swobodnie przejechać.
Odetchnęłam z ulgą.
 - Pufff... było blisko. - powiedziałam wyszczerzając się.
 - Było blisko?! BYŁO BLISKO!? - wydarł mi się Chris do ucha - Mogłaś nas ZABIĆ!
 - To co ja miałam zrobić?! - krzyknęłam - Proszę zamieńmy się.
Puściłam kierownice, a Chester rzucił się na nią z głośnym sklinaniem. Odpięłam swój i jego pas.
 - Teraz ty prowadzisz. To łatwe. - nie zjeżdżaj z pasu i naciskaj ciągle na ten pedał po prawej... i w razie czego na ten obok.
 - Zoey! - wydarli się oboje.
         Ja już ich nie słuchałam, pociągnęłam Chestera na siedzenie kierowcy, a sama wyszłam przez okno na dach, aby zająć się potworami za nami. Bo ani jeden półgłówek nie kapnął się aby się nimi zająć, a ja wpadłam na ten pomysł dokładnie w chwili gdy puściłam kierownice. Nawet nie miałam mojego kochanego mieczyka, który leżał na tylnym siedzeniu obok spanikowanego Chrisa, który krzyczał na Chestera aby skręcał.
         Samochodem trochę nieźle miotało, kilka razy byłam na skraju zlecenia z niego, ale w końcu jestem córką Zeusa i potrawie latać więc to mi w dużym stopniu pomogło utrzymać się na dachu dzikiej maszyny.
Usłyszałam głuchy odgłos i zauważyłam iskry pod moją nogą. Musieli otworzyć do nas ogień... no ładnie.
        Nacisnęłam na srebrną bransoletkę, a z niej wyskoczyła piękna tarcza, która obecnie była dla mnie zbawieniem, bo ludzka broń się od niej odbijała i spadała na ziemie jak kamyczki, rzucone o ścianę. Próbowałam uderzyć w któreś z radiowozów piorunem, ale Chester jechał tak nieregularnie, że bałam się, uderzyć w inny niewinny samochód, a tego bym nie chciała.
         Miałam ochotę wychylić się i mu powiedzieć, aby jechał prosto, ale najpewniej zrzucił by mnie z samochodu, a tego bym nie chciała. To by było straszne! Byłabym cała poharatana... nie podobałabym się Shedowowi więc nawet nie próbuję.
         Postanowiłam zaryzykować i wzleciałam w powietrze i wymierzyłam w radiowóz. Wystrzeliłam, ale w tym samym momencie poczułam ból w prawym ramieniu i jakby mnie coś popychało. Uderzyła we mnie wielka ciężarówka a  piorun walnął w skały znajdujące się po lewej stronie. Najpierw zleciało tylko kilka kamyków... ale te kamyczki zaczęły się zamieniać w głazy... i nagle zrobiła się z tego lawina kamieni.
 - Cholera. - mruknęłam spanikowana. - Pierdzielona ciężarówka. Że też, kretyni nie wiedzą jak jeździć. - mruczałam pod nosem. 
        Rozejrzałam się, za samochodem z chłopakami. W końcu zauważyłam je, jechało zygzakiem i jakimś cudem nie obijało się o krawężniki. Szacun dla Chestera. Auto było znacznie oddalone ode mnie. Zrobiłam wielkie oczy i zaczęłam je gonić, a w między czasie rozkruszając większe kamienie moimi piorunami. Ciężko było dogonić tych piratów drogowych, ale na całe szczęście na drodze zrobiło  się duże zamieszanie, a nawet kolizja! Która spadła nam z nieba bo korowód radiowozów zatrzymała sie raptownie! Jeaaa!!! Sukces!      
Użyłam mojej boskiej mocy i błyskawicznie pojawiłam się w samochodzie na siedzeniu pasażera.
 - Ches! - klepnęłam go w  ramie. - Jestem z ciebie dumna! - poklepałam go - A teraz spieprzaj bo nie umiem patrzeć jak jedziesz.
Gdy zamieniliśmy się, chłopak wydukał z siebie, że mnie zabije i zwrócił swoje śniadanie za okno. Chris próbował palnąć mnie w łeb ale zagroziłam, że oddam mu kierownicę, więc powstrzymał się.

***

 - Ches to gdzie oni są? - spytałam prowadząc... usiłując prowadzić nasza trzyosobowa grupę bezpiecznie przez kanały wentylacyjne w wulkanie.
Chłopak szedł zaraz za mną, trzymał mapę i próbował dobrze nami nawigować... Co mu nie wychodziło bo kanały co chwile zmieniały swój kierunek, a bynajmniej mapa pokazywała coś innego. W końcu Chris wyrwał mu mapę i przyjrzał się temu.
Zrobił wielkie oczy i spojrzał na zdenerwowanego Chestera.
 - Walnąłeś się w łeb? - spytał oglądając jego ciemną głowę - Czy zawsze czytasz literki do góry nogami.
 - CO?! - wydarłam się wraz z Chesterem.
 - No patrzcie - pokazał nam mapę gdzie na dole pisało coś do góry nogami. Chłopak odwrócił dobrze mapę i dało się odczytać  "zieloni". Zrobiłam wielkie oczy.
 - Zabije cię. - powiedziałam chwytając syna Aresa za fraki - Normalnie uduszę Cię własnoręcznie!  
 - Uspokój się! - powiedział i oderwał mogę dłonie od  koszulki. - każdemu może się zdarzyć.
Jakby nie ciemności, które tu panują to powiedziałabym, że chłopak jest zaczerwieniony ze wstydu, ale nie umiałam tego określić na pewno.
Westchnęłam.
 - Dobra. - uspokoiłam się i przeszłam do Chrisa, który próbował ogarnąć gdzie jesteśmy. - masz coś?
Pokręcił przecząco głową.
 - Nie umiem tego obsługiwać. - powiedział i postukał tym o ścianę. - Chce to zresetować, ale się nie da.
 - A może trzeba do niego coś powiedzieć? -zaproponowałam.
 - Ej... - Chester odezwał się ale zignorowaliśmy go.
 - Naprowadź nas. - powiedział Chris, ale nic się nie stało. - nie działa.
Pokręciłam nosem.
 - A może coś mniej skomplikowanego... Reset!
 - Mózgowcy... - głos Chesa był bardziej natarczywy.
 - Cicho! - warknęliśmy na niego.
Chris zaczął obracać urządzeniem we wszystkie strony.
 - Ale Greg powiedział, ze  to proste w obsłudze.
 - Chyba dla Hefajstosa.- odparłam.,
 - LUDZIE! JA TU HANIE SŁYSZE! - wydarł się syn Aresa.
           Spojrzeliśmy na niego, a on nasłuchiwał czegoś w ścianie. Rzuciliśmy się w jego stronę i naparliśmy na ścianę. Nagle coś chrupnęło i moje oparcie się straciło, a przede mną wyrosła bezdenna czarna pustka, która zaczęła nas wciągać. A dokładniej grawitacja przestała działać i poleciałam do dziury, która przez przypadek się zrobiła. Krzyknęłam i pociągnęłam za sobą chłopaków.  Czułam się jak na jakieś zjeżdżalni tylko coraz bardzie stromej i przerażającej. Łzy nabiegły mi do oczu od duszącego ciepła  powietrza, które drażniło moją rogówkę. Uderzyłam w coś z całej siły i przebiłam się przez ścianę wulkanu, a potem wylądowałam na ciemnowłosej osobie, a zaraz za mną ze "zjeżdżalni" wyleciała reszta podróżników i przygniotła mnie do osobnika.
Usłyszałam kilka jęków pod sobą.
 - Cholera! - syknęłam. Jedynie tyle zdołałam powiedzieć, a w głowie gromadziły mi się więcej brzydkich epitetów opisujące tą sytuacje.
 - Zoey? - usłyszałam znajomy głos obok mojej twarzy.
 - Shedow?  - spytałam niepewnie.
 - Tak myślę... - powiedział nabierając powietrza. - chwilowo nie wiem, która kończyna jest moja.
 - Złaźcie ze mnie! - usłyszałam bulwers w głosie Han.
Dziewczyna podniosła się z taką siłą, że chłopaki i ja sturlaliśmy się na ziemię. Ja byłam zadowolona bo mogłam w końcu zaczerpnąć w płuca powietrza. A to mi było troche do życia potrzebne. Niestety reszta nie miała tak dobrze jak ja bo powpadali na siebie i jęczeli jeszcze głośniej.
 - Au... - jęknęłam.
         Po minucie wszyscy stali już na swoich nogach i rozmasowywali swoje obolałe miejsca... mój biedny tyłek najbardziej ucierpiał, a tak prawie nic mnie nie bolało. Pokręciłam głową aby rozmasować zbolałe kręgi. Dziwnie mi poszczykało, ale poczułam ulgę pierwszy raz od początku misji poczułam się naprawdę rozluźniona. 
 - Co wy tu robicie? - spytał Dylan gdy już wszyscy zebraliśmy się w kupie.
Chester spojrzał na niego jak na idiote.
 - To samo co wy.
To zbiło z tropu szefa misji.
 - Ale to nasza misja. - upierał się przy swoim.
Przekrzywiłam głowę i spojrzałam na przyjaciela. Jego zachowanie było dość dziwne. Niby wyglądał  normalnie, ale mówił straszne głupoty. Jakby zapomniał po co tu jesteśmy i co mamy robić.
 - Co się mu stało? - spytałam pukając go w czoło, a ten nic. Jedynie krzywo na mnie spojrzał. - Normalnie zacząłby wrzeszczeć.
Spojrzałam po towarzyszach.
Wszyscy mieli zakłopotane miny, więc coś było na rzeczy.
 - No ten tego... - zaczął Greg.
 - No wiecie... - objął moją szyję Lorenz.
 - ... mieliśmy mały wypadek. - dokończył za niego bliźniak, który uwiesił mi się na drugiej stronie.
 - Wypadek? - dopytał Chris.
Spojrzałam na Shedowa i Hanię, którzy jako jedyni mogli mi racjonalnie odpowiedzieć na nurtujące mnie pytania.
 - No bo Dylan wlazł w jakieś opary i teraz zachowuje się... Dziwnie. - wyjaśniła Hanna.
 - Ha. - zaśmiał się zakłopotany Chester - No to bez niego jesteśmy pogrzebani. 

***

        Sznurowałam buty na zimnej ziemi, gdy podszedł do mnie Shedow. W ciszy usiadł na przeciwko i przyglądał mi się. Co chwilę zerkałam w jego stronę nie przerywając wiązania obuwia. Dopiero kiedy skończyłam przesunęłam się do niego bliżej i złożyłam mu na ustach krótki, ale bardzo wymowny pocałunek. Oparłam głowe o jego podbródek i zaczęłam bawić się jego koszulkom. 
        Siedzieliśmy tak w ciszy, oddaleni znacznie od naszych towarzyszy. Fajnie było spędzać czas w gronie przyjaciół. Ale jak widzisz kich kolejny dzień pod rząd i to na misji od której zależy przyszłość świata, to ten czas robi się strasznie irytujący. Najpiękniejsze w tym było to, że był ze mną Shedow, który umilał mi ciężkie chwilę. Tęskniłam za nim przez te ostatni dwa dni i wstydze się za to, że martwiłam się o niego, a ani razy nie pomyśłam o innych.  
 - Chris opowiedział mi co się stało podczas waszej nieobecności. 
Odsunęłam się od niego. 
 - To tylko pare potworków. Zjadam je na śniadanie! - wyszczerzyłam się. 
Chłopak po kręcił głową. 
 - Jestem z ciebie dumny.  - po tych słowach zrobiło mi się cieplej na serduszku - I za to co robiłaś w czasie "waszej" misji i za dobry plan. 
Pocałował mnie w czoło. 
 - Ja tylko wpadłam na pomysł i wam go zobrazowałam. Reszte wy dopracowaliście. - Miałam na myśli plan odzyskania kolejnego oręża, który opracowaliśmy wspólnie 10 min temu. 
 - Jakby nie ten twój głośny charakter i głupie pomysły nigdy byśmy go nie wymyślili. - powiedział masując mi nogę. 
Przewróciłam oczami. 
Dawno nie zbierało nas na pochwały. I w sumie nie lubie takiego przymulania... to nie dla mojego ADHD. Shedow zauważył, że nie wiem co powiedzieć i westchnął. 
 - Dobra chodź. - wstał nim zdążyłam zaprotestować. - Zaraz zaczynamy. 
Podał mi rękę. Ujęłam ją i pomógł mi wstać. Następnie odwrócił się w stronę reszty i zaczął iść. Pociągnęłam go za rękę, a on wpadł na mnie, obejmując mnie w tali. 
Uśmiechnęłam się. 
 - Chwile poczekają. - Złożyłam na jego ustach kolejny pocałunek ciągnąc go w stronę ciemności. 


 - Dylan idź, że prosto! - warknęłam w jego stronę gdy znów chciała wejść w po czym  korytarz. 
 - Przecież ide! - zaprotestował i znów chciał zmienić trase. 
Wzięłam go za fraki i twardą ręką prowadziłam go obok siebie. Nie wiem w jakie opary on wszedł, ale zachowywał się jakby się naćpał.
 - Jezu! - westchnął - jakaś ty nudna! 
Powiedział wymachując mieczem. Miałam już go dość. Najchętniej ogłuszyłabym go i zostawiła w jakimś korytarzu, ale jakby się stracił to by poszło wszystko na mnie, a nie chciałam niepotrzebnej kłótni! Od pewnego czasu próbuje grać troche bardziej ogarniętą osobę, ale puszczanie kierownicy i wspinanie się na dach nie rokuje mi zbyt dobrze.
 - W ogóle nie wiem po co dali mi ciebie do szczęścia. – wymamrotałam pod nosem. - Musze cie niańczyć...
Chłopak wyszarpał się z mojego objęcia i przedrzeźniając mnie zaczął iść przed siebie. Wzniosłam oczy ku niebu.
 - Dzieciak.
Spojrzałam na mapę, aby sprawdzić, czy jesteśmy w dobrym miejscu. Zmarszczyłam brwi.
 - Sądzę, że znajdujemy się dokładnie pod jaskinią wypełniona Kynokefalami. - miałam na myśli stwory z tułowiem ludzkim i psimi głowami, które pomagały Hefajstosowi w kuźni. - Dylan słyszysz? 
Podniosłam głowę, a jego nie było. 
 - DYLAN! - krzyknęłam i pobiegłam w miejsce, w którym przed chwilą był. 
 - A kuku! - wyskoczył na mnie z jakieś dziury i pociągnął w swoją stronę. 
          Straciłam równowagę i runęłam w jego stronę. Nagle ziemia osunęła się z naszych nóg i zaczęliśmy koziołkować. Próbowałam wyhamować, chwytając ściany. Udało mi się zaczepić dłonie o ścianę raniąc je, ale zatrzymałam się! I w tym momencie uderzył we mnie Dylan, który wyglądał jak małe dziecko na zjeżdżalni. Krzyczał ze śmiechu i ręce wyrzucił w górę. Podciął mnie i wylądowałam na jego kolanach. Zjeżdżaliśmy spadem coraz stromszym. W końcu z przerażenia zaczęłam krzyczeć, gdy przed moją twarz pokazała się jasna plama światła. Objęłam szyję Dylana przerażona zbliżającą się śmiercią. 
         Krzyknęłam gdy wyrzuciło nas do góry. Już nie byłam taka głupia i użyłam mocy aby wznieść się w powietrze, a biedny Dylan poleciał hen daleko. Usłyszałam trzask. To był znak, że chłopak miał nieprzyjemne lądowanie, ale sam sobie na to zasłużył. Psio podobne stwory przerwały swoją pracę - wykuwania jakiś wihajstrów - i przyglądali się nam ni to z ciekawością, ani ze zdziwieniem.
         Rozejrzałam się wokoło. Znajdowaliśmy się w wielkiej jamie, która najprawdopodobniej została stworzona przez boga, bo od ścian biła przytłaczająca moc. Jama miała wielkość sporego lotniska i co kilka metrów do sufitu zostały poprowadzone wielkie, czarne rury, które działały jak wentylacja, która odprowadzała ciepło od kraterów z lawą, gdzie pracowali Kynokefanie. 
 - Ja chce jeszcze raz! - przez hałas młotów uderzających o metal, przebił się radosny okrzyk przyćpańca, który wygramolił się z góry hełmów i zbroi. Po części był w nie zaplątany i komicznie wyglądał z napierśnikiem na głowie.
 - INTRUZI! - krzyknął jeden z człekokształtnych. 
Westchnęłam. 
Przed wielką rozrubą postanowiłam sprawdzić, czy znajdujemy się w naszym sektorze. Wyciągnęłam mapę i sprawdziłam. Na mój chłopski rozum byliśmy w dobrym miejscu. 
Schowałam mapę do kieszeni spodni i uśmiechnęłam się. 
 - Polowanie czas zacząć. - mruknęłam do siebie odbezpieczając miecz. 

***

 - Przestań tym wywijać! - krzyknęłam do chłopaka, kiedy ten chciał zrobić wiatrak mieczem. 
Ciężko mi było latać, walczyć i jednocześnie utrzymywać naćpanego Dylana w powietrzu, kiedy za nami bieg cały oddział psio-ludzi, którzy jakimś dziwnym trafem potrafili chodzić po ścianach... to straszne! 
Rozwaliłam kolejną ścianę piorunem i przeleciałam przez dużą dziurę. Spojrzałam przez ramie. Tylko pojedyncze osobniki się przez nią przedostały. 
Dobrze. Mam troche czasu - pomyślałam. 
Wyrzuciłam ciemnowłosego w powietrze, aby wyciągnąć mapę i dwie sekundy później na powrót go złapać. Spojrzałam gdzie jesteśmy. 
 - Usp. Nie ta strona. 
          Zawróciłam i leciałam wprost w zapchaną dziurę. Znów rąbnęłam w nią piorunem i wszystkie stwory, które się tam znajdowały  wyparowały robiąc nam miejsce. Gładko przebiłam się przez kolejną ścianę, tym razem zostawiając większą dziurę, aby mogły szybciej wznowić swoją pogoń. Wlecieliśmy do kolejnej jaskini, również wypełnionej człekopsami. Wleciałam pod sufit skalny, aby rozejrzeć się dokładnie. Zauważyłam błysk stali i grupkę moich przyjaciół, którzy bronili się przed napastnikami. Podleciałam do nich i puściłam Dylana, który zwalił z nóg kilka potworów, które aktualnie atakowały Han i Christophera. 
 - Dłużej nie szło? - Krzyknął Chester pozbawiając głowy Kynokefa, która potoczyła sie pod moje nogi. 
 - Przez tego jełopa zgubiliśmy się. - wskazałam na miejsce, w którym przed chwilą był Dylan. - Gdzie on jest?
Zrobiłam wielkie oczy.
 - ZOEY! - blondynka zaczęła się na mnie wydzierać. 
Usłyszałam westchnięcie za sobą. 
 - Idę. - coś delikatnego potknęło mnie w policzek, tuż przed zniknięciem. 
Uśmiechnęłam się, gdyż moje serduszko uśmiechnęło się na ten mały, delikatny gest Shedow'a. Kopnęłam stwora, który usiłował się na mnie rzucić, a ten stratował kilu swoich towarzyszy, robiąc miejsce następnym, którzy ciśli się  pod moje ostrze. 
 - Wszyscy są? - spytał Shedow na powrót pojawiając się z Dylanem.
Chris wzleciał do góry, aby policzyć stan naszej grupy. 
 - Nie ma jeszcze Lore... 
Jego monolog przerwał głośny wybuch, a zaraz po tym trzęsienie ziemi. Z sufitu, zaczęły kruszyć sie kamienie, aż w końcu zaczął się zawalać. Wszyscy rzuciliśmy się do ucieczki, lecz kamienie były szybsze. Psio-stwory raz po raz zostawały przygniatane ścianami wulkanu. My unikaliśmy tego. Ja kruszyłam skały piorunami, a w tym czasie Hanna tworzyła nad nami klatkę z zielska, która miała nas ochronić przed sufitem. W końcu wielki głaz wielkości boiska footbolowego, przygniótł  nas. 
Światło zgasło.

 - A wy co lenie? - z pomiędzy głazów i gałęzi usłyszałam głos Lorenza. 
Słup światła zalał nas, gdy bliźniak przeciął gałęzie robiąc "okienko", w którym pokazała się jego uśmiechnięta mordka. - Czas trochę popracować leniuchy! Nie po to was zabrałem na misje byście się obijali! 
Powiedział i gładko powiększył dziurę jednym cięciem. 
 - Śmiem Cię poinformować - usłyszałam głos Dylana - że to JA pozwoliłem uczestniczyć TOBIE w tej misji. Jak na razie sprawiasz same problemy! 
Chłopak pozbierał się z ziemi masując zakrwawione miejsce na czole. Musiał oberwać kamieniem, ale jak widać to przywróciło mu zmysły i na powrót pojawił się zrzędliwy gbur! Za którym tak tęskniłam!     
Bliźniak wyciągnął nas z klatki. 
Wychodząc ujrzałam istne pobojowisko. Wszędzie walały się kamienie i martwe ciała psu-ludzi. Makabryczny widok, naprawdę.
 - Kasmir powiedział, że już się zaczęło. - powiedział bliźniak 
 - Co? - zapytał nie do końca ogarnięty Dylan. 
Najwyraźniej nic nie pamiętał z czasu, kiedy był "naćpany". 
 - Próba. 

***

 - Jeny jak długo jeszcze? - jęknęłam odrywając głowę z ramienia Shedow'a.
Spojrzałam przez "okno" na pracującego Gregorego. Pracował przy kowadle i uderzał młotem o rozżarzony  metal. Nie mam pojęcia o co chodziło, ale towarzystwo Boga Kowali nie wróżyło najlepiej. 
         Braciszek siedział na wielkim wymyślnym tronie zrobionym z broni, zbrój i innych podobnych wihajstrów. Miał zniekształconą, brodatą twarz, a zamiast nogi posiadał jakieś zmechanizowane dziwactwo. Oprócz niebieskiego uniformu mechanika Hefajstos nie miał nic na sobie, co było obrzydliwe, bo przyjął postać jakiegoś obleśnego mechanika, który dłubał na zmianę w nosie i uszach. Nie dziwię się, że Afrodyta, uciekła od niego do Aresa, chodź jeszcze go nie poznała to i tak wiedziałam, ze będzie bardziej ogarnięty niż Hefajstos... i na pewno przystojniejszy... W sumie tak mówili w obozie. Jeszcze nie miałam okazji poznać swoich starszych braci i sióstr. Przydałby się zjazd rodzinny. Chciałabym to widzieć.  
 - Ile tu już siedzimy? - zapytał Chris, który co chwilę zadawał te samo pytanie i przypominał mi osła ze Shreka "daleko jeszcze? ".
 - To będzie drugi dzień. - powiedział Dylan łapiąc miecz, który zleciał mu z czoła i na nowo ustawił go tak aby się trzymał. 
Jęknął niezadowolony Lorenzo, który od niechcenia rzeźbił w kamieniu jakieś ryciny. 
 - To jest jego trzecia i ostatnia szansa - powiedział poważnie Kasmir wychylając się z okna i w skupieniu przyglądając się poczynaniach Gregora. - Taki był warunek Hefajstosa. Miał trzy szanse aby wykuć rzecz, która pomogłaby mu wyciągnąć broń wtopioną w serce wulkanu. Miał wybrać ze stu rodzaju stopów, odpowiedni, który dałby radę uwolnić broń z wulkanu. - westchnął odwracając się w naszą stronę - jeśli teraz mu się nie uda, to nici z ratowania świata. 
Taki śmiertelnie poważny ton głosu nie pasował do bliźniaka, a powtarzał tą melodramatyczną kwestię już, któryś raz z kolei, jakby chciał pokazać powagę sytuacji. To i bez niego jest straszne, a on jeszcze pogarsza sprawę! Za grosz przyzwoitości. 
Westchnęłam bezradnie. 
- Jak myślicie - powiedziałam od niechcenia - który z nas będzie następny? - spojrzałam po wszystkich twarzach. 
         Większość osób zwiesiło głowę, zaniepokojone tą myślą. Oczywiście nikt nie chciał być kolejny. Za wielkie brzemię zwisa na tak młodych herosach, którzy nawet nie wiedzą jeszcze co to prawdziwe życie... Jedni nawet nie byli pełnoletni. Brutalne. Ale na wojnie tak jest: smutek, walka, śmierć - to nieodwracalna kolej rzeczy.
Shedow przytuli mnie. 
Jedno jest pewne. - pomyślałam - Nie mam zamiaru dać komuś odejść, prędzej ja wyzionę ducha niż ktoś inny.
  - Skończył. - z ciszy wyłoniły się tylko te dwa słowa. 
Wszyscy poderwali się z miejsca aby podbiec do okienka. Przeskoczyłam przez kamienną ściankę i usadziłam na niej swój tyłek aby nie zasłaniać innym widoku. Hania poszła w moje ślady, a chłopaki górowali nad nami.
Gregory z wody wyciągnął metal na kształt jakiegoś dzbanka umieszczonym na metrowym pręcie. Zmarszczyłam brwi zdziwiona tym widowiskiem. 
 - Baran! - wymamrotałam. 
 - Co on chce zrobić z tym wihajstrem? - zapytał Chris. 
Widać, że przejął pałeczkę głupich pytań od Chestera. Musze zapamiętać, aby ograniczyć przebywanie z nim, aby jego głupota nie przeszła na mnie. Mam dość własnej! 
 - Co on kucharka? - parsknął Lorenz. 
 - Przecież miał to rozwalić! - zbulwersował się Chester. 
Chłopacy zaczęli spekulować, nad poczynaniami Grega. ?Jeden przez drugiego przekrzykiwał się co zrobią mu jak go dorwią. 
Przez harmider głosów, usłyszałam ciche słowa Han. 
 - Nie. - szepnęła wpatrując się jak zaczarowana w chłopaka - On nie miał tego rozwalić... 
 - Tylko wyciągnąć broń znajdującą się w wulkanie. - dokończył za nią Dylan. 
Para spojrzała na siebie. Pod wpływem ich wzroku temperatura w powietrzu podniosła się. Lecz nie trwało to zbyt długo, gdyż dziewczyna odwróciła głowę.
 - A jak... 
 - Chce użyć lawy do stopienia skały - przerwał mi Shedow - Dlatego wykuł dzbanek, na stalowym "kijku". 
Uśmiechnęłam się szeroko. Odwróciłam głowę i cmoknęłam głośno Sheda w policzek. 
 - Mój mądrala! - usłyszałam dźwięk " dławienia się ". Han udawała, że wymiotuje widząc nasze pieszczoty. - Głupek. - syknęłam i aby jej jeszcze bardziej obrzydzić całą tą sytuację, pocałowałam mojego chłopaka w usta. 
nie trzeba było czekać długo na jego reakcje. W końcu to facet, a każdy facet jest taki sam. 
 - Glonojady - szturchnął mnie Kasmir. - Skończcie czyścić sobie ząbki i patrzcie. Zaczyna. 
Odwróciłam głowę w momencie, kiedy Greg, wylewał na skałę cieknącą lawę. Wstrzymaliśmy oddech. Powoli skała zaczęła się topić i kruszyć, ale teraz zostało jedno pytanie. Czy lawa nie naruszy broni? Bo jeśli tak to mamy przekichane. 
Syn Hefajstosa, pracował przez cały czas w pełnym skupieniu. Krople potu malowały swoją drogę na brudnej od sadzy i dymu skórze. Chłopak przez ostatnie dwa dni pracował bez odpoczynku. Musiało go to strasznie wymęczyć. 
        Po wiekach "uwalniania", broni w końcu usłyszeliśmy głuchy brzęk spadającego metalu na podłogę. W tym samy m momencie młody kowal upadł na ziemię, oddychając ciężko. Hefajstos powstał zr swojego tronu i zaczął przemawiać do swojego o syna. My nie słyszeliśmy słów, gdyż znajdowaliśmy się w magicznej bańce, która pozwalała nam tylko oglądać co się dzieje na dole... coś ja lustro weneckie. 
Gdy Hefajstos zniknął, a Greg uniósł w górę kciuk, wszyscy wybuchliśmy okrzykiem radości. 
 - Mamy kolejną broń! - krzyczeli razem bliźniacy. 
 - Temu skurczybykowi się udało! 
 - Chodź. - szepnął Shedow dając znać głową Chrisowi, aby szedł z nami. 
Zsunęłam się z balustrady i zaczęłam spadać w dół. Bariera zniknęła zaraz po odejściu Hefajstosa, więc nie musieliśmy bezczynnie tkwić w miejscu.  Przyśpieszyłam i znalazłam się obok wycieńczonego olbrzyma. 
 - I jak mi poszło? - wysapał. 
Wyglądał jak wrak człowieka. Miał podkrążone oczy i był wycieńczony. 
Obok mnie zmaterializował się Shedow, a zraz po nim Chris. Chłopaki pomogli mu usiąść. Szturchnęłam go w ramię. 
 - Jak jeszcze raz będziesz mnie tak straszyć, to osobiście skopie Ci tyłek! - wydarłam się na niego. 
 - Ładny, ładny. - zagwizdał Chris, podnosząc wielki srebrny młot, z rękojeścią zrobioną z kolorowych nitek. - i cholernie ciężki. - Chłopak musiał go trzymać w dwóch rękach. 
 - Lawa się rusza! - krzyknęła Han, schodząc z resztą po "wiogronowych" schodach, które stworzyła. 
Spojrzeliśmy na lawę, która zaczęła wyżerać jakieś znaki w podłodze. 

" Niech mąż, który serce ma otwarte, 
przybędzie na skrzydłach wiatru 
do dróg, gdzie wrota stoją otwarte "



Jeju! Jeju! Jeju! 
PRZEPRASZAM, PRZEPRASZAM< PRZEPRASZAM!! 
Wiem musiałyście na notke czekać prawie 2 miesiące! Czuje się za to naprawdę okropnie! Jak jędza większa niż Zoey i Rikki razem wzięte!
Naprawdę  was przepraszam! 

A że ostatnim razem pojawiłam się na blogu w zeszłym roku, chciałam was serdecznie poinformować i zaprosić! na mój nowiutki blog!! :D Niedawno pojawił się na nim Rozdział V!! 


Ps. Przepraszam za pojawiające się błędy, ale po prostu byłam zmęczona ;) 
      Data kolejnej notki jest bliżej nieokreslona, gdyż mamy pewien problem z "komunikacją", ale   
      trzymajcie kciuki za rychłe pojawienie się kolejnego rozdziału!! :D 


A ramach moich stokrotnych przeprosin, Panowie ładnie zatańczą xD 

https://www.youtube.com/watch?v=QJV62zeUVDE 

Pozdrowienia! 
Bujka ;**

4 komentarze:

  1. Zapraszam do siebie :)
    http://believe-for-destiny.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Super blog, zaciekawiło mi to wszystko *_*
    Mogłabyś zerknąć do mnie? :)
    http://s3condbreathe.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń