wtorek, 20 sierpnia 2013

Rozdział czterdziesty pierwszy

Dylan
 Ponownie szargały mną przeciwne uczucia. Z jednej strony cieszyłem się z tego, że w końcu odnaleźliśmy Klarę, a przede wszystkim nic jej nie jest, ale z drugiej strony czułem się fatalnie, bo dopiero teraz zdałem sobie sprawę ile ludzie dla nas poświęcili. Tyle, że my jesteśmy rodziną.. Musimy sobie pomagać w trudnych chwilach, ja wręcz nie wyobrażam sobie, żeby zostawić kogoś na pastwę losu.
 Podszedłem do łóżka Hani i dotknąłem jej chłodnego policzka. Od kilku godzin jest w głębokim śnie, może to nawet lepiej. Na szczęście w ostatniej chwili została podana jej ambrozja. Dobrze, że Rikki miała tutaj trochę tego. Właśnie Rikki.
 Obróciłem się i zobaczyłem stojącą przy wejściu do groty dziewczynę. Zmieniła się od czasu, kiedy odeszła z obozu. Wygląda na dojrzalszą, a przede wszystkim już nie ma w oczach tych iskierek, które zawsze towarzyszyły jej. Stała się chłodną osobą i w rozmowie z nami również taka jest. Ta jej obojętność powoli staje się nie do zniesienia.
 - Co z nią? - podeszła do niej i dotknęła jej czoła. - Jak sądzisz wybudzi się za chwilę?
 - Przykro mi Rikki, ale ja również nie mam pojęcia. Tak bardzo chciałbym, żeby otworzyła w końcu powieki...
 Wiedziałem, że dziewczyna mi się przygląda.
 - To nie twoja wina - hmm... gdyby ten głos posiadałby choćby odrobinę ciepła, to uśmiechnąłbym się do niej, ale to zabrzmiało jak jakaś regułka, którą należy w takich chwilach powiedzieć.
 - Wiem - odpowiedziałem i usiadłem pod ścianą. - Ludzie tęsknią za tobą w obozie, wiesz?
 - A wiesz, że nie umiesz kłamać? - na jej twarzy na chwilkę pojawił się uśmiech. - Oni za mną nie tęsknią, Dylan, a ja jestem tego świadoma. Mi również lepiej bez nich, w końcu mogę robić, to co chcę i nikt nie komentuje mnie za każdym krokiem... Jestem wolna i dobrze mi z tym.
 Odpuściłem... Mógłbym teraz mówić o Zoey, że nie jest taką jedzą jaką do tej pory była, ale mam wrażenie, iż Dionizos nie kłamał, kiedy mówił o jej sile. Sam fakt, że uratowała Hanię i Chrisa pokazuje jej potęgę. Gdybym mógł, to chciałbym cofnąć czas i spróbować jakoś załagodzić stosunki między córkami boga wody i nieba. Tylko czasem o takich sprawach przypomina się zbyt późno.
 - Nie podziękowałem ci jeszcze za uratowanie Klary - podniosłem wzrok i znowu spojrzałem na dziewczynę, która przysiadła się na łóżku obok przyjaciółki. - Ona jest bardzo dla mnie ważna i nie wyobrażam sobie życia bez niej.
 - Nie ma za co, przecież wiem jak bardzo wam wszystkim na niej zależy - uśmiechnęła się, tym razem trwało to dłużej. - Lecz to nie to górowało podczas misji ratowniczej, Dylan. Przypomnij sobie swoją ostatnią przepowiednię.
 Skrzywiłem się, kiedy usłyszałem słowo 'przepowiednia'. Nie przepadałem za tym, dlatego zawsze starałem się jak najmniej o tym myśleć, lecz teraz zgodziłem się. Zamknąłem oczy i zacząłem w pamięci przypominać sobie wszystkie słowa tamtej przepowiedni.
 - Dobra, mam i co dalej? - podszedłem bliżej Rikki.
 - Myślałeś, kiedyś o kim mowa?
 - Nie, nie chcę o tym myśleć.
 - Może nadeszła już pora - zbliżyła twarz do mojej. - Kilka osób już zna swój los, może ty też powinieneś się nad nim zastanowić, synu Apollina, boga słońca.
 Minęła mnie i wyszła z groty. Zmarszczyłem czoło, próbując w głowie poukładać, to co dziewczyna powiedziała mi. Nienawidzę tego uczucia, że wszyscy każdą mi się nad czymś zastanawiać. Pokręciłem głową, próbując odepchnąć myśli i ostatni raz spojrzałem na Han. Pocałowałem ją w czoło i wyszedłem z jej groty. Przed nią spotkałem Klarę, która siedziała przy wejściu, nawet tam nie weszła. Usiadłem więc obok niej i spojrzałem w oczy.
 - Przepraszam - szepnęła. - Przepraszam, że byłam o nią zazdrosna. Za każdym razem, kiedy ją widziałam w pobliżu ciebie albo obok ciebie zbierał się we mnie strach, że ona mi ciebie odbierze - do jej oczu napłynęły łzy. - A pierwsze, co zrobiłam, kiedy mnie znalazła, to oskarżyłam ją, że wcale mnie nie szukała...
 - Cii.. - przytuliłem jej głowę do swojej piersi. - Już wszystko jest dobrze.
 - Nic nie jest dobrze - podniosła wzrok. - Nic...
 - Klara, czy ja o czymś nie wiem? - podniosłem delikatnie jej głowę, żebym mógł spojrzeć w jej oczy.
 - Dylan.. Ona mi się śniła, widziałam jej czerwone oczy... Dylan, ja jestem hełmem i tarczą.
 Teraz zrozumiałem, o co chodziło Rikki. Poczułem jak tracę oddech, chciałem, żeby to, co powiedziała nie okazało się prawdą. Ona nie może być jedną z ośmiu, ona jest za delikatna, żeby iść na wojnę. Nie może być tak, nie może...

Hania
 Podniosłam się z miękkiego łóżka, nie czując już żadnego bólu. Obróciłam się, chcąc pościelić łóżko i znieruchomiałam. Na łóżku leżałam ja, a raczej moje ciało. Zaczęłam cała drżeć. Czy ja nie żyję? - pomyślałam. 
 Poczułam czyjeś ręce na swoich ramionach, odwróciłam się i zobaczyłam ją, moją mamę. Była taka piękna i uśmiechnięta, dokładnie taka jaką pamiętam. Przytuliłam się do niej, zaskoczona, że w ogóle mogę ją dotknąć.
 - Mamo... - nie umiałam nic więcej powiedzieć.
 - Haniu, mamy niewiele czasu - dotknęła mojego policzka i spojrzała w oczy. - Nie powinno ciebie tutaj być, to nie twoja strona. Musisz się jak najszybciej obudzić, bo w innym wypadku zostaniesz w tym śnie na wieki.
 - Właśnie, dlaczego nie jesteś w Hadesie, jak tutaj się znalazłaś?
 - Mama i ciocia pomogły mi, ale tylko na chwilę. Marzyłam tyle lat, żeby cię dotknąć, wiesz? Przepraszam, że zostawiłam was. Miałam nadzieję, że Ramiro sobie poradzi, ale się pomyliłam. Tyle lat go musiałaś znosić... Dziękuję, że zaopiekowałaś się nim.
 - Ty naprawdę go kochałaś? Myślałam, że byłaś z nim tylko dla mnie...
 - Nie - pokręciła głową. - Kochałam go ponad swoje życie i jestem szczęśliwa, że znalazł nową rodzinę. Jest mi przykro, że możliwe, iż nigdy ich nie poznasz... Chciałam dla ciebie stworzyć prawdziwą rodzinę... Przepraszam.
 - Mamo, nic się nie stało... Miałam prawdziwą rodzinę.
 Złapałyśmy się za ręce. Nie chciałam jej puścić. Tyle lat na nią czekałam. 
 - Haniu proszę uważaj na siebie... Nie daj się zabić, zaufaj swoim partnerom... Ich wiedza i doświadczenie jest w stanie was ocalić, zaufajcie sobie nawzajem. Pewnego dnia cały świat bogów będzie was czcić za to, że ocalicie świat - uśmiechnęła się i sięgnęła ręką do kieszeni swoich dżinsowych spodni. - Wiem, że Dionizos wręczył ci już mój łańcuszek, ale chciałabym ci wręczyć bransoletkę, która będzie ci przypominać o mnie i o Ramiro...
 - To jest pożegnanie, prawda? - podniosłam wzrok. - Nie zobaczymy się już nigdy?
 - Niestety, nawet w Hadesie będziemy z daleka od siebie. 
 Po jej policzkach zaczęły płynąć łzy.
 - Kocham cię Hanno i jestem z ciebie dumna.
 - Też cię kocham.

  Nie czułam się dobrze, nie umiałam się obudzić, próbowałam, ale nie potrafiłam. Spóźniłam się - pomyślałam. Zaraz po mnie przyjdą i zabiorą tam, gdzie być nie powinnam. Miałam ochotę płakać, ale nie potrafiłam, tutaj nic nie mogłam zrobić. Skuliłam, więc się w ciemności i słuchać ciszy... Wtedy usłyszałam jego głos, piękny, ale zarazem smutny, żałosny, wołający mnie, żebym wróciła. Wstałam i zaczęłam się za nim kierować. Po kilku minutach zobaczyłam światło, a przede mną stojącego Dylana, po którego policzkach płynęły łzy.
 - Co się stało? - podniosłam się na łóżku i go przytuliłam. - Dylan, o co chodzi?
 - Myślałem, że nie żyjesz - jego głos był najsmutniejszym głosem jaki słyszałam w ostatnim czasie. - Tak się bałem o ciebie... Nie wiem, co zrobiłbym jakby ciebie zabrakło.
 - Byłam martwa, ale przez chwilę - odsunęłam się od niego. - Już wszystko w porządku - uśmiechnęła się. - Co z Klarą? Czy reszta już dotarła? Zo chce mnie zamordować, czy jeszcze nie?
 - Han... - spuścił głowę. - Z Klarą wszystko w porządku, ale reszta...
 - Co z resztą?
 - Wrócił tylko George i Chris... Zoey wróciła ratować obóz. Zostawiła kartkę z wiadomością, że zaatakowano obóz.
 Popatrzyłam na niego pytająco. Jak to zaatakowali obóz? - pomyślałam. Przecież, kiedy go zostawialiśmy nic się nie zapowiadało, że zamierzają go atakować. Chyba, że to całe porwanie było przemyślanym podstępem.
 - Trzeba tam jechać.
 - Nie możemy Han - pokręcił głową.
 Do sali weszła Rikki, ale nie przypominała mi już tej samej Rikki, którą znałam. Zmieniła się i to bardzo, a myślę, że gdybym ją poznała w tym okresie, to reagowałabym na nią jak Zoey... Lecz jednak to ona ocaliła mi i Chrisowi życie oraz wyzwoliła Klarę spod rąk wroga.
 - Wszyscy tutaj należą do ósemki - powiedziała. - Nie tam wasze miejsce.
 - Skąd o tym wiesz? -podniosłam wzrok. - Jak to możliwe?
 - Stamtąd skąd ty i Shedow dowiedzieliście się o sobie - podeszła jeszcze bliżej mnie. - O tym fakcie chyba o nikim nie powiedziałaś, prawda?
 - Han? - usłyszałam pytający głos Dylana. - Czy to prawda? Czy wiedziałaś o sobie i nie powiedziałaś nam?
 - Dowiedziałam się o tym tego samego dnia, co Klara została porwana. Nie zapominaj jak mnie wtedy nie trawiłeś... Jak ci miałam powiedzieć, hmm? Hej Dylan, nie ważne, że nie wiemy gdzie jest twoja dziewczyna, ale słuchaj tego: jestem tą Winoroślą z przepowiedni, fajnie nie? - spuściłam głowę. - Przepraszam, ale zrozum, że nie miałam innego wyjścia.
 W grocie zapanowała cisza, nikt nic nie mówił, co mnie najbardziej przerażało. Nie powiedziałam prawdy o sobie najlepszemu przyjacielowi, wiem, że to nie fair, ale on już przeżywał piekło, a jakby zareagował na to, że jego przyjaciółka należy do ósemki... Teraz prócz mnie jest Shedow, On, Ona... Chwila!
 - Ty nie należysz do ósemki, prawda? - podniosłam wzrok.
 - Zgadza się, ja do niej nie należę, ale jestem w stanie wam pomóc ile tylko będę w stanie.
 - Czyli tak, jestem tam ja, Dylan - zaczęłam liczyć na palcach. - Chris, George, Shedow, Klara... Jest nas tylko sześcioro, gdzie jest zatem reszta?
 - Na bitwie - uśmiechnęła się.
 - Pomożesz im? - zapytałam.
 Z jej twarzy zniknął uśmiech. Najwyraźniej źle wspomina obóz. Złapałam jej dłoń i przyciągnęłam ją do serca.
 - Proszę, to nasza rodzina...

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Rozdział Czterdziesty

Otworzyłam oczy.
Było ciemno.
Ktoś do mnie mówił i lekko mna potrząsnął. Zamrugałam leniwie kilka razy, ale huczący ból w głowie oraz brak sił spowodował, że nie potrafiłam ruszyć żadną kończyną. Ktoś położył mi zimny okład na czoło. Próbowałam coś powiedzieć, ale wysiłek okazał się zbyt ciężki i osunęłam się w objęcia snu.


Znalazłam się w środku lasu. Przed sobą widziałam jedynie mrok. Wokół mnie panowała bezgraniczna cisza, przerywana pohukiwaniem sowy. Szłam przed siebie potykając się o nie widoczne korzenie drew i małe krzaki. Nie wiem jak długo szłam. Powoli zatracałam się w rytmie miarowego oddechu i żwawego kroku.
Usłyszałam przed sobą głosy i wzburzoną wodę. Powołałam sie na herosi instynkt i pokierowałam się w tamtą stronę. Powoli umiałam dosłyszeć o czym mówią.
A to dziwne, że próbuję ci pomóc odzyskać Klarę? - mruknęłam.
 - W taki sposób? - zmarszczył czoło. - Jestem pewien, że gdybyś mogła, to zadźgała ich.
 - Nie chcieli pomóc! - warknęłam.
 - Nie? Przecież narażali życie...
Czyżby usłyszałam głos Hani i Dylana?
Usłyszałam szelest za mną. Odwróciłam się i zobaczyłam Shedowa wyłaniający się z cienia drzew. To było niesamowite! Jakby jego ciało zmaterjalizowało się z ciemności. Szedł prosto na mnie, jakby mnie nie widział.
Zaczęłam ruszać rękami aby mnie zauważył.
 - Ej Shedow! Stój!
A ten dosłownie przeszedł prze zemnie.
Wytrzeszczyłam oczy:
 - Co? - powiedziałam zaskoczona. Najwidoczniej chłopak w ogóle mnie nie słyszał. - Co tu się do cholery dzieje?! 
Chłopak zniknął, a po chwili usłyszałam jego głos jak rozmawiał z  innymi.  
Odgłosy rozmów przerodziły się w krzyki. Rzuciłam się biegiem na pomoc ludzią.
Wypadłam z lasu i zauważyłam niespotykaną scenę. Woda porwała Dylana, Shedowa i Hannę. Powoli wszyscy znikali w czarnych odmętach wody. 
Rzeczywistość zafalowała i dostałam się do jakiegoś dziwnego miejsca. Była to wilgotna jaskinia, w której było bardzo zimno. Zaczęłam przechadzać się wzdłuż wilgotnych ścian, aż napotkałam dwie postacie, które ze sobą rozmawiają. Była to Hanna i... KLARA! O boże! jak sie ciesze! Nie jestem narażona na gniew Ateny!! Hue, hue, hue!! 
Zaczęłam tańczyć. i tak nikt mnie nie widzi więc mogę soie trochę poszaleć. 
Poczułam jak wszystko faluje. 
 - Zoey! Zoey! - kobiecy głos zaczął huczeć w mojej głowie - Zoey! Posłuchaj to bardzo ważne! 
Zaczęłam obracać się jak pogłupawa, próbując zlokalizować zkąd dochodzi ten głos. 
Nagle przede mną zmaterializowała się Kobieca postać, ubrana w niebiesko-białą suknię.
 - Zoey! Zoey! - darła się dalej. 
W końcu jej postać stałą się wyraźniejsza i ujrzałam w niej Honey!
 - James! Wyłaź z mojej głowy! Wiem, że jesteś narzeczoną mojego brata, ale to nie znaczy, że bezkarnie możesz wchodzić do mojej głowy! - zbeształam ją. 
           Honey należała do dzieci Hery, które miały specjalne umiejętności w komunikowaniu się na odległość, ale tylko przez sen. Tworzyły swoją własną rzeczywistość do, której cie w sadzali i nie wypuszczali aż sobie pogadacie. Tyko najgorsze jest to, że twój umysł jest sobie daleko od ciała, a osoby które na cb patrzą widzą co robisz... czyli ciało zostaje na miejscu. Czyli jest to jedna z wielu form snu. 
 - Zoey zamknij się. - usłyszałam spokojny, ale szorstki głos mojego brata, który pojawił się za swoją lubą. - Ty nawet nie wiesz jakie masz kłopoty. Złamałaś razem z twoimi lekkomyślnymi przyjaciółmi kilka poważnych zasad obozu. Uciekliście, więc teraz... 
Machnęła ręką lekceważąco.
 - Jeśli wlazłeś do mojej głowy tylko po to aby powiedzieć mi, że mam kłopoty to mam cie w głębokim poważaniu. Ja użeram sie z Harybsami, z bękartami bliźniaczych bogów i... 
Honey, nie dała mi do kończyć. 
 - Jutro obóz zostanie zaatakowany.
Momentalnie zamknęłam się. Wybałuszyłam oczy. 
 - J... Jak... to?! - wyjąkałam.
Zayn wziął dłoń dziewczyny i zamknął ją w swoich wielkich łapskach. 
 - Nasi zwiadowcy zauważyli poruszenie ze strony południowej. Maszeruje na nas oddział złożony z pięciu tysięcy wysłanników Nemezis: harpii, cyklopów, olbrzymów, widziano wśród nich sporą ilość Harybs. A oddziałami dowodzi bliźniaczka Ateny - April.
Pierwszy raz w życiu naprawdę się wystraszyłam. Normalnie zimny pot zleciał mi po plecach. W tym momęcie byłam przerażona. 
 - Zoey... ściągamy wszystkich herosów z misji i tych którzy mogą jeszcze walczyć. Ewakuacja zaczęłą się dziś rano i będziemy robić wszystko aby opóźnić atak wroga...          
 - Na dodatek wbiliście nam nóż w plecy. Szóstka najlepszych herosów nagle opuściła obóz i nie wiadomo gdzie sa! 
 - Odbiliśmy Klarę. - ucięłam na swoje usprawiedliwienie. 
Zayn znalazł się obok mnie. 
 - ZOEY! Czy ty nie rozumiesz, że za jedną osobe poniesiemy straty może nawet połowy pułku? 
Zagryzłam wargę. Nie mogłam mu powiedzieć, że Atena groziła mi śmiercią... Wiedziałam, że brat ma racje, ale nie potrafiłam tego zaakceptować. 
 - Zoey. - słowa Honey zadźwięczały echem w mojej głowie - Potrzebujemy was...


         Poderwałam się. Dyszałam bardzo szybko. Czułam na plecach zimno pot. Moja klatka piersiowa unosiła się jakbym przebiegła maraton. Próbowałam się uspokoić, ale czułam się otumaniona. Ten sen wydawał się tak rzeczywisty. Wstałam z łóżka próbując ochłodzić swój organizm. Zauważyłam, że jestem w samej bieliźnie, a moje rany zostały opatrzone. Moje nogi trzęsły sie jak galareta i musiałam podtrzymywac się ściany. Otworzyłam okno.
Zimne powietrze owinęło moje ciało.
Usłyszałam gwizdy i otworzyłam oczy.
Jacys kretyni przechodzili właśnie ulicą i zauważyli mnie w oknie. Zaczeli gwizdać i jarać się moją nagością.
 - Upojna noc?! - krzyknął jeden.
 - Może byś do nas zeszła?! - odkrzyknął drugi. Stanęli dokładnie na przeciwko mojego okna i próbowali pokazać, że gwałcą się na wzajem. Miała ochote strzelić w nich piorunem ale tylko zamknęłam okno. 
Przeszłam przez pokój i usiadłam na łóżku.
           Potarłam swoją szyje i poczułam opuchliznę oraz małego strupka. Powoi przypominałam sobie zdarzenia z wczoraj i jak Toscano mnie zaatakowała. Poczułam się jakby wbiła mi nuż w plecy. Naprawde mnie zraniła. I to mocno. Nie wybaczę tej jędzy! Jeszcze się bd modlić do Dionizoska o wstawiennictwo. Zabije ją. Nogi z dupy powyrywam!
PUK PUK
Odwróciłam głowę w stronę okna. Wytrzeszczyłam oczy.
 -Irys?
Spojrzałam na orlice o białym łbie i złotym tułowiu, oraz przerażającymi czarnymi oczami. Dziobem pukała o szybę w moim pokoju.
Otworzyłam okno i wpuściłam ptaka. Ta delikatnie usiadła na nagim ramieniu. Miała coś przyczepione do nogi. Odczepiłam złota kartkę i zobaczyłam koślawe pismo mojego brata.


ZAATAKOWANO OBÓZ

 Zostawiłam kartkę na łóżku i poleciałam powiedzieć chłopakom.
 - Chris! Chris! Obudź się pacanie! - trzasnęłam go w twarz.
Ten otworzył oczy, uśmiechnęłam się z satysfakcją.
Chłopak przewrócił się na obok:
 - Jeszcze pięć minut. - mruknął i poszedł spać.
Ja stałam nad nim z miną " Serio? ".
Zostawiłam tego pajaca i poszłam go Gregorego. Miał okropnego guza na czole, który zaczał mu sinieć... Cóż dzieci Hefajstosa nie grzeszyły urodą ale Greg, z tym czołem wyglądał jak Dzwonnik z Notre Dame. Aż ciary mnie przeszły. Nie lubiłam tej bajki. Była bez sensu.
Zaczełam go budzić, ale dość mocno jest otumaniony... podejrzewam wstrząs mózgu, ale nie jestem dzieciakiem Apolla więc nie moge tego stwierdzić na 100%. Poddałam się i udałam się do pokoju mojego i Shedowa. Gdzieś pod łóżkiem mamy torbe z wyposażeniem. Musze ją znaleźć.     

   ***

Zayn
Nasza obrona - padła. 
Nasze wojsko - w strzępach. 
Nasza wiara - uleciała. 
Nasz obóz - zaraz padnie. 
           Ze wszystkich sił próbowaliśmy zatrzymać potwory, które uparcie parły na przód i mordowały niewinnych ludzi. Śnieg był cały zbroczony krwią, a wszędzie walały się nieżywe truchła potworów i herosów. 
              Widziałem masakrę swoich ludzi, przyjaciół, którzy zostali rozszarpani przez rozwścieczone potwory, albo zostawali obiadem dla harybs... A ja nic nie mogłem zrobić. Chester na lewym skrzydle z dziećmi Aresa miażdżyli przeciwnika nie dając im przedrzeć się w częśc mieszkalną. Dzieci Ateny też nieźle sobie radziły, gdyż pojawiały się z nikąd i zabijały przeciwników. Robili popłoch wśród wrogów. Dzieci Hefajstosa ciągle wypuszczały na  front nowe zabawki. Ja z resztą herosów zostaliśmy jako główny punkt zaczepny i próbowaliśmy odpędzić armie wroga. Ale i tak to wszystko było za mało. Potrzebowalibyśmy cudu. 
Najbardziej bolało mnie to, że musiałem rozdzielić się z Panią Fox i Honey, które pomagały w ewakuacji. Jak coś im sie stanie to nie wybacze sobie tego. 
Potrząsnąłem głową. 
Jedno z dzieci Hermesa zameldowali, że sa gotowi. 
 - Otworzyć! -wydałem rozkaz. 
I zniknął. 
po chwili usłyszałem rżenie koni i huk skrzydeł. 
 - NA ZIEMIE! - krzyknąłem i padłem plackiem, umykajac przed rozwścieczonymi kopytami Pegazów. 
Konie natarły na wroga i rozbiły ich wojsko, ale nie na długo.  Harpie wzbiły się w powietrze i zaczęły atakować skrzydlate wierzchowce. Widziałem jak zwierzęta jedne po drugim padają... Co ja zrobiłem?! - pomyślałem.
Atak jednego z potworów otrząsnął mnie. Zrobiłem unik i przebiłem brzuch besti, która padła beż życia na ziemie. Obróciłem się i pomogłem jednemu z synów Hypnosa rozprawić się z cyklopem.
Gdy skończyłem moją uwagę przykuł jakiś mały heros, który umykał przed jedną z Gorgon. Zamrugałem.
Wydawało mi się, że ten mały żołnierz jest dzieckiem. Właśnie potknęło się i upadło na ziemię, a z głowy spadł hełm.
Meduza zamachnęła się mieczem, a osóbka krzyknęłam.
Rozpoznałem jasną główkę dziecka. 
Co ona tu robi?! Pzzeciesz szła obok Honey do bunkrów! 
 - MARILYN! - krzyknąłem i zaczałem przedzierać sie przez tłum walczących. 
Ale byłem za daleko. 
Ostrze powoli spadało na śliczną główkę córki Afrodyty. 
Ogłuszający huk dotarł do moich uszu, a zaraz za tym coś jasnego oślepiło mnie. Musiałem zakryć dłonią oczy by nie oślepnąć. 
           Gdy sytuacja uspokoiła się podniosłem wzrok i nie mogłem uwierzyć w obraz, który widziałem. 
           Zoey, stała w wypadzie obok gorgony. Jej miecz opływał krwią, a głowa meduzy powoli potoczyła się do jej stup. Z mojego miejsca zdołałem dostrzec oczy bohaterki, które biły wściekłością i potęgą, a jej rysy twarzy były surowe, a zarazem piękne. Miała na sobie ciemny pancerz, a na nim srebrne nagolenniki, napierśnik, naramienniki i rękawice. W niepełnej zbroi wyglądął jak bogini wojny. Ale nie umiem zrozumieć dlaczego nie ubrała się cała. Przecież jest w środku bitwy, a nie jest całkowicie chroniona! To absurd! Ale to w tej chwili było nie ważne. Najważniejsze było to, że przyszedł na odsiecz naprawdę dobry szermierz i zabijając kilka potworów, dzięki czemu uratuje kilka żyć. Lecz obawiałem się jej wyrazu twarzy. Jeszcze nigdy nie widziałem jej tak wściekłej. Nawet gdy wypędzała Rikki z obozu nie była tak wściekła. Patrząc na nią czuje jakby była innym człowiekiem. Już nie obojętnym na wszystko, zdawała się głęboko poruszona, że ktoś zaatakował jej rodzinę i teraz walczyła o nią. 
Podeszła do Mel, która od razu wskoczyła na nią i najpewniej zaczęła płakać. Zoey przytuliła ją jak starsza siostra, która chciała pocieszyć swoją młodsza siostrę gdy zepsuła zabawek. Jakby nie okoliczności uznał bym to za piękny obrazek.
Z ruchu warg Zoey wyczytałem, słowa, które wypowiedziała do dziewczynki.
 - Spokojnie. Jestem tu. Wszystko będzie dobrze.


Poprawiałam to z 20 razy, ale i tak wyszło nijak ;(  Akcja zaczyna się rozkręcać :D

niedziela, 28 lipca 2013

Rozdział Trzydziesty dziewiąty

  Kiedy przenieśliśmy się, poczułam mdłości. Jak ja nienawidzę teleportować się. Już miałam upaść, kiedy złapał mnie Shedow. Spojrzał na mnie pytająco... najwidoczniej domyślił się, że coś jest nie tak. Co ja na to poradzę, że jako jedyna mam problemy z teleportacją? Odsunęłam się i usiadłam na śniegu. Znaleźliśmy się wysoko w górach, gdzie mieliśmy nadzieję nas już nikt dzisiaj nie zaatakuje. Z daleka przyglądałam się ostatnim fajerwerkom. Mieniły się one kolorami... były takie śliczne, ale zarazem koszmarne. Wywoływały u mnie wspomnienia rodziny, rodziny, której już nie mam... A raczej, która jest szczęśliwa beze mnie.
 Po chwili ogarnęłam się i spojrzałam na przyjaciół. Ci nie wyglądali najlepiej, ale na szczęście Zo schowała w swojej torebce ambrozję. Pierwszy raz pomyślała, a przy tym nikogo nie skrzywdziła... Reszta przeważnie też woli, kiedy dziewczyna nie myśli... Biedna Zoey.
 Spojrzałam na siebie, sprawdzając, czy jej nie potrzebuję. W tych ciemnościach nie za bardzo mogłam dostrzec całego swojego ciała, więc uznałam, że mi nic nie jest bo nic mnie nie bolało. Uśmiechnęłam się pod nosem, przynajmniej raz w życiu wyszłam z czegoś cało. 
 Z mojej torebki wyciągnęłam mapę oraz latarkę, po czym skreśliłam miejsce, gdzie była ta 'impreza'. Tam jej na pewno nie było, to był za łatwy cel.... Widać po tym jak nas znalazł ojciec, a potem bliźniaki. Ach, niech się smażą w Hadesie. 
 Przyjrzałam się jeszcze raz mapie, gdzie były pozaznaczane miejsca, gdzie ostatnio pojawiła się Klara. Było ich tak wiele, jakby co chwilę zmieniała miejsce... A może tak jest? Może już jej nie ma w tych miejscach? Może jej w tym Zakopanem już dawno nie ma, a my wpadliśmy przez własną głupotę w pułapkę.
 Oparłam się o lodowatą skałę i spojrzałam w kierunku grupy. Widziałam tylko cienie, bo nie mogliśmy nawet rozpalić ogniska, ponieważ w każdej chwili ktoś mógłby nas zobaczyć.
 - Ekhem - odchrząknęła Zo. - Nie chcę nikomu przerywać, ale umieram z zimna.
 - Ogrzać cię? - spojrzał na nią Grześ.
 - Nie, wystarczy, że zabierzecie mnie do ciepłego miejsca - z pewnością na jej twarzy pojawił się ten typowy dla niej, ironiczny uśmiech. - Dzisiaj jej nie znajdziemy, nawet nie mamy planu.
 Zobaczyłam kątem oka postać Dylana, który stał w takim miejscu, że każda fajerwerka oświetlała jego postać. Widziałam, że zaczyna ściskać pięści i jestem pewna, że tylko to, iż ledwo ma siły trzyma go w miejscu. Wiedziałam, że chciałby już wszystko mieć z głowy, znaleźć Klarę i wrócić do domu. Ech, ja również wolę, żeby wszystko było za nami. Na pewno ulżyłoby mi, widząc znowu uśmiechniętego przyjaciela. Chociaż trochę mniej cieszyłoby mnie, żeby zobaczyć córkę Ateny. Ta na pewno pierwsze, co zrobiłaby, to rzuciłaby mi się do szyi i zaczęłaby mnie dusić.
 Pokręciłam głową, odpychając takie głupie myśli. W końcu wstałam, otrzepałam swoją kieckę. Szczerze, to jakoś miałam dosyć słuchania tych kłótni Zo z resztą. Rzuciłam reszcie tylko wiadomość, że idę się przejść i mają się o mnie nie martwić. Zdaję sobie sprawę, że nikt się nawet nie zainteresował moimi słowami, a ja jestem idiotką, że tutaj weszłam... Sama. Po kilku minutach spacerowania po czarnej dziurze, znalazłam jakiś olbrzymi głaz i weszłam na niego. Znowu ze swojej torebki wyciągnęłam mapę i latarkę, ale musiałam się postarać, żeby cały czas mieć otwarty umysł... muszę być gotowa na wszystko.
 Swój miecz położyłam obok nogi, a palcami pomacałam łańcuszek od mojego ojca. Delikatnie podniosłam kącik, co miało przypominać uśmiech. Wciąż nie potrafię uwierzyć, że największa pamiątka po mojej mamie w końcu do mnie wróciła. Znowu przeglądałam mapę, starałam się również zapoznać dobrze z legendą, może coś mi ona pomoże. W końcu latarkę zbliżyłam do jednego z zaznaczonych punktów. W oku Posejdona znajdziesz ją - przypomniałam sobie słowa taty. Dlaczego chciał, żebym spotkała się z Rikki? Czy ona jest w stanie nam pomóc? Przecież wiem, że jak pójdziemy tam, to może się dla nas to źle skończyć. Niestety, ale na pokładzie mamy Zoey, która ma problem z trzymaniem nerwów na wodzy. Hmm... Sięgnęłam dłonią do torebki i palcami dotknęłam coś, co przypominało probówkę...
 - Do czego doszłaś - usłyszałam głos Dylana.
 Odwróciłam się i zobaczyłam jak się nade mną nachyla. Po chwili znowu spojrzałam na mapę. Dotknęłam palcem miejsce, gdzie znajdowało Morskie Oko. Może to jest odpowiedź na wszystko.
 - Myślisz, że ona tam jest? - zapytał.
 Popatrzyłam w jego oczy i pokiwałam twierdząco głową. Po raz pierwszy zobaczyłam w jego oczach nadzieję. Musiałam ją znaleźć, dla niego. Złapałam jego dłoń i poprowadziłam go do reszty. Chyba pora podzielić się swoimi postrzeżeniami. Wszyscy podeszli bliżej, tak żeby nie musiała wszystkiego na głos mówić. Po wszystkim oczywiście, Grzegorz nie miał ochoty na mój plan i nawet nie pozwolił, żeby tam pojechać. Zmarszczyłam czoło, słysząc jego słowa.
 - Chyba sobie kpisz - warknęłam. - To jest największa szansa dla Klary!
 - Posłuchaj Haniu, wiem, że chcesz odzyskać koleżankę - położył moją dłoń na ramieniu. - Ale nie narazimy całej grupy.
 - Zgadzam si, Han - odpowiedziała Zo, która najwyraźniej już nie wie, co mówi. - Ja tylko chcę iść do ciepłego pomieszczenia, jutro ją znajdziemy.
 - Wracamy do hotelu - powiedział Gregory.
 Z ostatnich pięciu sekund pamiętam, jak moja dłoń wylądowała na jego policzku. Chłopak spojrzał na mnie z ogniem w oczach, wiedziałam, że gdyby to był taki Chester, to odwinąłby się. Odwróciłam się i spojrzałam na resztę, która była w lekkim szoku. Rozumiem dziwne zachowanie Zo, ta ledwo dycha i jest cała przemarznięta. Wzięłam głęboki wdech, wiedząc, że będę żałować tego, co zaraz zrobię. Złapałam gałąź i z całej siły przywaliłam chłopakowi w łeb... pusty łeb. Najwidoczniej się tego nie spodziewał, bo jak długi upadł na śnieg, a cała reszta spojrzała na mnie tak jakbym go właśnie zabiła.
 - Teraz ja tu rządzę - mruknęłam w kierunku nieprzytomnego chłopaka.
 - Chyba sobie kpisz - uśmiechnęła się Zo. - Ty się do tego nie nadajesz!
 - Posłuchaj - podeszłam do niej. - Nie mam ochoty dzisiaj na żarty. Wracasz do hotelu...
 - Kpisz sobie? Gdybym chciała, to już sprałabym cię na kwaśne jabłko. Nie myśl sobie, że jak wpadłaś na jakiś pomysł, to możesz zacząć rządzić... Jesteś zby...
Z torebki wyciągnęłam 'próbówkę', która okazała się strzykawką. Domyślałam się, że to musiał być jakiś środek usypiający. Szybkim ruchem wbiłam jej go w szyję, i tak samo szybko upadła obok Gregory'ego. Hmm... Poszło łatwiej niż myślałam - pomyślałam. Spojrzałam na resztę, która patrzyła na mnie jak na wariatkę. Przewróciłam oczami i zabrałam się za studiowanie mapy.
 - Cholera! - pierwszy się odezwał Chris. - Coś ty zrobiła?
 - Właśnie - popatrzyłam na niego. - Zabierz tą dwójkę do hotelu. Jak ochłoną jutro ochłoną, to spotkamy się przy Morskim Oku... Aaa... I poczęstuj ich meliską... będzie potrzebna. A teraz zmykaj.
 Chris zacisnął zęby i podszedł do tej dwójki. Domyślam się, że jest wkurzony, iż wykluczyłam go z planu. Zawsze jest niezadowolony, kiedy omijamy go w planach, ponieważ jest od nas młodszy. Dzisiaj nie z tego powodu chciałam, żeby ich zabrał. On i Shedow potrafią się przemieszczać, a to ten drugi jest w stanie mi dzisiaj pomóc.
Chris złapał ich za dłonie i chwilę później zniknęli mi sprzed oczu. Popatrzyłam na Dylana i Shedow'a, którzy wciąż przyglądali mi się jak wariatce, ale szybko ogarnęli się. Dobrze wiedziałam, że Dylan chce tam iść, a Shedow? On wręcz uwielbia takie wypady. Z pewnością z chęcią dowiedzieliby się, dlaczego nie chciałam reszty... No cóż, Zoey jest za bardzo wybuchowa, tym bardziej kiedy jest zmęczona, a Gregory nie chciał odpuścić.
 - Shedow, możesz? - zapytałam przyjaciela.
 Ten pokiwał twierdząco głową i przeniósł nas nad Morskie Oko. Znowu poczułam mdłości, i tym razem puściłam pawia w krzakach. Czułam jak płonę od środka. Miałam ochotę usiąść pod drzewem i poczekać aż te całe mdłości odejdą, ale wiedziałam, że nie mogę. Znając Zo z pewnością oskarżyłaby mnie o to, że jestem w ciąży. Taak, dla niej wszyscy mogą być w ciąży. 
 - Dobrze się czujesz, Han? - zapytał troskliwie Dylan. - Dziwnie się ostatnio zachowujesz.
 Pomógł mi wstać, po czym przetarłam usta i spojrzałam na niego.
 - Dziwnie? A to dziwne, że próbuję ci pomóc odzyskać Klarę? - mruknęłam.
 - W taki sposób? - zmarszczył czoło. - Jestem pewien, że gdybyś mogła, to zadźgała ich.
 - Nie chcieli pomóc! - warknęłam.
 - Nie? Przecież narażali życie..
 - Ekhem - odchrząknął Shedow. - Nie chcę wam miśki przerywać, ale chyba mamy towarzystwo.
 Znieruchomiałam i zobaczyłam jak z ciemności wyłaniają się jakieś postacie. Ręką sięgnęłam po swój miecz, ale nim zdążyłam wyciągnąć go z pochwy. Zostałam zaatakowana przez jedną z nich. Była zimna... i mokra. Kiedy przyjrzałam się, nic nie zobaczyłam... Tylko wodę, która trzymała mnie w uścisku. Tak samo było z resztą. Po chwili pochłonęła nas całkowicie....

 Obudziłam się w wilgotnej jaskini. Czułam się cała obolała. Nie miałam siły wstać, żeby się obejrzeć. Słyszałam tylko upadające krople na ziemię oraz czyjś oddech. Nie wiedziałam do kogo on należał, nie było nikogo w zasięgu mojego wzroku. Zacisnęłam zęby i podniosłam się na łokciach. Przed sobą zobaczyłam skuloną postać.
 - Wszystko dobrze? - zapytałam swoim zachrypniętym głosem.
 Podniosła głowę i zobaczyłam znajomą twarz... Była to Klara. Poczułam niesamowity napływ energii. Podniosłam się, nie zważając na ból. Podeszłam do dziewczyny i przytuliłam się do niej. Nie spodziewałam się, że kiedykolwiek to zrobię, ale tak bardzo się cieszyłam, że ją odnalazłam. Nawet tutaj... samotną.
 - Od jak dawna tutaj jesteś? - zapytałam.
 - Odkąd Rikki mnie uratowała - mruknęła. - Coś ci się nie śpieszyło, żeby mnie znaleźć. Z pewnością się cieszyłaś, że mnie nie ma. Nie musisz udawać, jesteśmy tutaj same.
 - Co ty mówisz? - popatrzyłam na nią w szoku. - Nie wiesz jak się czułam... Obwiniałam się, że przeze mnie może coś ci się stać. Ciągle patrzyłam jak Dylan za tobą tęskni, to było najgorsze, co mogłam widzieć... Nie jestem tym kim myślisz, naprawdę... - kiedy nic nie powiedziała, odezwałam się ponownie. - Nie wiesz, gdzie jest Shedow i Dylan?
 - Dylan też tutaj jest? - podniosła głowę.
 Pokiwałam twierdząco głową. Myślałam, że wiedziała o tym. Poczułam jak zaczęło kręcić się w mojej głowie i oparłam się o ścianę. Było mi niedobrze i byłam głodna. Miałam ochotę wskoczyć do mojego łóżka i zapomnieć o wszystkim. Już odnalazłam dziewczynę, należy mi się przerwa.
 Poczułam na swoich ramionach drobne dłonie, uniosłam powieki i zobaczyłam przerażoną Klarę.
 - Wszystko w porządku - zapytała. - Nie wyglądasz za dobrze...
 - Już ci przeszło? - delikatnie podniosłam kąciki.
 - Han, od kilku minut próbowałam cię wybudzić...
 Poczułam jak zaschło w gardle. Jak to możliwe, przecież nie spałam... Tylko zamknęłam powieki. Dziewczyna pomogła mi wstać.
 - Chyba powinniśmy już pójść - odezwała się.
Nie pytałam, gdzie chce iść. Tylko podążałam razem z nią. Nie miałam siły... Klara już ledwo mnie ciągła, gdy usłyszałam w skalnym korytarzu krzyk, znajomy krzyk.
 - Klara! - tak, to był Dylan.
 Zmusiłam się do otworzenia powiek, ale niestety nie widziałam nic wyraźnie. Widziałam tylko jak dopada do nas chłopak i zaczyna całować dziewczynę, nie przejmując się mną. Poczułam jednak jak ktoś mnie przejmuje. Domyślam się, że to był Shedow. Wziął mnie na ramiona. Chociaż przez chwilę poczułam, że jest mi ciepło.
 - Nie mam siły już walczyć... - mruknęłam.
 - Nie musisz, musimy tylko dojść do Rikki... Ona chce z nami porozmawiać.
 - Rikki? - delikatnie się uśmiechnęłam. - Ona tutaj jest? 
 - Tak.. - szepnął. - Ona ma informacje dotyczące trzeciego herosa.
 Delikatnie podniosłam powieki i zobaczyłam uśmiechającego się Shedowa.
 - Naprawdę?
 - Tak, powiem ci w tajemnicy...- przyłożył usta do moich małżowin. - Klara.
 Zmusiłam się do uśmiechu, ale odebrało mi to mnóstwo sił.
 - Nie będzie szczęśliwa, jak się dowie, że będzie z nami... Trudno... A jaka jest Rikki?
 - Taka jak dawniej, ale bardziej pyskata i o wiele potężniejsza... - powiedział. - Pierwszy raz się zgodzę z twoim ojcem, trzeba będzie trzymać Zo w ryzach... W szczególności na jej tere... Han - zaczął mną trząść, ale ja chciałam spać. - Han! Dylan, Klara, ona jest ranna w bok...
 Słyszałam jeszcze jak podbiegają do nas.
 - Musiała ucierpieć podczas balu...
 - Jak to możliwe, że nie zauważyła tego?
 - Adrenalina i złość tak na nią musiały działać, że nie zauważyła.
 To były ostatnie słowa, które pamiętam. Potem zapanowała ciemność.

niedziela, 21 lipca 2013

Rozdział trzydziesty ósmy

 - Co macie? - spytałam podchodząc do moich przyjaciół.
Ci spojzeli na mnie gniewnie.
Zmusiłam ich do jakiejś idiotycznej gry, którą wymysliła organizatorka balu. Rozchodziło się o to, że musisz wylosować żeton z podobizną jakiegoś zwierzęcia, a później szukać swojej "drógiej połówki". Ja wylosowałam dzika, albo wściekłą świnię. W sumie pasowało do mnie.
 - Tygrys - odezwała sie Hanna, która krzywiła się próbując wypić taniego szampana, który nie przypadł jej do gustu. W końcu wyrwałam jej kieliszek i opróżniłm go . - dzięki.- poowiedzała z wdzięcznością.
           Wyszczezyłam się do niej i wzięłam jeszcze jeden kieliszek ze stołu. Tak dawno się nie bawiłam, że az boli. Postanowiłam sie dziś nawalić, ale nic mocziejszego od pączu nie znalazłam... Kij z tym, ja chce się bawić! W obozie mamy surowy zakas "dobrej zabawy", a Hanna nigdy mi nie pozwala wziąć chodźby jednej butelki winka. Jedynie jak tam jej bracia coś nowego wychodują to mnie częstują, tylko kieliszkiem... A te wina sią taki ddddddooooooobbbbbbbbrrrreeee!!
Odkłądając pusty kieliszek odwróciłam sie do Shedowa:
 - Jakiś ptak z zakrzywionym dziobem. - powiedział uprzedzając moje pytanie. Wyszczezyłam się do niego.
 - Ja mam Sowe. - powiedział Dylan dopijając szampana.
Zwróciłam się w stronę Grześka/
 - Też jakiś ptak. - spojrzał na Shedowa i zaczeli badac sie wzrokiem.
Po chwili organizatorka znów zabrała głos. Zachęcała nas do poznania naszej "drugiej" połówki. Chwyciłam za reke Hanie i ruszyłam z nią przez tłum. Co chwile przystawałam i pytałam się facetów jakie mają zwierze, mósiałam sprawe załatwiać za dwie bo okazało się że Hani zabrakło języka w gebie... albo co chcwile parskała śmiechem.
Po jakimś 1684135168341523 podejściu znudziłam się.
 - To moje ostatnie podejście! - warknęłam.
Podeszłam do blondyna odwróconego do mnie tyłem, który rozmawiał ze swoim kompanem:
 - Przepraszam...
 - Dzik. - uprzedził mnei nieznajomy.
Spojrzałam na niego anielskim w wzrokiem:
 - Alleluja! W końcu! Ty nawet nie wiem jak się natrudziłam aby ciebie znaleźć! A tak wogóle Zuza. - podałam mu rękę.
Ujął ją i przyłożył sobie to ust. Troche mnie to zakłopotało, a  Toscano parsknęła śmiechem. Próbowałam ją nadepnąć, ale ciągle mi uciekała. Wredna jęza.
 - Aleksander. - przedstawił się mężczyzna.
           Bóg sexu we własnej osobie. Jasne, blond włosy zostały starannie ułożone na głowie, a kilkudniowy zarost został profesjonalnie przycięty, o jego rysach nie mogłam zbyt duzo powiedzieć, gdyż połowe jego twarzy zasłaniała  srebrna maska, która błyszczała w świetle lamp. Mogłam się w niej spokojnie przejrzeć, działała podobnie jak lustro. Z pod maski zerkały na mnie dwoje ciekawskich jasnych oczu, które dosłownie rozbierały mnie. Pod spojrzeniem mężczyzny, (który nie mógłbbyć grubo starszy odemnie. Stawiałam na jakies 24-26 lat), czułam się dziwnie naga. Jego oczy wwiercały się we mnie jakby chciał zajrzeć mi do duszy. Troche mnie to krępowało.
 - Och przepraszam cóż to za maniery. - powiedział obdarowując Han pięknym uśmiechem. - A ty jesteś...?
 - Hania - podała mu rękę, a on również ją pocałował.
 - Piękne imię dla pięknej dziewczyny.
Han spłonęła rumieńcem.
            A ja miałam ochote rzucić się na nią. Mi takiego komplementu nie posłał! Byłam smutna...
Po chwili Alek przedstawił nam swojego towarzysza, którym okazał się czarujący szatyn, o imieniu Darek. Był bardzo miłym mężczyzną. Po chwili porwali nas do tańca, a my nie opierałyśmy się. Jedną z najgorszych rzeczy jaka mogła mi się przydarzyć na imprezie sylwestrowej?! Porwanie do tańca przez jakiegoś przystojniaka gdy ty nie umisz tańczyć i wyglądasz jak stado hipopotamów na parkiecie. No po prostu mega.
 - Niezwykle udany bal, nie sądzisz? - spytał patrząc mi głęboko w oczy.
Widziałam w nich coś dziwnie znajomego, ale nie byłam pewna co to mogło być. Ale była pewna, że ktoś już tak na mnie patrzył.  
 - Owszem. - zdołałam tylko odpowiedzieć. Coś w sposobie bycia tego mężczyzny mnie ośmielało.
 - Jestem wręcz zachwycony, że najpiękniejsza kobieta na tej sali właśnie tańczy obok mnie... i zaledwie kilka centymetrów dzieli nasze ciała od siebie. - poczułam pocałunek na swojej szyi.
Zareagowałam impulsywnie i próbowałam się wyrwać, ale mężczyzna trzymał mnie w żelaznym uścisku.
- Wiedziałam, że w zachowaniu takiego przystojniaka jak ty, musi kryć się pedofilia.
 - Dawno nie czułem słodyczy córki Zeusa... - oblizał wargi - a twoje słowa działają jak miód na moje zbolałe uszy!
Szarpałam się jak pies na uwięzi.
 - Kim jesteś? - warknęłam.
Mężczyzna szybkim ruchem obrócił mnie i moje plecy przylgnęły do jego ciepłego torsu. Moje oczy ujrzały wielkie lustro, które zostało zamieszczone zamiast ściany. Widziałam na nim odbicie moje i mężczyzny, który był o głowe wyższy ode mnie.
Miałam na sobie zwiewną czarno-błękitną sukienkę, która opinala mi biust, a kolejna warstwa spływała swobodnie na moje uda. Zdobienia były zrobione z piór i taką też miałam maskę.
 - Wyglądasz jak spanikowany ptak w klatce. - powiedział Alek i czubkiem nosa zaczął drażnić moją skórę.
Zignorowałam go:
 - Kim ty u diabła ciężkiego jesteś?! - krzyknęłam i wtedy poczułam ręke na gardle.
 - Ciii... nie krzycz tak... Teraz dopiero zacznie się zabawa. - tanecznym krokiem odwrócił nas w stronę tańczącego tłumu - Mali herosi wpadliście w pułapkę.
Znieruchomiałam. Skąd on..?
 - Nie domyśliłaś się? - zaśmiał się - to już nawet twoi towarzysze wiedzą... spójrz na prawo - obróciłam tam głowę. Shedow rozmawiał zajadle z jakąś kobietą, która miała na sobie obcisłą czerwoną sukienkę. Poczuła się jakbym ją znała... - a teraz na lewo - tak tez zrobiłam. Hania zaczeła szarpać się z Darkiem. Cholera!
Myślałam gorączkowo jak wyjść z tej beznadziejnej sytuacji... Chwila... przecież mam pare asów w rękawie.
 - Wpadliście w naszą zasadzkę... to nie było az tak trudne...
Odepchnęłam go od siebie i wyciągnęłam szpilkę, moja fryzura doszczętnie została zniszczona. Nacisnęłam na stalowy grzybek i szpilka wydłużyła się. Chyba wycałuje Gregorego, że dał mi taką zabawkę. Cięłam faceta w twarz. Tek krzyknął i złapał się za lewe oko. Paskudna rana ciągnęła się od lewej kości policzkowej do czoła. Obróciłam się na pięcie i zaczęłam przepychać się przez tłum w stronę Hani. Popchnęłam jakąś kobiete, która wpadła na Darka, jak prawdziwy dżentelmen złapał ją, a tym samym wypuścił Toscano. Rzuciłam w jej stronę szpilke do włosów, a sama sięgnęła pod sukienkę. Na udzie miałam przymocowaną pochwe z mieczem. Uwolniłam moje ostrze i obróciłam się w stronę ludzi. Zaczęli się niebezpiecznie do nas zbliżać... 
No to teraz zaczeła się impreza.

***

 - Powiedz mi... - krzyknęła Hania, pomiędzy jednym uderzeniem miecza a drugim. - jak to jest, że ty przyciągasz do siebie zawsze palantów...? Albo bliźniaczych bogów? 
Spojrzałam na nią z ukosa i zdzieliłam rękojeścią mieczem, jednego z synów Alexa ( czyli bliźniaczych bogów ). Obróciłam się i zablokowała cios włócznią moją tarczą.
 - To są uroki tego, że jestem piękną! - krzyknęłam i uchyliła się przed latającym krzesłem.
Hanna zaśmiałą się.
 - Widze, że humor ci dopisuje! - odkrzyknęła przetaczając się na ziemi, pod stół gdyż zaczęli nas bombardować strzałami.
Odepchnęłam przeciwnika i próbowałam wskoczyć pod stół, ale zagapiłam się i poczułam pieczący ból na ramieniu.
Syknęłam.
Wyciągnęłam kolejną szpilkę ze włosów, która była mini sztyletem. Rzuciłam nim w kobiete nożownika, której ostrze właśnie siedziało mi w ręce.
Rzuciłam się pod stół i zasłoniłam nas tarczą.
 - Gdzie jest Dylan?! - szepnęłam - miał tylko sprawdzić czy Klara tu jest. Długo nie wytrzymamy!
Romeo, poszedł razem z Shedowem poszukać Klary, a Gregory miał za zadanie wyprowadzić cywilów, a my robimy dywersje... miło!
 - Nie zrzędź! - odgryzła się. Spojrzała na mnie i jej oczy się rozszerzyły - masz nuż w ramieniu.
Spojrzałam na nią jak na idiotke.
 - Serio?! Nie zauważyłam! - kopnęłam osobę, która próbowała wyciągnąć mnie spod stołu.
 - Nie ruszaj się to go wyciągnę. - sięgnęła ręką po rękojeść tego złomu.
Moje oczy powiększyły się.
 - Nie ma mowy. - zaprotestowałam.
No to teraz rozegrałyśmy scene z 1 części Shreka. Tylko, że ja grałam ogra, a  Toscano - Fione. Gdy w końcu wyrwała mi ten szmelc krzyknęłam, jakby wypruwali mi flaki.
 - Mam. - zaczęła triumfalnie kręcić sztyletem.
 - AAaaauuuu... Nawet łeski mi pociekły. - pożaliłam się. - ja cie kiedyś zabije. Zakopie, odkopie, zadźgam, rzucę Harybsą na pożarcie, a to co z ciebie zostanie, pójdzie...
 -Witam panie. - Shedow pojawił się pomiędzy nami. - Zwijamy z imprezy. Greg sobie nie radzi.
Zaczęłyśmy protestować ( obie nie lubiłyśmy podróży, prywatnymi liniami Pana Gomeza) , ale on  objął nas.
 Pufff!
Już nas nie było.   


WITAM!!!
Po prawie 4 miesiącach nie bycia tutaj, postanowiłam ruszyć swoją zacną dupkę i dokończyć notkę:D Coś niecoś jest xD Z Kingą postanowiłyśmy reaktywować bloga więc teraz notki (mam nadzieje ) bd pojawiać się szybciej:D
No to teraz zapraszam do czytania i cierpliwości:D

Ps. Wybaczcie za błędy... Coś i się zepsuło i mi już nie podkreśla na czerwono ;(
Bujka ;***

czwartek, 28 marca 2013

Rozdział trzydziesty siódmy

Założyłam na głowę czapkę, taką śliczną, futrzaną, którą kupił mi Chris. Przytuliłam się do jego ramienia i razem szliśmy Krupówkami. Niesamowite jest to, że nikt nie wie, że parę godzin temu zjechaliśmy tutaj z gór. Na szczęście nie poobijaliśmy się, a raczej ja, bo Chris gdyby nie to, że potrafi się przenosić, to leżałby na pierwszym lepszym drzewie.
 Z kieszeni wyciągnęłam wizytówkę pensjonatu. Powinien być jakieś dwa kilometry od centrum. Postaram się o tym nie mówić "braciszkowi", bo się jeszcze załamie, że tak daleko.
 - Wiesz, kiedy reszta dojedzie? - zapytał.
 - Dylan i Gregory powinni dojechać za jakieś sześć godzin, a do Zo i Shedowa nie potrafię się dodzwonić.
 - Ach, ja nie martwiłbym się o nich - spojrzałam na niego pytająco. - Na pewno wczuwają już się w rolę.
 Stanęłam na środku deptaka i spojrzałam na niego, a po chwili zaczęłam rechotać. Przybiłam Młodemu żółwika i próbowałam wziąć głęboki wdech. Kiedy w końcu się uspokoiłam, to rozejrzałam się po okolicy. Oczywiście, widziałam jak ludzie na mnie patrzą. Posłałam im miłe uśmiechy.
 - Zjemy coś? - kiwnęłam w stronę jakiegoś baru.
 On chętnie pokiwał i pociągnął mnie w tamtą stronę. Usiadłam przy oknie, żeby z łatwością obs
erwować innych, a chłopak poszedł coś zamówić. Cały czas myślałam o akcji, która miała miejsce wczoraj wieczorem, a raczej dzisiaj w nocy. Gdyby nie tamta chmura wody, to nie wiem, czy wyszlibyśmy z tego cało.

 - O czym myślisz? - zapytał, kiedy usiadł obok mnie, podając gorącą czekoladę.
 - O naszej podróży - mruknęłam. - Mam wrażenie, że... - nie zdążyłam dokończyć, ponieważ mi przerwał.
 - Nie mylisz się - spojrzał mi w oczy. - To była Rikki. Tylko ona potrafi panować nad wodą.
 - Co? - spojrzałam na niego w szoku. - Przecież widziałam w obozie, że reszta też panuje nad tym.
 - No tak, ale oni muszą ćwiczyć swoje moce, a ona ma to tak jakby od urodzenia. Tak samo jest z tobą i ze mną. My swoje moce mamy od urodzenia, ale musieliśmy je odkryć, a nasze rodzeństwo musi ćwiczyć przez lata, żeby potrafić chociaż połowę, co my. Dlatego wiem, że to ona, bo reszta herosów nie uniosłaby tak wielkiego ciężaru.

 - Hmm... Może na świecie jest druga osoba, która to potrafi, ale nie trafiła do obozu? - uniosłam brew.
 - Człowieku, co ty robisz na zajęciach historii? - spojrzał na mnie w szoku. - No rozumiem, że jest to nudna lekcja, ale czasem jest interesująca...
 - To powiesz coś ciekawego?
 - A więc taką moc ma tylko jedno dziecko danego boga. Kiedy umiera, to w tym czasie na świat przychodzi kolejne. Czyli jesteśmy jedyni.

 Zaczęłam bić brawo, ponieważ nie spodziewałam się, że Chris będzie w stanie mi coś wytłumaczyć. Chłopak zarumienił się i zrobił łyk swojej czekolady, a ja znowu się zamyśliłam. Nigdy nie myślałam, że mogę być wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju, a jednak tak jest. Może to ma jakiś cel? Może każdy ma ten talent, ponieważ ma jakieś zadanie do wykonania. Hmm... Ciekawe kim był mój poprzednik. Czy ojciec go też tak ignorował, czy wręcz przeciwnie? 
 Po jakiejś godzince dotarliśmy do pensjonatu. Przywitał nas młody chłopak, którego oczy zaczęły świecić, kiedy nas zobaczył. Hmm...  Chyba jest nowy, bo w taki sposób się nie powinno patrzeć na nieznajomych. Christopher podszedł do niego, żeby nas zakwaterować, a ja podeszłam do ściany, gdzie było mnóstwo malowideł. Przypomniały mi się czasy, kiedy razem z moją matką jeździłyśmy w polskie góry. Są one takie piękne, szczególnie zimą. 
 Poczułam rękę na swoim ramieniu i spojrzałam na Chrisa, który się tajemniczo uśmiechnął. Ja kiwnęłam w jego kierunku głową, dając mu znak, żeby mówił, co się dzieje.
 - Powiem ci, że nasza zakochana para już od wczoraj tutaj jest - zrobiłam wielkie oczy. - Właśnie. Jak na razie nie ma ich w pokoju, ponieważ wybrali się na spacer, ale powiedział, że jak wrócą, to na pewno da im znać, iż przybyliśmy.
 Pokiwałam głową i uśmiechnęłam się. Wzięłam swoją deskę i ruszyłam po schodach za przyjacielem. Z przyjemnością założyłabym coś świeżego, ale niestety wszystkie moje ubrania zostały w pociągu, więc liczę na dobre serce Zoey. Chris otworzył drzwi do naszego pokoju i zamurowało nas. Nie spodziewaliśmy się, że nas pokój, to będzie jakiś apartament. Weszliśmy do środka i z uwagą się przyjrzeliśmy pięknemu wnętrzu. Podłoga była wyłożona panelami, które były ogrzewane od spodu. Do połowy ściany był wyłożony szarawy kamień, którym też był wyłożony kominek. 
 Najbardziej z tego wszystkiego podobała mi się skórzana sofa, na której mogłabym leżeć godzinami i patrzeć na tańczące płomienie. 
 - Chcesz iść pierwsza wziąć prysznic? - odezwał się Christopher, który musiał już się otrząsnąć z szoku, który wywołał ten pokój. Spojrzałam na niego i pokręciłam przecząco głową, dając mu znak, że może iść pierwszy. - No to świetnie, więc idę się odprężyć.
 Uśmiechnęłam się do niego i zabrałam się za przeglądanie apartamentu. Weszłam do mojej sypialni, gdzie na łóżku zastałam złoto-czarną sukienkę, a obok niej śliczną czarną maskę z piórami. Zmarszczyłam czoło i podeszłam bliżej. Sięgnęłam po srebrną kopertę, która przypominała mi te wszystkie koperty, w których były listy od Dionizosa, ale nie teraz. Było to zaproszenie na jakiś Bal maskowy, który odbędzie się w sylwestra. 
 Podniosłam wzrok i spojrzałam na okno. Dzisiaj jest sylwester. Znowu straciłam poczucie czasu. To znaczy, że tam się dowiemy, co z Klarą. Martwię się, że stało się jej coś, a ja nie byłam w stanie jej pomóc. 
 Usłyszałam pukanie do drzwi. Odłożyłam zaproszenie na łóżko i poszłam do wielkiego salonu. Otworzyłam drzwi i za nimi zobaczyłam lekko zadrapaną Zo oraz Shedowa. Wpuściłam ich do środka, woląc nie wiedzieć, co nawyrabiali. 
 Zoey zaczęła mi się w jakiś dziwny sposób przyglądać. Podeszłam do lustra, gdzie zobaczyłam swoje odbicie. Włosy miałam pozlepiane - prawdopodobnie od krwi, twarz lekko zabrudzona, a o ubraniach już nie wspomnę. Gdzieniegdzie były rozcięte i lekko ubrudzone krwią albo też rozszarpane. 
 - Hmm... - mruknęła Zo. - Już chciałam się poskarżyć, że gorszej przygody niż ja, to nigdy wcześniej nie miałaś.. Ale widzę, że ominęło mnie coś ciekawego. 
 - Śmieszne. Co się z wami stało? 
 - A tam, takie tam spotkanie z harybsami - wyszczerzył się Shedow i skoczył na sofę. - Dlaczego wy tutaj macie lepiej niż my?
 - Ponieważ jesteśmy bogatym rodzeństwem - mruknęłam i znowu spojrzałam na Zo. - Nic wam nie jest?
 - Pff... - prychnęła. - Przecież dla nas to jest nic. Powiedz, co z wami? 
 Opowiedziałam im, co się wydarzyło w nocy. Oczywiście, Zo w połowie moich opowiadań usnęła, ale na szczęście Shedow, chociaż udawał, że słuchał. Dziewczyna dopiero się obudziła, kiedy z łazienki wyparował Chris. Widziałam jak zaczęła go obserwować, dlatego i ja się odwróciłam. Wtedy się jej nie dziwiłam. Chłopak miał nieziemskie ciało i w niczym nie przypominał Christophera, którego poznałyśmy prawie dwa lata temu. 
 Kiedy w końcu wzięłam prysznic i założyłam świeże ubrania, zeszłam na dół, gdzie czekała na mnie reszta. Jak się okazało, Shedow się tak bardzo nudził, że razem z Christopherem podskoczyli po Dylana i Gregory'ego i przenieśli ich tutaj. Na widok mojego przyjaciela skoczyłam w jego ramiona. Miałam ochotę mu powiedzieć jak bardzo nienawidzi bliźniaka Dionizosa i jak bardzo go kocha, ale wzięła się w garść, żeby w końcu dowiedzieć się, co się dzieje z Klarą.
 - Dobra - odezwał się Grześ. - Znaleźliście zaproszenia na bal, nie? To będzie nasz najbardziej zajebiaszczy sylwek pod słońcem, ale przejmy do rzeczy. Na tym balu powinniśmy się dowiedzieć, gdzie dokładnie jest Klara. Nie będzie to łatwe, ponieważ...yyy... ponieważ misje nigdy nie są łatwe. Trzeba mieć otwarte oczy i postarajcie się nic nie przeoczyć. 
 - Gregory! - Zo klepnęła go w tył głowy. - Powiedz mi, dlaczego to ty jesteś naszym liderem na tej misji? 
 - Ponieważ jestem znacznie inteligentniejszy od ciebie.
 Dylan zaczął rechotać.
 - Ale cię zgasił - mruknął.
 Zoey zmrużyła oczy i spojrzała na przyjaciela.
 - Nie zapominaj, że ja w każdej chwili mogę odejść i nawet nie ruszyć palcem w poszukiwaniu twojej dziewczyny - syknęła.
 Widziałam jak Dylan napina mięśnie. Wiem, że gdyby Zo była chłopakiem, to już dawno zaczęliby się bić. 
 - Przestańcie się zachowywać jak dzieci - mruknął Shedow, który jak do tej pory patrzył na to wszystko z boku. - Dobrze wiesz, że nie możesz odejść, ponieważ wtedy będziesz miała przerąbane u Ateny, a wtedy to koniec. Może skupmy się na tym balu, gdzie dowiemy się czegoś więcej o miejscu, w którym przechowują Klarę. 
 - No właśnie! - mruknął Gregory. - Zoey jeszcze raz mnie uderzysz, to zapomnij, że ci kiedykolwiek w czymś jeszcze pomogę.
 Przyjaciółka przewróciła oczami i skupiła się na czymś, co trzymała w ręce. Prawdopodobnie był, to ta słuchawka, którą będziemy musieli włożyć do ucha, ale u niej, to nic nie wiadomo, co w ręce popadło.
 W końcu nastała godzina, żeby założyć złoto-czarną sukienkę. Odkąd trafiłam do obozu nie miałam ani jednej. Poczułam się trochę dziwnie w niej, ale po chwili się przyzwyczaiłam. Na szybko spięłam swoje włosy w kok, a na usta nałożyłam trochę błyszczyka. Złapałam maskę i poszłam do salonu, gdzie czekał na mnie Chris w całej swojej okazałości. Jego strój podkreślał jego męskość. Przypominał mi tych wszystkich przystojnych bohaterów z filmów, którzy zabierali swoje jedyne na bale. Szkoda, że my musimy grać rodzeństwo, ponieważ nie wiem, czy będę mogła utrzymać swoje myśli na jego w ryzach. 
 Oczywiście, na bal przenieśliśmy się dzięki Chrisowi, ale i tak dotarliśmy tam jako ostatni. Próbowałam wzrokiem odszukać Zoey, ale jakoś marnie mi to szło. No oczywiście, bo wszyscy mają maski. Przewróciłam oczami i ruszyłam w kierunku bufetu, kiedy ktoś pociągnął mnie do tańca. Poczułam zapach wina i sparaliżowało mnie. Widziałam zielone oczy, ale w żadnym wypadku nie przypominał Dionizosa, czy Dereka. Chłopak, tak, bo to był chłopak niewiele starszy ode mnie, uśmiechnął się i położył dłoń na mojej tali.
 - Ślicznie wyglądasz - ten głos był mi znajomy... Należał do Dionizosa. - Czyżbyś nigdy mnie nie widziała w tej postaci?
 - No wyobraź sobie, że nie - mruknęłam. - Co ty tutaj jesteś?
 - Jest sylwester, wszyscy się bawią, więc jakby mogło mnie tutaj nie być? - zapytał i się uśmiechnął. 
 Jego uśmiech był taki podobny do mojego. Nigdy nie zwracałam uwagi, na to, że może nas łączyć jakieś podobieństwo. Nawet w tej masce mój ojciec wyglądał pociągająco.
 - Moja mama znała cię w ten sposób? - chłopak uśmiechnął się, ukazując swoje białe zęby.
 - Tak, właśnie w ten sposób mnie twoja matka znała. Była również taka piękna jak ty dzisiaj.
 - Dlaczego jesteś takim gburem? - zapytałam prosto z mostu.
 - Dlaczego ty zawsze musisz być taka szczera? - uniósł swoją ciemną brew. - Nie ważne, nie musisz odpowiadać. Jesteśmy w jakimś sensie tacy sami.
 Prychnęłam, a ten przyciągnął mnie bliżej siebie. Uwielbiałam jego zapach, przypominał mi on bardzo o mamie, dlatego do oczy napłynęły mi łzy.
 - Dlaczego kochałeś moją mamę i czy w ogóle ją kochałeś? 
 Słyszałam jak wzdycha, ale to nie zaszkodziło mi, żeby jeszcze bardziej się do niego przytulić. To tylko taniec...
 - Twoja matka miała w sobie, to coś. Była słodka, ale za razem biła goryczą. Nigdy nie była naiwna, zawsze myślała racjonalnie. Potrafiła mnie zrozumieć - podniosłam wzrok i spojrzałam w jego oczy. - Dziwne, nie? Ona znała mnie tak jak nikt do tej pory... Dlatego jesteś ty.
 - Proszę cię - prychnęłam. - Masz jeszcze kilkadziesiąt innych dzieci.
 - Ale tylko jedną córkę... - poczułam jak jego mięśnie się napinają. - To nie jest przypadek, Han. Zawsze mam córkę z łona kobiety, którą kochałem najmocniej. 
 - To mało tych kobiet kochałeś.
 Ten pokiwał głową i uśmiechnął się. 
 - Dlatego tak cię traktuję. Za bardzo mi przypominasz matkę i to boli. Po prostu musisz zrozumieć, że cię kocham, ale nie potrafię tego okazywać. 
 Przytuliłam się do jego szyi i rozpłakałam się. Nigdy nie myślałam, że z jego ust usłyszę te słowa. Wiem, że już ich nigdy nie usłyszę, ale to mi wystarczyło. Poczułam jak do dłoni wkłada mi coś małego. Odsunęłam się od jego szyi i spojrzałam na to, co miałam w ręku. Był to łańcuszek o kształcie grona. Taki sam miała moja mama, ale po śmierci myślałam, że go gdzieś zgubiłam.
 - Mam nadzieję, że będzie cię chronić tak jak twoją matkę. 
 - Szkoda, że nie uchroniła jej przed śmiercią. 
 - Ona wiedziała, że ten dzień nadejdzie - pogłaskał mnie po policzku. - Teraz twoja kolej, Han. Nie poddawaj się i nie pozwól, żebym i ciebie stracił. 
 - A co to zmieni? Przecież nigdy nie będziemy normalną rodziną. 
 - My nie, ale ty ją możesz stworzyć - pocałował mnie w czoło. - To nie przypadek, że widziałaś Rikki. Ona chciała, żebyście przybyli do Polski, ona coś wie.
 - Tato, ale jak to możliwe? 
 Ten się uśmiechnął do mnie i pocałował w czoło. 
 - W oku Posejdona ją znajdziesz, ale pamiętaj, że ona już nie jest sobą. Została wygnana i przez to stała się silna. Będziecie ją potrzebować, ale nie teraz. Nie teraz. Postaraj się, żeby Zo jej nie podpadła.
 - Dlaczego? 
 - Bo Rikki ją zabije, to w niej się zmieniło. Nie ma serca i jest bezlitosna. Teraz pozwól, że pójdę się bawić.
 - Tato, my już nigdy nie porozmawiamy w ten sposób, prawda? 
 - To jest właśnie minus bycia moim dzieckiem.
 Pokiwałam głową i odeszłam. Nie zdałam sobie sprawę, że tyle czasu minęło. Za parę minut ma się zacząć odliczanie do Nowego Roku. Podeszłam do reszty, która patrzyła na mnie gniewnie.
 - Fajnie się bawiłaś? - warknął Gregory. - Mieliśmy obserwować, a nie przetańczyć z jakimś idiotą. 
 Przewróciłam oczami i pociągnęłam do tańca Shedowa, na co Zoey, która muszę przyznać nieźle wyglądała, skrzywiła się. No cóż, taki żywot. Położyłam rękę na jego ramieniu i spojrzałam w oczy.
 - Musisz poskromić Zoey...
 - Co? - spojrzał na mnie w szoku.
 - Rikki. 
 - To był Dionizos, nie? - pokiwałam twierdząco głową. - Hmm... Tak myślałem. Wątpię, żebyś na kogoś patrzyła w taki sposób. Dobra, dobra. Hmm... Melisa nie wystarczy, nie?
 - Za słabe. 
 Uśmiechnęliśmy się i wróciliśmy do reszty. Podeszłam do Dylana i złapałam jego dłoń. Nachyliłam się i szepnęłam mu na ucho.
 - Szczęśliwego Nowego Roku.

środa, 20 marca 2013

Rozdział trzydziesty szósty

 - Poproszę... - rozejrzałam sie po ladzie - pięć z tego rodzaju, pięć z tego, dwa z grilla i wszystkie rodzaje tych sznureczków. - robiłam właśnie zakupy dla tatusia. Zażyczył sobie serków i musiałam mu je kupić... w końcu to Gromowładny o to prosił, nie?
Kobieta za ladą podała mi zakupy. Ja zapłaciłam i podeszłam w stronę Shedowa... Przepraszam Sebastiana i podałam mu papierowy talerzyk z grillowanym oscypkiem. Ten spojrzał na mnie:
 - Nie lubie serów.
Spojrzałam na neigo lekceważąco:
 - Kochanie, jak mój ojciec je tak bardzo lubi to ty tez polubisz. - powiedziałam bez wyrazu. Jeszcze by mi brakowało rozkapryszonego dziecka na tej misji.
On westchnął nie chcąc się kłócić i wziął gryza. Widziałam jak przy tym sie krzywił.
Ja natomiast w mgnieniu oka pochłonęłam swój. Naprawdę te serki z Krupówek, bardzo mi smakowały. Muszę obczaić jakiegoś dobrego bace, który by mi to robił.
 - Weź mi to sprzed oczu. - warknął Shed, wciskając we mnie swojego oscypka.
Nie protestowałam i zjadłam go.
 - Nie wiesz co tracisz. - zaświergotałam rozkoszując sie smakiem słonego serka.
Przewrócił oczami i objął mnie w tali.
 - No to Kochanie co dziś robimy? - spytał słodko.
Spojrzałam na niego z politowaniem.
 - Och Misiu, nie pasuje to do ciebie, ani trochę. - zacmokałam - Zaproponowałabym narty i rozejrzenie się po okolicy.
Chłopak kilka razy potaknął głową. Wziął mnie za rękę i zaprowadził do jakoś mało uczęszczanej alejki.   
            Zanim sie obejrzałam, mój brzuch został wywrócony do góry nogami i znalazłam się w naszym pokoju w pensjonacie "Kaskada". Sciany były w kolorze błękitu, tak samo jak pościel na łóżku małżeńskim, które musieliśmy ze sobą dzielić.  Shedow zaproponował, że będzie spał na ziemi, ale ja uznałam, że jak będzie trzymał ręce przy sobie to może ze mną spać. Tak więc spaliśmy razem. Do wyposażenia pokoju zaliczało się zepsute radio, telewizor i wielka szafa. Ale i tak nie była potrzebna.
          Zakwaterowaliśmy się w nim po tym jak Shedow uznał, że jazda samochodem z Grecji do Polski jest nudna i trzeba się trochę zabawić. Tak więc przeniósł nas razem z samochodem do kraju. Ja tam się cieszyłam gdyż nie musieliśmy przechodzić kolejnej kontroli celniczej. Zyskaliśmy półtorej dnia dla siebie, więc postanowiliśmy się rozejrzeć za znakami obecności Klary.Dopiero zaczęliśmy poszukiwania i jedynie natrafiliśmy na starego satyra pilnującego owiec w górach, który pogonił nas kijem. Jakiś ześwirowany gościu.
 - Wspominałam, że tego nie lubię? - sapnęłam łapiąc oddech.
 - Z jakieś dwadzieścia razy. - odparł, podchodząc do walizek - masz. - rzucił we mnie szmatkami - ubierz się.
Spojrzałam na biało-niebieski strój narciarski i wzruszyłam ramionami. Udałam się do łazienki, gdzie sie przebrałam.
Gdy w końcu byliśmy gotowi zeszliśmy na dół wypożyczyć skuter śnieżny i udaliśmy się po deski do samochodu.
 - Zo, ale wiesz... nie szalej. - błagał Shedow gdy włączyłam silnik skutera. Odwróciłam sie w jego stronę i uśmiechnęłam się słodko.
 - Nie zamierzam... - zacięłam sie - najwyżej będziesz miał kilka połamanych kości. 
Chłopak nie zdążył zareagować, a ja właczyłam silnik na najwyższe obroty i pojechałam gdzie mnie poniosło. Sched trzymał się specjalnej linki zaczepionej do skutera i serfował za nim. A ja wygodnie sobie siedziałam i kierowałąm ta zabawką.Wjeżdżałam w największe zaspy i skocznie, w jednych momentach wyprzedzał skuter... oczywiście nie umyślnie. Po jakiś czterdziestu minutach zamieniliśmy się i teraz ja byłam ofiarą.
 - Tylko pamiętaj, że nie umiem jeździć na tym! - teraz to ja błagałam.
 Pomógł mi wstać.
 - Pilnuj zgiętych kolan i luźnych stup i będzie dobrze. - podał mi pałeczkę z linką. - będzie dobrze. - poklepał mnie po ramieniu.
Tak łatwo mu mówić bo on umi na tym dziadostwie jeździć.
 - Wypchaj sie. - mruknęłam.
 - Słyszałem! - odkrzyknął odpalając skuter. Odwrócił twarz w moją stronę. - Zemsta jest słodka! - powiedział mściwie i ledwie co skuter ruszył to ja leżałam w śniegu. Coś mi mówi, że to będzie długa podróż...
           Po moim 6 upadku, w końcu załapałam o co chodzi i nawet nieznacznie umiałam skręcać! To było wspaniałe uczucie, ja jechała, jechałaś i nagle ci coś wyskoczyło, a ty tylko śmig i to minęłaś, a nie potraktowałaś tego z tarana. Po jakimś czasie zmieniliśmy sie i ja znów usiadłam za sterami, ale teraz jechałam spokojniej. Byłam mu wdzięczna, że nie szalał aż tak i jeszcze żyje.
 - Widzisz coś? - krzyknęłam jak zaczęliśmy się zbliżać w stronę pierwszego obiektu, w którym mogła znajdować się Klara.
 - Na razie nie! - odparł omijając jedną z większych skarp.
            Postanowiłam być bardziej czujna. Dwa lata w obozie nauczyły mnie mieć oczy i uszy szeroko otwarte, ale i tak teraz próbowałam jeszcze bardziej wyostrzyć zmysły. Rozglądałam się na wszystkie kierunki i teraz każdy ruch był podejrzany. Każdy podmuch wiatru przynosił nowy zapach, a ja wyszukiwałam w nim czegoś złego.
Poczułam jak skuter odrywa się od ziemi, aby po kilu sekundach spaść w zimny puch. Za każdym takim wybrykiem nosiło mną niemiłosiernie, ale i tak liczyła się dobra zabawa.
 - Widziałaś?! - głos Shedowa wyrwał mnie z podniety jazdy.
 - Co? - krzyknęłam zdezorientowana.
Zauważyłam jakiś ruch po prawej stronie. Wytężyłam wzrok, ale dostrzegłam tylko biały puch. Nagle coś poruszyło się z lewej strony. Zwróciłam tam głowę, ale i tak nic nie dostrzegłam. Coś nas otaczało. Podkręciłam tępo pracu skutera. Chciałam się oddalić jak najdalej od tego miejsca. Wyczuwałam w nim wielkie kłopoty.
Jazda robiła się coraz bardziej ekstremalna, gdyż w ostatniej chwili zauważałam  kopki śniegu, które wybijały mnie z siodełka.
Szybciej to wyczułam niż dostrzegłam.
Mój tajny szósty zmysł zadziałał natychmiast.
Zrobiłam zwód skuterem dokładnie w chwili kiedy białe futro wyskoczyło ze śniegu. Uchyliłam się przed pazurami i zębami, ale i tak usłyszałam odgłos pękającego materiału. No to mam po kurtce.
 - Harybsy! - krzyknął Shedow.
 - Nie jestem ślepa! - odkrzyknęłam zdenerwowana.
Przerośnięty pluszak próbował znów skoczyć, ale ja potrąciłam go bokiem skutera  Zaskomlał i potoczył się w dół zbocza.
 - Z lewej! - zareagowałam z byt późno.
Życie przemknęło mi przed oczami, gdy ujrzałam ostre kły potwora, ale na całe szczęście moje ciało zareagowało impulsywnie. Najpierw puściłam kierownicę, i odgięłam się do tyłu. Stwór przeleciał nade mną nie robiąc mi większej krzywdy.
Usłysząłam jakiś harmider z tyłu i obruciłąm się. Shedow odchodził od zmysłów, gdy wymyślał nowe uniki przed zębami potwora.
Postanowiłam mu pomóc i przyśpieszyłam.
Wystrzeliliśmy jak błyskawica zostawiając potwory daleko w tyle. Nagle jak zawsze coś się spartaczyło. Skuter zachrzęścił i zatrzymał się.
 - NIE! - krzyknełam zezłości.
Zeskoczyłam z niego i z całej siły zaczełam w niego kopać, w ten sposób chciałam dac upust swojej złości.
 - Głupi szmelc!
 - UWAGA!
Zrobiłąm wielkie oczy widząc nadjeżdżającego Shedowa, który jak mógł próbował sie  zatrzymać, ale pęd mu na to nie pozwolił. Poczułam jak we mnie uderza, a później już nie wiedziałam, gdzie góra, a gdzie dół.
           Zatrzymaliśmy sie dopiero po jakimś czasie. Nie umiałam sie ruszyć gdyż chłopak przygniatał mnie. Zakaszlałam kilka razy, a on uniósł głowe na tyle, że mogłam spojrzec mu w oczy. W jego jasne jak spodki księżyca źrenice, były wpatrzone w moje oczy, a w nich widziałam coś dziwnego, zupełnie nie pasującego do zamkniętego w sobie chłopaka. Jakby tym jednym spojrzeniem cała jego tarcza, którą tyle lat się zasłaniał przed ludźmi nagle pękła. Widziałam w jego oczach chłopaka, który nie nawidzi tego kim jest i boi sie wyzwań, które musi jeszcze przejść. Nie widze w tym słabeusza, lecz bohatera, który boi się rzeczy, które musi spełnić aby jedo dusza umarła w spokoju. I to wszystko zostało zawarte w jednym spojrzeniu. Ale te spojrzenie miało drugą strone dna. Widziałam wielki smutek i lek przed samotnością, która i tak jest nieunikniona, gdyż los lubi płatac figle. Widze w nim chłopaka, który potrzebuje drugiej osoby, która pomoże stanąć mu na nogi gdy ten nie będzie umiał. Nagle zapragnęłam być tą ozdobą.
Oderwałam wzrok od jego hipnotyzujących oczu i spojrzałam na jego zaczerwienione usta, które zaczęły się zbliżać.
Przymknęłam powieki i czekałam na to co nadejdzie.
 - Zoey... - szepnął i musnął moje wargi swoimi.
            Poczułam miłe mrowienie w brzuszku i postanowiłam dać temu pocałunkowi troche werwy. Jakoś zdołałam wyplątać swoją rękę i przysiągnęłam jego głowe do siebie. Rozchyliłam wargi i nasze języki sie spotkały. Lubiłam przejmować inicjatywę w walce, ale jeśli chodzi o uczucie to ze mną było kiepsko. Po pierwsze pochodziłam z patologicznej rodziny i przez miłość widziałam tylko seks i robienie dzieci, nic więcej. Potrzebowałam kogos kto naprowadziłby mnie na dobrą drogę, a tym kimś okazał się właśnie Shedow. Ujął dłonią moją twarz i nasz niesmiały pocałunek przerodził się w cos niezwykłego. Moja nachalność gdzies prysnęła i odsłoniła moje prawdziwe odbicie. Słabą dziewczynkę, bojacą się o to co przyniesie jutro. Bojąca się miłosci drugiej osoby... zagubionym w tym całym świecie. Poczułam to wszystko naraz i coś we mnie pękło.
Jęknęła pod napływem rozkoszy. Oderweliśmy sie od siebie, żeby zaczerpnąć powietrza,ale po sekundzie znów leżeliśmy w swoich objęciach. Wpiłam się w wargi chłopaka, a on nie był dłużny. Jego ręka powędrowała pod wszystkie warsty mojege kombinezonu i zaczeła pieścić mój brzuszek. Zadrżałam.
           Przy pocałunkach z Chesterem, ani nawet przy pieszczeniu się z nim w łóżku nie czułam takiego podniecenia jekie nastapiło w tym pocałunku. Wczesniej przy naszych treningach odczuwałam coś przy naszej bliskości, ale w tedy nie wie działam co to i po prostu ignorowałam to, ale teraz już wiem, ze nasze ciała żądały wzajemnego pożądania, któremu chciałam dać jak najszybciej upust.
Usłyszałam warczenie i oderwaliśmy sie od siebie.
Próbowałam sobie przypomnieć gdzie jestem i zauważyłam gałezie jakiejś choinki nad nami, a wokół nas śnieg i ziemia. Musieliśmy wpaść do jakieś nory, a nad nami kręcily sie Harybsy.
 - Masz miecz? - szepnął mi do ucha Shed.
Zadrżałam słysząc jego głos.
 - Został przy skuterze. - odparłam - a ty masz noże?
Nie patrzyła na mnie, ale poczułam, ze się spina.
 - Zostawiłem je w pokoju.
Zamurowało mnie. On nie był przygotowany?
 - Idiota - mruknęłam.
 - Ale mam nóż w bucie. - odparł szybko.
Spojrzałam na niego z uwielbieniem.
 - Mądry idiota. - poczochrałam go po włosach.
 - Trzeba ich jakoś odciagnąc od skutera. - powiedział to jakby nigdy nic. NA jego twarzy znów pojawiłą sie maska bez wyrazu. Uh!! Musze nad nim popracować!
Ale nim to zrobię to pomartwię się o przeżycie. Wiemy, że Harybs jest 3, ale kto wie ile ich się jeszcze czai?
 - Daj nóż. - zrzuciłam go z siebie. No to tyle z naszych pieszczot.
Uniósł brew.
 - Po co ci? - spytał.
 - Odwróce ich uwagę, a ty zrobisz tą swoją magiczną przenoszeniem i uwolnisz mój mieczyk. - sciągnęłam z siebie strzępy kurtki.
 - Nie ma mowy. - odparł - Ja  odwrócę uwagę, a ty zdobędziesz miecz.
Spojrzałam na niego z nadmierną pewnością siebie.
Podeszłam do niego i wpiłam się w jego usta. Po chwili oderwałam sie od niego, a w ręce dzierżyłam jego nóż.
 - Ze mną nie wygrasz. - powiedziałam zadziornie i wyskoczyłam za krzaków - Hej wy! Przerośnięte kupy sierści. - Ulepiłam śnieżkę i rzuciłam w jednego. - Chodźcie do mnie!
USłyszałam za sobą warkot. Znieruchomiałam. Powoli zaczęłąm się odwracać, a dokładnie za mną stała Największa Harybsa jakąkolwiek widziałam.
 - UPS.
Przebiegłam mu pod nogami w ostatnim momencie. Po chwili moim uszom dobiegło wycie i ujadanie. No kolega zwołał ekipę.
Miałam jeden pieprzony sztylet, a leciało na mnie cztery przerośnięte kundle, z jednym sobie przeciętny heros nie poradzi, a co dopiero z czterema taka ja.
          Nie musze mówić, że w mgnieniu oka mnie dogoniły. Pierwszy na mnie skoczył to wbiłam mu w oko nóż, który już w nim został i zostałam bez broni. Wbiłąm się w powietrze i usiadąłm na grzbiecie jednego z potworów, ale od razu została  stracona, gdy drugi wskoczył na mnie kłąpiąc paszczą. Poczułam potworny ból w prawym przed ramieniu, gdzie paszcze Harybsy się zakleszczyły na mojej kości. Krzyknęłam z bólu. Poczułam się jak pacynka gdy zwierz zaczął mną potrząsać. Ale nagle to wszystko sie zmieniło coś szczęknęło i na mojej ręce pojawiła się srebrna tarcza, która rozerwała szczęki stwora. Upadłąm na śnieg kuląc się pod tarczą. Czułam jak potwory próbują sie do mnie dostać, ale nie zdołąły.
 - Hej wy przerośnięte Yorki! - usłyszłąm głos Shedowa - Chodźcie do mnie!
Po chwili nie czułąm już naporu na ramieniu i pozwoliłąm sobie na wstanie. Shedow walczył z Harybsami przy skuterze, a z maszyny zaczeła się lac benzyna. Usłyszałam warkot za sobą i zobaczyłąm mojego kompana bez oka.
 - No to oboje mamy kontuzje. - powiedziałam przyjaźnie - możesz być nawet fajnym pieskiem domowym. - warknąłi zaczał sie do mnie zbliżać - dobra nie złość sie - grałąm na zwłoke gdyż chciałam odczepić tarcze z bransolety. - Jestem przekonana, że możemy się zaprzyjaźnić!
Skoczył na mnie, a ja wymierzyłam w niego cios. Usłyszałam gong, a w tarczy zrobiło się lekkie wgłębienie po spotkaniu z głową potwora.
 osuwającego sie potwora odetchnęłam na chwile.
 - Zo! Zrób coś! - obróciłam się sparaliżowana widząc, że Shedow ledwie uchodzi z życiem przygnieciony ciałem Potwora, który usiłuje mu rozszarpać gardło. Drugi ze zwierzy podchodził z drugiej strony, a w jego grzbiecie tkwił wbity posamą rękojeść mój miecz.
Zaczęłąm podchodzić do tej scenki jak najszybciej umiałam ale było to trudne. Byłam pielieknie zmęczona, a śnieg wcale tego nie ułątwiał. Usłyszałam skrzyp śniegu za sobą i warkot. Obróciłąm się i odruchowo zareagowałam. Z moich palców wystrzeliła błyskawica i usmażył tą przerośniętą kupe sadła.
 - Ugh! - sapnęłam.
 - Zoey! - usłyszałam krzyk.
Byłąm jakieś 1 metrów od zamieszania, a żaden z wilków się mną nie zainteresował.
Wyciągnęłam z oka Harybsy nóż i rzuciłam nim w potwora, który atakował Shedowa. Ostrze zagłebiło się w jego futro, ale ten nie zareagował.
 - Strzel błyskawicą! - poradził mi Shed.
Tak więc zrobiłam.
Przywołałam do siebie resztki mocy i rąbnęłąm błyskawicą w stwora. Usłyszałam wybuch i fillm mi się urwał.


Otworzyłam oczy.
 - Gdzie jak kurwa jestem? - jęknęłam chwytając sie za głowe.
          Leżałam w pozostałościach po drzewie, które najpewniej złąłam, ale jak to zrobiłam?
Co ja tu w ogóle robie? Ostatnią rzecz którą pamiętam to jak wybieraliśmy się z Shedowem na stok. Ale za cholere nie moge sobie przypomnieć jak ja się dostałam do lasku. Czyżbym o czymś nie wiedziała?   
Próbowałam siię podnieść, ale od razu upadłam. Zakręciło mi się w głowie.
 - Już nigdy więcej na narty.
W końcu podniosłam się, ale nogi w kolanach chwiały mi się jakby były zrobione z galarety. Zauważyłam cos czerwonego ściekającego mi z prawej dłoni. Spojrzałam tam i zaklęłąm na wszystkich bogów olimpijskich.
 - I jak ja się pokarze na balu? - uniosłam rękaw bluzki i ujrzałąm szpetną ranę kutą, jakby coś mnie ugryzło i zaczęło rozszarpywać. W jednych miejscach widziałam biel kości. Aż dziwo, że to mnie nie bolało. Poczułąm coś ciepłęgo z tyłu szyi i pomacałam tamte miejsce. Znów krew. No jasny pieron mnei trzaśnie! Jak ja wyjde w małej czarnej?
Zaczęłąm iść przed siebie modląc się aby nikogo nie spotkać. Jeszcze teraz by mi brakowało wścibskich turystów.
Wyszłam z lasku i przyjrzałam się szkodą, które wyrządziłam. Trzy drzewa doszczętnie zniszczone, cud że to przeżyła ,ale w końcu płynie we mnie krew boga, więc jestem bardzo wytrzymała. Później spojrzałam w stronę polany. Jakieś 10 metrów obok mnie sniegu w ogóle nie było, a wokół tego okręgu leżały części skutera, a poza tym wszędzie było dużo krwi i zauważyłam wystającą ze śniegu głowę HArybsy. N to już wiem dlaczego tak wyglądam, ale gdzie jest Shedow?
 - Zoey! - Ze strony skał pojawiłą się ciemna głowa chłopaka, utykał niemiłosiernie, ale i tak uparcie ciągnął za sobą tarcze. Pewnie moją bo bransolety nie zauważyłam na ręce.
Podeszłam do niego jak najszybciej mogłam.
 - Co się stało? - zapytałąm.
Spojrzała na mnie zrezygnowany.
 - No właśnie myślałem, ze to ty mi powiesz. - powiedział jak smutas.
Zrobiłąm oburzoną minę.
 - Ostatni raz zabierasz mnie na narty! JEsteś okropnym instruktorem! - wybuchłam.
Spojrzał na mnei z ukosa.
 - To nei moja wina, że cos takiego się stało! - odgryzł się.
Założyłam ręce na piersi.
 - Ja ci kiedys skopie tyłęk. - zagroziłąm, a ten się roześmiał.
 - Powodzenia. Będę wyczekiwać tego dnia. - puścił mi oczko. - chodź kochanie, trzeba się ogarnąć przed balem maskowym. Mam nadzieje, że mam ambrozje, bo Gregory widząc nasze obrażenia zacznie nas o coś podejrzewać.
 - Zamknij się i przenieś nas! - jeknęłam, przygotowując się na najgorsze.


No to na tyle... Tak wiem że to troche z dupy wyciągnięte, i sie kupy nie trzyma, ale ważne, że jest:P Ale jest git wiec teraz czekamy na kontynuację Kingi ;)
Bujka:**