sobota, 19 stycznia 2013

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Usiadłam na fotelu naprzeciwko kominka i patrzyłam na żarzące się węgielki. Przypominały mi one dzieciństwo, kiedy razem z mamą przysiadałyśmy do wigilijnego stołu, a w tle kolęd słyszałyśmy tańczące iskry. W tym roku mija już dziesiąta rocznica jej śmierci. Tęsknię za nią jak za nikim innym. A teraz również brakuje mi Ramiro, mojego ojczyma. Boję się, że moje odejście mogło zniszczyć doszczętnie. Nie ma osoby, która mogłaby się nim zaopiekować, on nie ma już nikogo.
Spojrzałam na kieliszek wina, który stał na stoliczku. Sięgnęłam po niego i go powąchałam. Miał dokładnie taki sam zapach jak w Toskanii. Myślami znowu wróciłam do dnia, kiedy mój ojciec postanowił pokazać mi jak się wytwarza wino. Zaprowadził mnie wtedy do swojej winnicy i po raz pierwszy poczułam się jak w domu. Zapach winogron mnie uspokajał i dawał mi nadzieję. Myślałam, że jeżeli nauczę się prowadzenia tej inwestycji, to w końcu mój prawdziwy tata kiedyś tam przyjedzie i mnie pochwali. Nigdy to nie nastąpiło, a kiedy w końcu go poznałam, to okazał się przeciwieństwem mojego ideału.
Obejrzałam się za siebie i zobaczyłam moją całą rodzinę obozową. Wszyscy cieszyli się tym dniem, cieszyli się swoją obecnością . Za każdym razem, kiedy patrzyli się na mnie, uśmiechałam się – pragnęłam im dać znać, że ze mną dobrze, ale było wręcz przeciwnie. Nie chciałam spędzać świąt tutaj, mam powoli dosyć tego miejsca. Wiecznie tylko te cholerne treningi, „ataki” przepowiedni u Dylana i wielkie kłótnie Zoey i Chestera. No i jeszcze ten synek. Każdego dnia muszę patrzeć na jego fałszywą twarz i muszę się zachowywać jakbym nic do niego nie miała. Jak Zo mogła z nim być?
Wstałam z sofy i wyszłam na dwór. Bogowie zesłali śnieg, więc można było poczuć magię świąt, ale ja już dawno ją przestałam czuć. Wzięłam głęboki wdech i napełniłam swoje płuca mroźnym powietrzem. Chcę w końcu coś zmienić. Mam już dosyć tej ciągłej nudy. Założyłam na głowę czapkę i ruszyłam w kierunku świątyni ojca. Znajdowała się ona najbliżej lasu – satyrowie uwielbiają to miejsce. Kiedy się zbliżałam, zauważyłam Karola. Satyr na mój widok się uśmiechnął i odbiegł.
Weszłam do świątyni i zobaczyłam na środku przeklinającego ojca. Na szczęście już zdjął swój strój renifera. Kiedy usłyszał moje kroki, odwrócił się i na mój widok się skrzywił. Gdybym mogła, to przywaliłabym mu w ten jego zadufany w sobie pysk.
- Dionizosie – odezwałam się. – Mam do ciebie prośbę.
- Hmm… - mruknął. – Dlaczego tak oficjalnie.
Nawet się nie odwrócił, tylko dalej pielęgnował swoje winogrona.
- W jakim sensie oficjalnie? Chyba nie chodzi ci o to, że już nie zwracam się do ciebie „tato”?
- Właśnie o to…
Wybuchłam śmiechem.
- Kpisz sobie ze mnie? Za niedługo minie jakieś dwa lata odkąd tutaj jestem, a ty ani razu nie potraktowałeś mnie jak córkę, więc nie proś mnie, żebym się w taki sposób do ciebie zwracała. Sam fakt, że wolisz Zo ode mnie i żałujesz, że to nie ona jest tą twoją jedyną córką już pominę, bo szkoda mi na to nerwów. Chciałabym, żebyś wyraził zgodę na to, żebym mogła wrócić do Toskanii chociaż na parę chwil.
W końcu się odwrócił i spojrzał na mnie w szoku. Po chwili pokiwał głową i wrócił do poprzedniej czynności. Poczułam jaki narastał we mnie gniew. Nawet nie zapytał się, dlaczego chcę tam wrócić ani też jak mi minął wieczór. Poczułam jak do oczu napływają mi łzy. Nigdy nie zrozumiem, co moja matka w nim widziała. Był on tylko egoistycznym gnojkiem, dla którego najważniejszy jest tylko ten cholerny alkohol.
- Nienawidzę cię, wiesz o tym? – warknęłam.
Odwrócił się i uniósł brew.
- Mnie? – prychnął. – Mnie każdy kocha, więc nie bądź głupia. Gdyby nie ja, to nie znalazłabyś się tutaj, gdyby nie ja, to ty w ogóle byś nie istniała.
- To jestem pierwszą osobą, która ciebie nie kocha i nigdy nie będzie kochać. Nawet gdybyś był moją jedyną szansą na przeżycie, to nie poproszę cię o pomoc, a kiedy będą ci grozić, to pozwolę ci zginąć.
Nagle wszędzie nastała cisza. Poczułam jak w świątyni zmienia się aura. Wiedziałam, że moje słowa w końcu do niego trafiły. Pierwszy raz nie żałowałam tego. Nareszcie nie ukrywałam tego, co czułam, nareszcie, to z siebie wyrzuciłam.
- Co się przejmujesz Dionizosie? – powiedziałam kpiącym głosem. – Przecież wszyscy cię kochają, więc co ja mogłabym zrobić z tym fantem? Przecież jestem nie udaną córką, jestem nieudanym dzieckiem.
- Milcz.
- Albo co? Ześlesz mnie do swojego wuja? Nie boję się, wiesz? – zbliżyłam się. – Mam już was wszystkich dosyć. Przyrzekam na duszę mojej matki, że po tym wszystkim, co mnie teraz czeka odejdę. Odejdę i nigdy nie wrócę, zapomnę o tym miejscu, zapomnę o tobie, zapomnę o tym, że jestem półbogiem. A teraz pozwól, że odejdę, bo chcę jeszcze dzisiaj odwiedzić mój dom rodzinny.
Nim coś Dionizos powiedział wybiegłam ze świątyni.
- Hanna? – usłyszałam męski głos. – Wszystko dobrze?
Odwróciłam się i zobaczyłam Chrisa. Niestety mój obrót był za szybki i upadłam na ziemię. Poczułam niesamowity ból w głowie. Po chwili nade mną stał już chłopak, który miał na twarzy uśmieszek. Podał mi rękę i podciągnął.
- Dzięki – mruknęłam.
- Nie ma za co. Tak w ogóle, podobno chcesz na chwilę zjawić się w Toskanii?
Popatrzyłam na niego i pokiwałam głową. Ten się uśmiechnął i podszedł do mnie. Złapał mnie za rękę, a drugą zamknął mi oczy. Poczułam jak zaczęło mnie ściskać w brzuchu oraz niedobrze mi było.
Po jakimś czasie wszystko się uspokoiło i delikatnie otworzyłam oczy. Znalazłam się w znajomym mi miejscu pozbawionego śniegu. Pola były pełne winorośli, a zapach, który umykał z okna w kuchni przypomniał mi gdzie jestem. Spojrzałam na pensjonat i po moich policzkach popłynęły łzy. Jednak wszystko jeszcze działa, mój ojczym sobie poradził.
Powoli skierowałam się do okna, za którym dawniej znajdował się salon. Najwidoczniej do tej pory nic się nie zmieniło. Spojrzałam przez nie i zobaczyłam w środku piękną, młodą kobietę o zaokrąglonym brzuszku. Wydawała się być taka szczęśliwa… Po chwili podszedł do niej mężczyzna, którego na samym początku nie poznałam. W końcu zobaczyłam w nim mojego ojczyma, ale odmienionego ojczyma. Nie wyglądał już jak alkoholik, w końcu wyglądał jak normalny i przystojny mężczyzna.
Odwróciłam się do Chrisa i przytuliłam go do siebie.
- Dziękuję ci, że mnie tutaj zabrałeś, ale teraz mnie stąd zabierz.
- Dobrze, zamknij oczy.
Tak też zrobiłam. W drodze powrotnej nie myślałam o przebiegu podróży, ale o tym, co widziałam. Tak dawno nie widziałam Ramireza, nawet nie wiedziałam, czy żyje. W końcu zobaczyłam go i jego nową rodzinę. Tak bardzo się z tego powodu cieszę, ale mam uczucie jakby ta kobieta zastąpiła moją matkę, a to dziecko mnie. Chciałabym, żeby on kiedyś się dowiedział o moich osiągnięciach, chciałabym, żeby on kiedyś tutaj przyjechał i powiedział: „ Haniu, jestem z ciebie dumny”, tak jak byłam młodsza.
- Han, jesteśmy na miejscu.
- Dziękuję – pocałowałam jego policzek. – Proszę cię, nikomu nie wspominaj o naszej podróży oraz to, co widzieliśmy tam. Nie chcę, żeby ktokolwiek wiedział, co czuję i jak się mam. Nie wspominaj też o tym, że rozmawiałam z Dionizosem. Jestem pewna, że on również nigdy nikomu o tej rozmowie nie wspomni.
- Dobrze.
W pewnej chwili usłyszeliśmy jakieś hałasy. Spojrzeliśmy się po sobie i pobiegliśmy w kierunku skąd one dobiegały. W połowie drogi wpadliśmy na Klarę i Dylana, którzy też byli zaniepokojeni. Poczułam niesamowitą nienawiść w spojrzeniu dziewczyny. Dobrze wiem, że odkąd ja i Dylan znowu zaczęliśmy odnawiać naszą przyjaźń, to chciałaby się mnie pozbyć. Nie dziwię się jej. Ja też na jej miejscu nie chciałabym, żeby jakaś dziewczyna się przy nim kręciła.
Znaleźliśmy się przy świątyni Hadesa, która była pełna czaszek i tych wszystkich piszczeli. No nie wierzę, że bliźniacy są synami właśnie tego boga. Na środku stał wielki tron, gdzie siedział podobizna przystojnego, ale zimnego Hadesa.
Rozejrzeliśmy się po świątyni i zobaczyłam jak bliźniacy, Zo i ktoś jeszcze rozwalają kości ze ściany.
- Ogłupieliście! – warknęła Klara. – Chcecie zdenerwować Hadesa?
- Dokładnie! – odkrzyknęła Zo i rzuciła kością piszczelową w głowę boga.
W końcu usłyszeliśmy wrzask, a potem tylko widziałam ciemność.


Powiem tak, zabijajcie mnie ile chcecie, że tak długo musiałyście, czy też musieliście czekać na to coś. Nie miałam czasu, nie miałam sił, nie miałam chęci, żeby wymyślić coś lepszego, ale jednak tak to jest jak ciągle odczuwa się presję... Nie obiecuję, że na przyszły raz, kiedy będzie moja kolej wymyślę coś ciekawszego albo szybko się pojawi. Nie mam czasu na pisanie i powinnyście lub też powinniście zrozumieć.
Kinga

5 komentarzy:

  1. Super! Na prawdę świetny!

    Zapraszam do siebie http://walk-away-and-stay.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja? Zabic? KINGA, JA CIE KOCHAM!

    OdpowiedzUsuń
  3. Dlaczego tak DŁUGO ?! Już myślałam że z moim komputerem coś nie tak. Ale w końcu się doczekałam i warto było czekać bo rozdział CUDOWNY ! :D

    OdpowiedzUsuń