sobota, 29 marca 2014

Rozdział pięćdziesiąty pierwszy


 - Zo czy ty naprawdę uważasz, że jazda jednokierunkową pod prąd to dobry pomysł? - spytał cały sztywny Chester, który jedną noga opierał się o deskę rozdzielczą, a drugą trzymał na ziemi, jedną ręką trzymał się uchwytu drzwi, a drugą kurczowo zaciskał na pasie.
 - Gdy gonią nas potwory to tak. - powiedziałam bez ogródek wymijając kolejne auto.
         Chłopaki byli cali twardzi. Perspektywa czołowego zderzenia z innym autem też mi się nie podobało, ale co mam zrobić jeśli siedziały mi na ogonie trzy radiowozy, a których kierowcami byli jakieś człekokształtne potwory. Musiałam jakoś ich zgubić, a jazda pod prąd była moim jedynym pomysłem. Cieszę się, że Rikki, Klara i Mel zostały w obozie, bo inaczej już dawno miałabym zmytą głowę, że "chce ich zabić",  a ja po prostu walczę o przetrwanie. A  bez ryzyka nie ma zabawy!
        Jakimś cudem wcisnęłam się pomiędzy dwa tiry, które pędziły na nas z ogromną szybkością. W tym momencie myślałam, że już po nas, ale czerwona ciężarówka gwałtownie zjechała na boczny pas, a ja mogłam swobodnie przejechać.
Odetchnęłam z ulgą.
 - Pufff... było blisko. - powiedziałam wyszczerzając się.
 - Było blisko?! BYŁO BLISKO!? - wydarł mi się Chris do ucha - Mogłaś nas ZABIĆ!
 - To co ja miałam zrobić?! - krzyknęłam - Proszę zamieńmy się.
Puściłam kierownice, a Chester rzucił się na nią z głośnym sklinaniem. Odpięłam swój i jego pas.
 - Teraz ty prowadzisz. To łatwe. - nie zjeżdżaj z pasu i naciskaj ciągle na ten pedał po prawej... i w razie czego na ten obok.
 - Zoey! - wydarli się oboje.
         Ja już ich nie słuchałam, pociągnęłam Chestera na siedzenie kierowcy, a sama wyszłam przez okno na dach, aby zająć się potworami za nami. Bo ani jeden półgłówek nie kapnął się aby się nimi zająć, a ja wpadłam na ten pomysł dokładnie w chwili gdy puściłam kierownice. Nawet nie miałam mojego kochanego mieczyka, który leżał na tylnym siedzeniu obok spanikowanego Chrisa, który krzyczał na Chestera aby skręcał.
         Samochodem trochę nieźle miotało, kilka razy byłam na skraju zlecenia z niego, ale w końcu jestem córką Zeusa i potrawie latać więc to mi w dużym stopniu pomogło utrzymać się na dachu dzikiej maszyny.
Usłyszałam głuchy odgłos i zauważyłam iskry pod moją nogą. Musieli otworzyć do nas ogień... no ładnie.
        Nacisnęłam na srebrną bransoletkę, a z niej wyskoczyła piękna tarcza, która obecnie była dla mnie zbawieniem, bo ludzka broń się od niej odbijała i spadała na ziemie jak kamyczki, rzucone o ścianę. Próbowałam uderzyć w któreś z radiowozów piorunem, ale Chester jechał tak nieregularnie, że bałam się, uderzyć w inny niewinny samochód, a tego bym nie chciała.
         Miałam ochotę wychylić się i mu powiedzieć, aby jechał prosto, ale najpewniej zrzucił by mnie z samochodu, a tego bym nie chciała. To by było straszne! Byłabym cała poharatana... nie podobałabym się Shedowowi więc nawet nie próbuję.
         Postanowiłam zaryzykować i wzleciałam w powietrze i wymierzyłam w radiowóz. Wystrzeliłam, ale w tym samym momencie poczułam ból w prawym ramieniu i jakby mnie coś popychało. Uderzyła we mnie wielka ciężarówka a  piorun walnął w skały znajdujące się po lewej stronie. Najpierw zleciało tylko kilka kamyków... ale te kamyczki zaczęły się zamieniać w głazy... i nagle zrobiła się z tego lawina kamieni.
 - Cholera. - mruknęłam spanikowana. - Pierdzielona ciężarówka. Że też, kretyni nie wiedzą jak jeździć. - mruczałam pod nosem. 
        Rozejrzałam się, za samochodem z chłopakami. W końcu zauważyłam je, jechało zygzakiem i jakimś cudem nie obijało się o krawężniki. Szacun dla Chestera. Auto było znacznie oddalone ode mnie. Zrobiłam wielkie oczy i zaczęłam je gonić, a w między czasie rozkruszając większe kamienie moimi piorunami. Ciężko było dogonić tych piratów drogowych, ale na całe szczęście na drodze zrobiło  się duże zamieszanie, a nawet kolizja! Która spadła nam z nieba bo korowód radiowozów zatrzymała sie raptownie! Jeaaa!!! Sukces!      
Użyłam mojej boskiej mocy i błyskawicznie pojawiłam się w samochodzie na siedzeniu pasażera.
 - Ches! - klepnęłam go w  ramie. - Jestem z ciebie dumna! - poklepałam go - A teraz spieprzaj bo nie umiem patrzeć jak jedziesz.
Gdy zamieniliśmy się, chłopak wydukał z siebie, że mnie zabije i zwrócił swoje śniadanie za okno. Chris próbował palnąć mnie w łeb ale zagroziłam, że oddam mu kierownicę, więc powstrzymał się.

***

 - Ches to gdzie oni są? - spytałam prowadząc... usiłując prowadzić nasza trzyosobowa grupę bezpiecznie przez kanały wentylacyjne w wulkanie.
Chłopak szedł zaraz za mną, trzymał mapę i próbował dobrze nami nawigować... Co mu nie wychodziło bo kanały co chwile zmieniały swój kierunek, a bynajmniej mapa pokazywała coś innego. W końcu Chris wyrwał mu mapę i przyjrzał się temu.
Zrobił wielkie oczy i spojrzał na zdenerwowanego Chestera.
 - Walnąłeś się w łeb? - spytał oglądając jego ciemną głowę - Czy zawsze czytasz literki do góry nogami.
 - CO?! - wydarłam się wraz z Chesterem.
 - No patrzcie - pokazał nam mapę gdzie na dole pisało coś do góry nogami. Chłopak odwrócił dobrze mapę i dało się odczytać  "zieloni". Zrobiłam wielkie oczy.
 - Zabije cię. - powiedziałam chwytając syna Aresa za fraki - Normalnie uduszę Cię własnoręcznie!  
 - Uspokój się! - powiedział i oderwał mogę dłonie od  koszulki. - każdemu może się zdarzyć.
Jakby nie ciemności, które tu panują to powiedziałabym, że chłopak jest zaczerwieniony ze wstydu, ale nie umiałam tego określić na pewno.
Westchnęłam.
 - Dobra. - uspokoiłam się i przeszłam do Chrisa, który próbował ogarnąć gdzie jesteśmy. - masz coś?
Pokręcił przecząco głową.
 - Nie umiem tego obsługiwać. - powiedział i postukał tym o ścianę. - Chce to zresetować, ale się nie da.
 - A może trzeba do niego coś powiedzieć? -zaproponowałam.
 - Ej... - Chester odezwał się ale zignorowaliśmy go.
 - Naprowadź nas. - powiedział Chris, ale nic się nie stało. - nie działa.
Pokręciłam nosem.
 - A może coś mniej skomplikowanego... Reset!
 - Mózgowcy... - głos Chesa był bardziej natarczywy.
 - Cicho! - warknęliśmy na niego.
Chris zaczął obracać urządzeniem we wszystkie strony.
 - Ale Greg powiedział, ze  to proste w obsłudze.
 - Chyba dla Hefajstosa.- odparłam.,
 - LUDZIE! JA TU HANIE SŁYSZE! - wydarł się syn Aresa.
           Spojrzeliśmy na niego, a on nasłuchiwał czegoś w ścianie. Rzuciliśmy się w jego stronę i naparliśmy na ścianę. Nagle coś chrupnęło i moje oparcie się straciło, a przede mną wyrosła bezdenna czarna pustka, która zaczęła nas wciągać. A dokładniej grawitacja przestała działać i poleciałam do dziury, która przez przypadek się zrobiła. Krzyknęłam i pociągnęłam za sobą chłopaków.  Czułam się jak na jakieś zjeżdżalni tylko coraz bardzie stromej i przerażającej. Łzy nabiegły mi do oczu od duszącego ciepła  powietrza, które drażniło moją rogówkę. Uderzyłam w coś z całej siły i przebiłam się przez ścianę wulkanu, a potem wylądowałam na ciemnowłosej osobie, a zaraz za mną ze "zjeżdżalni" wyleciała reszta podróżników i przygniotła mnie do osobnika.
Usłyszałam kilka jęków pod sobą.
 - Cholera! - syknęłam. Jedynie tyle zdołałam powiedzieć, a w głowie gromadziły mi się więcej brzydkich epitetów opisujące tą sytuacje.
 - Zoey? - usłyszałam znajomy głos obok mojej twarzy.
 - Shedow?  - spytałam niepewnie.
 - Tak myślę... - powiedział nabierając powietrza. - chwilowo nie wiem, która kończyna jest moja.
 - Złaźcie ze mnie! - usłyszałam bulwers w głosie Han.
Dziewczyna podniosła się z taką siłą, że chłopaki i ja sturlaliśmy się na ziemię. Ja byłam zadowolona bo mogłam w końcu zaczerpnąć w płuca powietrza. A to mi było troche do życia potrzebne. Niestety reszta nie miała tak dobrze jak ja bo powpadali na siebie i jęczeli jeszcze głośniej.
 - Au... - jęknęłam.
         Po minucie wszyscy stali już na swoich nogach i rozmasowywali swoje obolałe miejsca... mój biedny tyłek najbardziej ucierpiał, a tak prawie nic mnie nie bolało. Pokręciłam głową aby rozmasować zbolałe kręgi. Dziwnie mi poszczykało, ale poczułam ulgę pierwszy raz od początku misji poczułam się naprawdę rozluźniona. 
 - Co wy tu robicie? - spytał Dylan gdy już wszyscy zebraliśmy się w kupie.
Chester spojrzał na niego jak na idiote.
 - To samo co wy.
To zbiło z tropu szefa misji.
 - Ale to nasza misja. - upierał się przy swoim.
Przekrzywiłam głowę i spojrzałam na przyjaciela. Jego zachowanie było dość dziwne. Niby wyglądał  normalnie, ale mówił straszne głupoty. Jakby zapomniał po co tu jesteśmy i co mamy robić.
 - Co się mu stało? - spytałam pukając go w czoło, a ten nic. Jedynie krzywo na mnie spojrzał. - Normalnie zacząłby wrzeszczeć.
Spojrzałam po towarzyszach.
Wszyscy mieli zakłopotane miny, więc coś było na rzeczy.
 - No ten tego... - zaczął Greg.
 - No wiecie... - objął moją szyję Lorenz.
 - ... mieliśmy mały wypadek. - dokończył za niego bliźniak, który uwiesił mi się na drugiej stronie.
 - Wypadek? - dopytał Chris.
Spojrzałam na Shedowa i Hanię, którzy jako jedyni mogli mi racjonalnie odpowiedzieć na nurtujące mnie pytania.
 - No bo Dylan wlazł w jakieś opary i teraz zachowuje się... Dziwnie. - wyjaśniła Hanna.
 - Ha. - zaśmiał się zakłopotany Chester - No to bez niego jesteśmy pogrzebani. 

***

        Sznurowałam buty na zimnej ziemi, gdy podszedł do mnie Shedow. W ciszy usiadł na przeciwko i przyglądał mi się. Co chwilę zerkałam w jego stronę nie przerywając wiązania obuwia. Dopiero kiedy skończyłam przesunęłam się do niego bliżej i złożyłam mu na ustach krótki, ale bardzo wymowny pocałunek. Oparłam głowe o jego podbródek i zaczęłam bawić się jego koszulkom. 
        Siedzieliśmy tak w ciszy, oddaleni znacznie od naszych towarzyszy. Fajnie było spędzać czas w gronie przyjaciół. Ale jak widzisz kich kolejny dzień pod rząd i to na misji od której zależy przyszłość świata, to ten czas robi się strasznie irytujący. Najpiękniejsze w tym było to, że był ze mną Shedow, który umilał mi ciężkie chwilę. Tęskniłam za nim przez te ostatni dwa dni i wstydze się za to, że martwiłam się o niego, a ani razy nie pomyśłam o innych.  
 - Chris opowiedział mi co się stało podczas waszej nieobecności. 
Odsunęłam się od niego. 
 - To tylko pare potworków. Zjadam je na śniadanie! - wyszczerzyłam się. 
Chłopak po kręcił głową. 
 - Jestem z ciebie dumny.  - po tych słowach zrobiło mi się cieplej na serduszku - I za to co robiłaś w czasie "waszej" misji i za dobry plan. 
Pocałował mnie w czoło. 
 - Ja tylko wpadłam na pomysł i wam go zobrazowałam. Reszte wy dopracowaliście. - Miałam na myśli plan odzyskania kolejnego oręża, który opracowaliśmy wspólnie 10 min temu. 
 - Jakby nie ten twój głośny charakter i głupie pomysły nigdy byśmy go nie wymyślili. - powiedział masując mi nogę. 
Przewróciłam oczami. 
Dawno nie zbierało nas na pochwały. I w sumie nie lubie takiego przymulania... to nie dla mojego ADHD. Shedow zauważył, że nie wiem co powiedzieć i westchnął. 
 - Dobra chodź. - wstał nim zdążyłam zaprotestować. - Zaraz zaczynamy. 
Podał mi rękę. Ujęłam ją i pomógł mi wstać. Następnie odwrócił się w stronę reszty i zaczął iść. Pociągnęłam go za rękę, a on wpadł na mnie, obejmując mnie w tali. 
Uśmiechnęłam się. 
 - Chwile poczekają. - Złożyłam na jego ustach kolejny pocałunek ciągnąc go w stronę ciemności. 


 - Dylan idź, że prosto! - warknęłam w jego stronę gdy znów chciała wejść w po czym  korytarz. 
 - Przecież ide! - zaprotestował i znów chciał zmienić trase. 
Wzięłam go za fraki i twardą ręką prowadziłam go obok siebie. Nie wiem w jakie opary on wszedł, ale zachowywał się jakby się naćpał.
 - Jezu! - westchnął - jakaś ty nudna! 
Powiedział wymachując mieczem. Miałam już go dość. Najchętniej ogłuszyłabym go i zostawiła w jakimś korytarzu, ale jakby się stracił to by poszło wszystko na mnie, a nie chciałam niepotrzebnej kłótni! Od pewnego czasu próbuje grać troche bardziej ogarniętą osobę, ale puszczanie kierownicy i wspinanie się na dach nie rokuje mi zbyt dobrze.
 - W ogóle nie wiem po co dali mi ciebie do szczęścia. – wymamrotałam pod nosem. - Musze cie niańczyć...
Chłopak wyszarpał się z mojego objęcia i przedrzeźniając mnie zaczął iść przed siebie. Wzniosłam oczy ku niebu.
 - Dzieciak.
Spojrzałam na mapę, aby sprawdzić, czy jesteśmy w dobrym miejscu. Zmarszczyłam brwi.
 - Sądzę, że znajdujemy się dokładnie pod jaskinią wypełniona Kynokefalami. - miałam na myśli stwory z tułowiem ludzkim i psimi głowami, które pomagały Hefajstosowi w kuźni. - Dylan słyszysz? 
Podniosłam głowę, a jego nie było. 
 - DYLAN! - krzyknęłam i pobiegłam w miejsce, w którym przed chwilą był. 
 - A kuku! - wyskoczył na mnie z jakieś dziury i pociągnął w swoją stronę. 
          Straciłam równowagę i runęłam w jego stronę. Nagle ziemia osunęła się z naszych nóg i zaczęliśmy koziołkować. Próbowałam wyhamować, chwytając ściany. Udało mi się zaczepić dłonie o ścianę raniąc je, ale zatrzymałam się! I w tym momencie uderzył we mnie Dylan, który wyglądał jak małe dziecko na zjeżdżalni. Krzyczał ze śmiechu i ręce wyrzucił w górę. Podciął mnie i wylądowałam na jego kolanach. Zjeżdżaliśmy spadem coraz stromszym. W końcu z przerażenia zaczęłam krzyczeć, gdy przed moją twarz pokazała się jasna plama światła. Objęłam szyję Dylana przerażona zbliżającą się śmiercią. 
         Krzyknęłam gdy wyrzuciło nas do góry. Już nie byłam taka głupia i użyłam mocy aby wznieść się w powietrze, a biedny Dylan poleciał hen daleko. Usłyszałam trzask. To był znak, że chłopak miał nieprzyjemne lądowanie, ale sam sobie na to zasłużył. Psio podobne stwory przerwały swoją pracę - wykuwania jakiś wihajstrów - i przyglądali się nam ni to z ciekawością, ani ze zdziwieniem.
         Rozejrzałam się wokoło. Znajdowaliśmy się w wielkiej jamie, która najprawdopodobniej została stworzona przez boga, bo od ścian biła przytłaczająca moc. Jama miała wielkość sporego lotniska i co kilka metrów do sufitu zostały poprowadzone wielkie, czarne rury, które działały jak wentylacja, która odprowadzała ciepło od kraterów z lawą, gdzie pracowali Kynokefanie. 
 - Ja chce jeszcze raz! - przez hałas młotów uderzających o metal, przebił się radosny okrzyk przyćpańca, który wygramolił się z góry hełmów i zbroi. Po części był w nie zaplątany i komicznie wyglądał z napierśnikiem na głowie.
 - INTRUZI! - krzyknął jeden z człekokształtnych. 
Westchnęłam. 
Przed wielką rozrubą postanowiłam sprawdzić, czy znajdujemy się w naszym sektorze. Wyciągnęłam mapę i sprawdziłam. Na mój chłopski rozum byliśmy w dobrym miejscu. 
Schowałam mapę do kieszeni spodni i uśmiechnęłam się. 
 - Polowanie czas zacząć. - mruknęłam do siebie odbezpieczając miecz. 

***

 - Przestań tym wywijać! - krzyknęłam do chłopaka, kiedy ten chciał zrobić wiatrak mieczem. 
Ciężko mi było latać, walczyć i jednocześnie utrzymywać naćpanego Dylana w powietrzu, kiedy za nami bieg cały oddział psio-ludzi, którzy jakimś dziwnym trafem potrafili chodzić po ścianach... to straszne! 
Rozwaliłam kolejną ścianę piorunem i przeleciałam przez dużą dziurę. Spojrzałam przez ramie. Tylko pojedyncze osobniki się przez nią przedostały. 
Dobrze. Mam troche czasu - pomyślałam. 
Wyrzuciłam ciemnowłosego w powietrze, aby wyciągnąć mapę i dwie sekundy później na powrót go złapać. Spojrzałam gdzie jesteśmy. 
 - Usp. Nie ta strona. 
          Zawróciłam i leciałam wprost w zapchaną dziurę. Znów rąbnęłam w nią piorunem i wszystkie stwory, które się tam znajdowały  wyparowały robiąc nam miejsce. Gładko przebiłam się przez kolejną ścianę, tym razem zostawiając większą dziurę, aby mogły szybciej wznowić swoją pogoń. Wlecieliśmy do kolejnej jaskini, również wypełnionej człekopsami. Wleciałam pod sufit skalny, aby rozejrzeć się dokładnie. Zauważyłam błysk stali i grupkę moich przyjaciół, którzy bronili się przed napastnikami. Podleciałam do nich i puściłam Dylana, który zwalił z nóg kilka potworów, które aktualnie atakowały Han i Christophera. 
 - Dłużej nie szło? - Krzyknął Chester pozbawiając głowy Kynokefa, która potoczyła sie pod moje nogi. 
 - Przez tego jełopa zgubiliśmy się. - wskazałam na miejsce, w którym przed chwilą był Dylan. - Gdzie on jest?
Zrobiłam wielkie oczy.
 - ZOEY! - blondynka zaczęła się na mnie wydzierać. 
Usłyszałam westchnięcie za sobą. 
 - Idę. - coś delikatnego potknęło mnie w policzek, tuż przed zniknięciem. 
Uśmiechnęłam się, gdyż moje serduszko uśmiechnęło się na ten mały, delikatny gest Shedow'a. Kopnęłam stwora, który usiłował się na mnie rzucić, a ten stratował kilu swoich towarzyszy, robiąc miejsce następnym, którzy ciśli się  pod moje ostrze. 
 - Wszyscy są? - spytał Shedow na powrót pojawiając się z Dylanem.
Chris wzleciał do góry, aby policzyć stan naszej grupy. 
 - Nie ma jeszcze Lore... 
Jego monolog przerwał głośny wybuch, a zaraz po tym trzęsienie ziemi. Z sufitu, zaczęły kruszyć sie kamienie, aż w końcu zaczął się zawalać. Wszyscy rzuciliśmy się do ucieczki, lecz kamienie były szybsze. Psio-stwory raz po raz zostawały przygniatane ścianami wulkanu. My unikaliśmy tego. Ja kruszyłam skały piorunami, a w tym czasie Hanna tworzyła nad nami klatkę z zielska, która miała nas ochronić przed sufitem. W końcu wielki głaz wielkości boiska footbolowego, przygniótł  nas. 
Światło zgasło.

 - A wy co lenie? - z pomiędzy głazów i gałęzi usłyszałam głos Lorenza. 
Słup światła zalał nas, gdy bliźniak przeciął gałęzie robiąc "okienko", w którym pokazała się jego uśmiechnięta mordka. - Czas trochę popracować leniuchy! Nie po to was zabrałem na misje byście się obijali! 
Powiedział i gładko powiększył dziurę jednym cięciem. 
 - Śmiem Cię poinformować - usłyszałam głos Dylana - że to JA pozwoliłem uczestniczyć TOBIE w tej misji. Jak na razie sprawiasz same problemy! 
Chłopak pozbierał się z ziemi masując zakrwawione miejsce na czole. Musiał oberwać kamieniem, ale jak widać to przywróciło mu zmysły i na powrót pojawił się zrzędliwy gbur! Za którym tak tęskniłam!     
Bliźniak wyciągnął nas z klatki. 
Wychodząc ujrzałam istne pobojowisko. Wszędzie walały się kamienie i martwe ciała psu-ludzi. Makabryczny widok, naprawdę.
 - Kasmir powiedział, że już się zaczęło. - powiedział bliźniak 
 - Co? - zapytał nie do końca ogarnięty Dylan. 
Najwyraźniej nic nie pamiętał z czasu, kiedy był "naćpany". 
 - Próba. 

***

 - Jeny jak długo jeszcze? - jęknęłam odrywając głowę z ramienia Shedow'a.
Spojrzałam przez "okno" na pracującego Gregorego. Pracował przy kowadle i uderzał młotem o rozżarzony  metal. Nie mam pojęcia o co chodziło, ale towarzystwo Boga Kowali nie wróżyło najlepiej. 
         Braciszek siedział na wielkim wymyślnym tronie zrobionym z broni, zbrój i innych podobnych wihajstrów. Miał zniekształconą, brodatą twarz, a zamiast nogi posiadał jakieś zmechanizowane dziwactwo. Oprócz niebieskiego uniformu mechanika Hefajstos nie miał nic na sobie, co było obrzydliwe, bo przyjął postać jakiegoś obleśnego mechanika, który dłubał na zmianę w nosie i uszach. Nie dziwię się, że Afrodyta, uciekła od niego do Aresa, chodź jeszcze go nie poznała to i tak wiedziałam, ze będzie bardziej ogarnięty niż Hefajstos... i na pewno przystojniejszy... W sumie tak mówili w obozie. Jeszcze nie miałam okazji poznać swoich starszych braci i sióstr. Przydałby się zjazd rodzinny. Chciałabym to widzieć.  
 - Ile tu już siedzimy? - zapytał Chris, który co chwilę zadawał te samo pytanie i przypominał mi osła ze Shreka "daleko jeszcze? ".
 - To będzie drugi dzień. - powiedział Dylan łapiąc miecz, który zleciał mu z czoła i na nowo ustawił go tak aby się trzymał. 
Jęknął niezadowolony Lorenzo, który od niechcenia rzeźbił w kamieniu jakieś ryciny. 
 - To jest jego trzecia i ostatnia szansa - powiedział poważnie Kasmir wychylając się z okna i w skupieniu przyglądając się poczynaniach Gregora. - Taki był warunek Hefajstosa. Miał trzy szanse aby wykuć rzecz, która pomogłaby mu wyciągnąć broń wtopioną w serce wulkanu. Miał wybrać ze stu rodzaju stopów, odpowiedni, który dałby radę uwolnić broń z wulkanu. - westchnął odwracając się w naszą stronę - jeśli teraz mu się nie uda, to nici z ratowania świata. 
Taki śmiertelnie poważny ton głosu nie pasował do bliźniaka, a powtarzał tą melodramatyczną kwestię już, któryś raz z kolei, jakby chciał pokazać powagę sytuacji. To i bez niego jest straszne, a on jeszcze pogarsza sprawę! Za grosz przyzwoitości. 
Westchnęłam bezradnie. 
- Jak myślicie - powiedziałam od niechcenia - który z nas będzie następny? - spojrzałam po wszystkich twarzach. 
         Większość osób zwiesiło głowę, zaniepokojone tą myślą. Oczywiście nikt nie chciał być kolejny. Za wielkie brzemię zwisa na tak młodych herosach, którzy nawet nie wiedzą jeszcze co to prawdziwe życie... Jedni nawet nie byli pełnoletni. Brutalne. Ale na wojnie tak jest: smutek, walka, śmierć - to nieodwracalna kolej rzeczy.
Shedow przytuli mnie. 
Jedno jest pewne. - pomyślałam - Nie mam zamiaru dać komuś odejść, prędzej ja wyzionę ducha niż ktoś inny.
  - Skończył. - z ciszy wyłoniły się tylko te dwa słowa. 
Wszyscy poderwali się z miejsca aby podbiec do okienka. Przeskoczyłam przez kamienną ściankę i usadziłam na niej swój tyłek aby nie zasłaniać innym widoku. Hania poszła w moje ślady, a chłopaki górowali nad nami.
Gregory z wody wyciągnął metal na kształt jakiegoś dzbanka umieszczonym na metrowym pręcie. Zmarszczyłam brwi zdziwiona tym widowiskiem. 
 - Baran! - wymamrotałam. 
 - Co on chce zrobić z tym wihajstrem? - zapytał Chris. 
Widać, że przejął pałeczkę głupich pytań od Chestera. Musze zapamiętać, aby ograniczyć przebywanie z nim, aby jego głupota nie przeszła na mnie. Mam dość własnej! 
 - Co on kucharka? - parsknął Lorenz. 
 - Przecież miał to rozwalić! - zbulwersował się Chester. 
Chłopacy zaczęli spekulować, nad poczynaniami Grega. ?Jeden przez drugiego przekrzykiwał się co zrobią mu jak go dorwią. 
Przez harmider głosów, usłyszałam ciche słowa Han. 
 - Nie. - szepnęła wpatrując się jak zaczarowana w chłopaka - On nie miał tego rozwalić... 
 - Tylko wyciągnąć broń znajdującą się w wulkanie. - dokończył za nią Dylan. 
Para spojrzała na siebie. Pod wpływem ich wzroku temperatura w powietrzu podniosła się. Lecz nie trwało to zbyt długo, gdyż dziewczyna odwróciła głowę.
 - A jak... 
 - Chce użyć lawy do stopienia skały - przerwał mi Shedow - Dlatego wykuł dzbanek, na stalowym "kijku". 
Uśmiechnęłam się szeroko. Odwróciłam głowę i cmoknęłam głośno Sheda w policzek. 
 - Mój mądrala! - usłyszałam dźwięk " dławienia się ". Han udawała, że wymiotuje widząc nasze pieszczoty. - Głupek. - syknęłam i aby jej jeszcze bardziej obrzydzić całą tą sytuację, pocałowałam mojego chłopaka w usta. 
nie trzeba było czekać długo na jego reakcje. W końcu to facet, a każdy facet jest taki sam. 
 - Glonojady - szturchnął mnie Kasmir. - Skończcie czyścić sobie ząbki i patrzcie. Zaczyna. 
Odwróciłam głowę w momencie, kiedy Greg, wylewał na skałę cieknącą lawę. Wstrzymaliśmy oddech. Powoli skała zaczęła się topić i kruszyć, ale teraz zostało jedno pytanie. Czy lawa nie naruszy broni? Bo jeśli tak to mamy przekichane. 
Syn Hefajstosa, pracował przez cały czas w pełnym skupieniu. Krople potu malowały swoją drogę na brudnej od sadzy i dymu skórze. Chłopak przez ostatnie dwa dni pracował bez odpoczynku. Musiało go to strasznie wymęczyć. 
        Po wiekach "uwalniania", broni w końcu usłyszeliśmy głuchy brzęk spadającego metalu na podłogę. W tym samy m momencie młody kowal upadł na ziemię, oddychając ciężko. Hefajstos powstał zr swojego tronu i zaczął przemawiać do swojego o syna. My nie słyszeliśmy słów, gdyż znajdowaliśmy się w magicznej bańce, która pozwalała nam tylko oglądać co się dzieje na dole... coś ja lustro weneckie. 
Gdy Hefajstos zniknął, a Greg uniósł w górę kciuk, wszyscy wybuchliśmy okrzykiem radości. 
 - Mamy kolejną broń! - krzyczeli razem bliźniacy. 
 - Temu skurczybykowi się udało! 
 - Chodź. - szepnął Shedow dając znać głową Chrisowi, aby szedł z nami. 
Zsunęłam się z balustrady i zaczęłam spadać w dół. Bariera zniknęła zaraz po odejściu Hefajstosa, więc nie musieliśmy bezczynnie tkwić w miejscu.  Przyśpieszyłam i znalazłam się obok wycieńczonego olbrzyma. 
 - I jak mi poszło? - wysapał. 
Wyglądał jak wrak człowieka. Miał podkrążone oczy i był wycieńczony. 
Obok mnie zmaterializował się Shedow, a zraz po nim Chris. Chłopaki pomogli mu usiąść. Szturchnęłam go w ramię. 
 - Jak jeszcze raz będziesz mnie tak straszyć, to osobiście skopie Ci tyłek! - wydarłam się na niego. 
 - Ładny, ładny. - zagwizdał Chris, podnosząc wielki srebrny młot, z rękojeścią zrobioną z kolorowych nitek. - i cholernie ciężki. - Chłopak musiał go trzymać w dwóch rękach. 
 - Lawa się rusza! - krzyknęła Han, schodząc z resztą po "wiogronowych" schodach, które stworzyła. 
Spojrzeliśmy na lawę, która zaczęła wyżerać jakieś znaki w podłodze. 

" Niech mąż, który serce ma otwarte, 
przybędzie na skrzydłach wiatru 
do dróg, gdzie wrota stoją otwarte "



Jeju! Jeju! Jeju! 
PRZEPRASZAM, PRZEPRASZAM< PRZEPRASZAM!! 
Wiem musiałyście na notke czekać prawie 2 miesiące! Czuje się za to naprawdę okropnie! Jak jędza większa niż Zoey i Rikki razem wzięte!
Naprawdę  was przepraszam! 

A że ostatnim razem pojawiłam się na blogu w zeszłym roku, chciałam was serdecznie poinformować i zaprosić! na mój nowiutki blog!! :D Niedawno pojawił się na nim Rozdział V!! 


Ps. Przepraszam za pojawiające się błędy, ale po prostu byłam zmęczona ;) 
      Data kolejnej notki jest bliżej nieokreslona, gdyż mamy pewien problem z "komunikacją", ale   
      trzymajcie kciuki za rychłe pojawienie się kolejnego rozdziału!! :D 


A ramach moich stokrotnych przeprosin, Panowie ładnie zatańczą xD 

https://www.youtube.com/watch?v=QJV62zeUVDE 

Pozdrowienia! 
Bujka ;**

niedziela, 9 marca 2014

Zaproszenie na mój nowy blog - Kinga

Cześć!
Chciałabym Was wszystkich zaprosić na mój nowy blog.

 Sześcioro młodych przyjaciół wraca do miasta, gdzie wszystko się zaczęło. Niektórzy z nich szukają odpowiedzi na pytania związane z ich życiem, inni próbują w spokoju dożyć swoich ostatnich dni. Opowiadanie pełne tajemnic z przeszłości, żądzy miłości, próby odzyskania siebie. Jak potoczy się dalsza historia Niny, Piotra, Ani, Artura, Daniela i Luizy? Czy zdobędą to czego szukają? 


Pozdrawiam, 
Kinga.

środa, 12 lutego 2014

Rozdział pięćdziesiąty

 Zmęczona wstałam z gorącego piasku i rozejrzałam się po okolicy. Wszyscy zbierali się już do swoich mieszkań, hoteli, schronisk. To jest to... O tym nie pomyśleliśmy. Zmęczonymi oczyma spojrzałam na chłopaków. Ci nadal wierzyli w to, że o tej porze się opalą. Najwidoczniej musieliśmy na chwilę zasnąć.
 Z torby wyciągnęłam mapę Europy i zaczęłam przeglądać wyspę Lemnos, ponieważ po długiej naradzie stwierdziliśmy, że przepowiednia musi się wiązać z Hefajstosem. Mogliśmy zdecydować się na Etnę, ale mogłoby to być za proste. Wtedy Shedow przypomniał nam historię ojca Gregory'ego, przez co postanowiliśmy znaleźć możliwe nieistniejący już wulkan Mosychlos.
 Sięgnęłam po zegarek, żeby zobaczyć godzinę. Nie spodziewałam się, że już jest tak późno. Jeszcze raz spojrzałam na chłopaków, którzy smacznie spali na plaży. Wstałam i rozprostowałam kości. Dziwne, że nikt nas od czasu znalezienia pierwszej broni nie zaatakował. Przecież przez parę dobrych godzin byliśmy bardzo dobrym celem.
 Podeszłam do linii brzegowej i zanurzyłam swoje stopy w chłodnej wodzie. Zamknęłam oczy i zastanawiałam się, czy reszta bezpiecznie dojechała do obozu. Mam nadzieję, że tak, bo nie chciałabym, żeby komukolwiek coś się stało.. No może nie licząc Chestera, ten mógłby złamać sobie coś jak będzie wysiadać z auta.
 Otworzyłam oczy i spojrzałam na morze. Najwidoczniej coś się musiało dziać, bo było wzburzone. No chyba, że ja już przesadzam próbując wszystko niepotrzebnie interpretować. Parę razy zobaczyłam machające do mnie nimfy morskie, które były zadowolone, że ktoś ich widzi.
 - Moje plecy - jęknął Gregory, który najwidoczniej w końcu się przebudził.
 Spojrzałam na chłopaków, którzy podnosili się z piasku. Każdy miał pokrzywioną z bólu twarz, najwidoczniej tylko ja pomyślałam o tym, żeby się nasmarować kremem z filtrem. Podeszłam do nich i pomogłam spakować potrzebne rzeczy.
 - Musimy znaleźć jakieś zakwaterowanie - powiedziałam, kiedy zapinałam zamek z plecaku Shedowa. - Nie możemy spać na dworze.
 - Nie - warknął Gregory. - Musimy znaleźć transport na Lemnos.
 - Gregory - jęknął Dylan. - Każdy z nas jest zmęczony, nawet nie wiemy, czy znajdziemy ten wulkan. Sam widziałeś, że niewiele jest informacji na jego temat...
 Rudzielec zacisnął pięść i odwrócił się od całej reszty. Przewróciłam oczami i spojrzałam na bliźniaków, którzy czegoś szukali na swoim tablecie. Podeszłam do nich i usiadłam na jednym z plecaków. Zauważyłam, że mieli bardzo dziwną przeglądarkę. Sam ten tablet wydawał się mi dziwny. Czyżby to jakiś prezent od Hadesa?
 - Czego szukacie? - w końcu zapytałam.
 - Rezerwujemy...
 -... nam...
 -...pokoje...
 -...w hotelu!
 Jak na zawołanie pokazali palcem oddalony o kilka mil biały budynek, który miał na dachu umieszczony jakiś szyld. Mrużyłam oczy, żeby przeczytać jego nazwę, ale nie potrafiłam. W każdym bądź razie poklepałam bliźniaków po głowie i złapałam swój plecach. Zarzuciłam go na plecy i pobiegłam za Shedow'em, który zdążył już odejść.
 Chłopak lekko drgnął kiedy dotknęłam jego ramienia. Uśmiechnęłam się do niego i w ciszy szliśmy w kierunku miasta. Mijając pierwsze sklepy, w końcu się odezwałam.
 - Nie podziękowałam ci za uratowanie życia.
 Shedow prychnął i spojrzał na mnie. W końcu objął mnie ramieniem i zrobił to czego nienawidzę. Ponownie przez uprzedzenia mnie teleportował. Upadłam na ziemię i zaczęłam łapać oddech. W tym momencie miałam ochotę go zatłuc, ale ten najwyraźniej miał z tego ubaw.
 - Właśnie tego mi brakowało - pomógł mi wstać. - Ale tak na serio, to wiesz, że nie chciałbym podpaść naszym babkom.
 Teraz ja wybuchnęłam śmiechem. No tak, teraz zawsze będzie mi ratować życie z powodu tego, że boi się gniewu naszych przodkiń.
 Kiedy się uspokoiłam, zobaczyłam gdzie tym razem nas przeniósł. Musiałam ręką przykryć swoje usta, które nie chciały się zamknąć. Zabrał mnie w miejsce, gdzie było widać całe miasto, które szykowało się do kolacji. Muzykanci zaczynali grać, głośni turyści uczyli się mówić po grecku "dziękuję" a młodzi zakochani chowali się po kątach, żeby skraść sobie buziaka.
 - Jak tutaj pięknie... - usiadłam na skale i podciągnęłam kolana pod brodę. - Jak znalazłeś to miejsce?
 - Ri... - przerwał. -Znaczy się, ktoś mnie tutaj kiedyś zabrał.
 Zmarszczyłam czoło i spojrzałam na niego podejrzanie. Ten odwrócił głowę, najwidoczniej mając nadzieję, że nie zauważyłam jego zmyłki. Dałam mu sójkę w bok, powodując, że w końcu na mnie spojrzał.
 - Rikki? - uśmiechnęłam się słabo.
 - Nie, nie... Richard. Mój kumpel... Z dzieciństwa.
 Zagryzłam wargi, żeby nie roześmiać się, słysząc jego daremne wymówki. Miałam ochotę z nim się podroczyć, ale najwidoczniej nie chciał się przyznać. Oparłam głowę o jego ramię i zaczęłam przyglądać się jak toczy się życie.
 - Dlaczego mnie tutaj zabrałeś? - zapytałam po jakimś czasie.
 - Wiesz, co teraz się dzieje w hotelu?
 Zmarszczyłam czoło i spojrzałam na niego. Ten tylko uśmiechnął, złapał za dłoń i przeniósł. Tym razem nie upadłam na ziemię, tylko wpadłam na odwróconego bliźniaka.
 - Ło.. ło... ło - prawdopodobnie Lorenz  próbował złapać. - Chyba nie przepadasz za tego rodzaju transportem.
 - Nie dobijaj...
 Kiedy skończyło mi się kręcić w głowie, uświadomiłam sobie, że wciąż byłam w ramionach bliźniaka. Najwidoczniej musiałam się zarumienić, bo stojący obok Shedow próbował stłumić swój śmiech. Pokręciłam głową i spojrzałam na resztę, która o czymś żywo dyskutowała. Podeszłam bliżej, żeby dowiedzieć się, o co chodzi.
 - Moim zdaniem, Han powinna być ze mną i z Dylanem w pokoju - powiedział Gregory.
 - Ja cię rozumiem - próbował go uspokoić Dyluś. - Tyle, że według nas najuczciwiej będzie, jeśli ona będzie ze mną i z Shedowem w pokoju...
 Wybuchnęłam śmiechem, domyślając się o co chodzi. W takim razie są dwa pokoje trzyosobowe i próbują przygarnąć sobie jedyną dziewczynę do swojej sypialni. O bogowie! Jakie to jest okropne. Nieświadomie przeszły przeze mnie dreszcze, wyobrażając sobie, co mogliby ze mną tam robić.
 - Mogę sama wybrać? - stanęłam pomiędzy nimi.
 Chłopaki spojrzeli po sobie, najwyraźniej nie pomyśleli o tym, że ja sama mogę zdecydować. Spojrzałam na Gregory'ego, który nie wiem kiedy, ale zdążył jakoś doprowadzić siebie do porządku. Następnie przeniosłam wzrok na bliźniaków, którzy nie uczestniczyli w dyskusji, raczej byli zainteresowani konstruowaniem nowego gadżetu. Shedow i Dylan chcieli mnie w pokoju bez żadnych podtekstów.
 Obróciłam się na pięcie i wzięłam od Dylana klucz. Uśmiechnęłam się do niego i odpowiedziałam.
 - Wybieram bliźniaków.
 Shedow i Dylan spojrzeli na mnie szeroko oczyma. Myśleli, że wybiorę ich dla świętego spokoju, lecz uznałam, że więcej frajdy będzie z Lorenzem i Kasmirem. Najwidoczniej oni do tej pory nie wiedzą, o co chodzi, bo nawet nie zareagowali. Tylko biedny Gregory się zasmucił. O bogowie! Liczę, że nie wpadłam mu w oko. Nie może być...
 Wzięłam więc swój plecak i weszłam do windy. Wysiadłam na drugim piętrze, gdzie zaraz po lewej miałam pokój. Oczywiście, nie był on tak świetny jak w Zakopanym, ale teraz się to nie liczy. Każde łóżko będzie idealne. Nawet nie mam sił wziąć prysznica...
 - Był to bardzo długi dzień - powiedziałam do siebie.
 Położyłam się na dwuosobowym łóżku i zamknęłam oczy. Czułam każdy mięsień, każdy nerw, wszystko było obolałe. Niestety, po chwili usłyszałam jak drzwi się do pokoju otwierają. Na pewno to bliźniacy przyszli, więc odwróciłam się na drugim boku. Wciąż nikt się nie odzywał, ale słyszałam regularny oddech. Otworzyłam oczy, ale nic nie zobaczyłam. Wszędzie była ciemność, ale wiedziałam, że ktoś tutaj jest. Podniosłam się na łokciach i skupiłam na czymś wzrok w nadziei, że przyzwyczaję go do ciemności. Wciąż słyszałam oddech...
 Dłoń spuściłam na ziemię w poszukiwaniu miecza. Niestety, nigdzie nie wyczuwałam skórzanej pochwy. Moje serce zaczęło niebezpiecznie przyśpieszać, wtedy usłyszałam ten śmiech. Nie należał on do żadnego z przyjaciół. Przypominał on jednego z bogów, ale to byłoby marzeniem, żeby to był jeden z nich.
 - Nie boisz się sama być tutaj? - głosem przypominał Hermesa.
 - Harry... - szepnęłam w ciemność. - Na co czekasz, jestem bezbronna...
 Ponownie usłyszałam jego uroczy śmiech, wtedy go zobaczyłam. Wyszedł zza firany i stanął w oknie, gdzie zobaczyłam oświetloną przez księżyc twarz. Jego ciemne oczy morderczo na mnie patrzyły, ale nie ruszał się. Przy jego boku zobaczyłam mój miecz... W jaki sposób zdążył mi go zabrać.
 Wydostałam się z łóżka i podeszłam do ściany, chcąc zbliżyć się do drzwi, ale Harry nie jest głupi i wiedział, co zamierzam. Rzucił nożem, który utkwił parę milimetrów przed moją twarzą.
 - Wybierasz się  gdzieś? - warknął i jednym susem przeskoczył przez łóżko. - Przecież nawet się jeszcze nie zabawiliśmy...
 - Cholera! - spojrzałam na niego. - Czego wy dzisiaj ode mnie chcecie?
Najwidoczniej nie podobało mu się ta reakcja. Złapał mnie za włosy i pociągnął głowę do tyłu. Zbliżył swoją twarz tak blisko, że czułam zapach jego skóry. Modliłam się, żeby w końcu ktoś wrócił. Przecież to nie może tak się skończyć.
 - Nie ma tutaj miecza, jeśli chcesz wiedzieć - jęknęłam.
 On prychnął i zimnym ostrym mieczem pogłaskał mój policzek.
 - Wiem - szepnął mi do ucha. - Wiem również, że wiecie, gdzie jest kolejna broń..
 Bliźniak Hermesa naparł na mnie jeszcze bardziej. Pod wpływem jego ciepła bałam się coraz bardziej. Palcami wyczuwałam jego bok i przypięty do niego miecz. Był tak blisko a zarazem tak daleko...
 - Nic mi o tym nie wiadomo - odpowiedziałam, narażając się na jego gniew.
 Nie myliłam się. Złapał mnie mocniej za włosy i rzucił na łóżko. Poczułam silny ból w lewej ręce. Muszę odzyskać swoją broń, inaczej nie dam rady. Spojrzałam za siebie, ale go już tam nie było. Wtedy poczułam jak ktoś łapie mnie za nogi i przysuwa do siebie. Usiadł na mnie okrakiem a moje dłonie przytrzymał nad głową. Próbowałam się wiercić, w nadziei, że uda mi się wydostać. Był on za silny jak dla mnie.
 - Powiedz mi co wiesz - jego twarz znowu znajdowała się parę milimetrów od mojej.
 - Jakby powiedziała to moja przyjaciółka, jak chcesz mnie przelecieć, to to zrób a nie marnuj mojego czasu...
 Nogą wyczułam swój miecz, tylko nie wiedziałam w jaki sposób go wydostać. Wiedziałam, że dalsze droczenie się z bliźniakiem Hermesa w niczym mi nie pomoże. Czułam jak jego mięśnie się napinają, a dłonie zaciskają na moich nadgarstkach. Zaczynałam płakać z bólu, lecz dla niego to była satysfakcja.
 - Niestety, nie jesteś w moim typie - szepnął mi do ucha. - Chociaż...
 Wtedy otworzyły się drzwi, które wlały do środka światło. Nabrałam odwagi i ile sił miałam odepchnęłam Harry'ego od siebie. Póki orientowałam się, gdzie co jest, znalazłam swój miecz i oddaliłam się od niego. Usłyszałam jak mój wybawca wyciąga miecz i atakuje nieprzyjaciela. Szybko wydostałam się  z łóżka, chcąc mu pomóc, ale znowu poczułam ostry ból w lewej ręce. Upadłam przy łóżku i patrzyłam jak walczą.
 Chłopak nieźle sobie radził z mieczem, ale domyślam się, że to nie jego działka. Podniosłam się z trudnością i podeszłam do drzwi balkonowych. Otworzyłam je, dając możliwość wyprowadzenia Harry'ego na zewnątrz. Wtedy przyjaciel kopnął go wystarczająco mocno, że przeleciał przez framugi. Podbiegłam do niego i przyłożyłam miecz do jego klatki piersiowej.
 - Ty też nie jesteś w moim typie.
 Uśmiechnęłam się słabo i trzonem uderzyłam go w twarz, powodując, że przeleciał przez barierkę. Oczywiście, jak to na boga przystało znikł w połowie drogi.
 - Jesteś cała? - podbiegł do mnie jeden z bliźniaków, ale w tej chwili nie wiedziałam, czy to był Lorenz, czy Kasmir.
 Pokiwałam twierdząco głową, ale ten i tak wziął mnie pod ramię i zaprowadził do łóżka. Złapał jakiegoś jaśka i rzucił w kierunku drzwi, ale najwyraźniej chodziło mu o włącznik, bo w pokoju nastała jasność. Skrzywiłam się pod wpływem światła i zasłoniłam oczy lewą ręką, z którą było coś nie tak. Poczułam na niej lodowate palce chłopaka.
 - Kurde, masz jednorożca na ręce!
 Zabrałam od niego tą rękę i sama na nią spojrzałam. Na tak, ci to nigdy nie potrafią być poważni w takiej chwili. Od łokcia po nadgarstek miałam ogromnego krwiaka, który naprawdę przypominał kształtem jednorożca, przez co się uśmiechnęłam.
 Podniosłam wzrok i spojrzałam na Lorenza. Chłopak najwidoczniej nie wiedział, co w tej chwili zrobić. Na szczęście zdążył zmienić strój na bardziej służbowy. Złapałam go za skórzany płaszcz i wyciągnęłam z lewej wewnętrznej kieszeni buteleczkę z ambrozją. Lorenz był zaskoczony, najwidoczniej nie wiedział, że coś takiego ma przy sobie.
 Do pokoju wszedł Kasmir, który widząc bałagan i nas na wspólnym łóżku trochę się zmieszał.
 - Jeżeli wam przeszkadzam to powiedzcie...
 Pokręciłam z uśmiechem głową i wstałam z łóżka. Zamknęłam się w łazience, zapominając zabrać ze sobą jakiś zmiennych ubrań. Ach, wezmę je jak się wykąpię. Rozebrałam się i weszłam do wody. Oparłam głowę o ścianę i zamknęłam powieki. Usłyszałam śmiech bliźniaków, najwyraźniej bardzo cieniutka ta ściana.
 Chcąc nie chcąc, zaczęłam się im przysłuchiwać. Na początku rozmawiali o swoim nowym wynalazku, ale później zaczęli coś szeptać, przez co ich zaczęłam nie rozumieć.
 Szybko wyszłam z wanny, przeklinając na siebie za swoją cholerną ciekawość. Złapałam ręcznik i po cichutku otworzyłam drzwi. Wyjrzałam przez nie i zobaczyłam bliźniaków stających na balkonie.
 - Martwię się, że coś się stało Klarze... - uniosłam w zdziwieniu brwi, kiedy powiedział to Kasmir.
 - Stary, jest ona w dobrych rękach - poklepał brata Lorenz. - Ma ze sobą Zo, Rikki... Jak Dylan pozwolił jej na powrót do obozu, to ty tym bardziej powinieneś.
 Zaryzykowałam i na czworaczkach wyszłam z łazienki. Nie obchodziło mnie, to że miałam na sobie tylko ręcznik, który ledwo zakrywał mi uda. Wczołgałam się pod łóżko i spojrzałam na bliźniaków.
 - Co się działo, kiedy byliśmy..cholipka! - coś w ręce Lorenza zapłonęło, ale na szczęście szybko wyrzucił to przez okno. - Ale badziew.
 Kasmir zaczął się śmiać, widząc to.
 - Geniuszu, bo nie tak się to robi!
 - Drugi geniusz się odezwał... Ale właśnie. Powiedz mi, co się działo kiedy byliśmy podzieleni na grupy?
 Kasmir ruszył ramionami.
 - Nic - mruknął. - Dla Klary jestem tylko dobrym kumplem... Dla niej liczy się, tylko Dylan.
 Chłopak oparł się o barierkę i spojrzał w dół. Nie zazdrościłam jego sytuacji, ponieważ wiem jak to jest być zakochanym bez wzajemności. Przecież parę miesięcy temu ja byłam w podobnej sytuacji. Och, gdybym mogła mu jakoś pomóc, ale nie mogę się wtrącać w nieswoje sprawy.
 - Nie możesz o niej jakoś zapomnieć? - przewróciłam oczami, słysząc dobre rady profesora Lorenza.
 - Stary, ciesz się, że nigdy nie byłeś zakochany! - poklepał brata po plecach i wszedł do środka.
 No pięknie... Ciekawe jak ja teraz wyjdę. Aż zrobiło mi się zimno... No tak, bo przecież leżę półnaga pod łóżkiem. Poczułam jak na łóżku kładzie się Kasmir i zaczyna kombinować z jakimś gadżetem. Po chwili do pokoju wszedł Lorenz, który usiadł na fotelu i założył nogę na nogę.
 - Myślisz, że się utopiła? - zapytali na raz.
 O bogowie! Ale ze mnie idiotka... Kombinuj dziewczyno, kombinuj.
 Obejrzałam się za siebie, niestety, łazienka była za daleko, moje łóżko również. Wtedy usłyszałam pukanie do drzwi. Do pokoju wszedł ktoś o nowych czarnych butach. Z pewnością Shedow.
 - Mamy zebranie w naszym pokoju - powiedział od niechcenia.
 Bliźniacy zebrali się i ruszyli do wyjścia.
 - Ej, ej - zatrzymał ich chłopak. - Gdzie Han?
 - Kąpie się.
 Bracia w końcu wyszli a mi ulżyło. Z drugiej strony mam nadzieję, że kuzyn nie będzie mi nigdy liczyć ile razy uratował moje zacne cztery litery.
 - Co tutaj robisz?
 Krzyknęłam z przerażenia i uderzyłam się o spód łóżka. Przyjaciel pomógł mi stamtąd wyjść i z szafy wyciągnął jakieś świeże ubrania. Uśmiechnęłam się nieśmiało i pobiegłam do łazienki się przebrać.

 - Nie podziękowałam ci.
 Następnego dnia zatrzymałam Lorenza na klatce schodowej, czekając aż wszyscy pójdą do taksówki. Chłopak uniósł w zdziwieniu jakby zapomniał o wczorajszej nocy.
 - Gdybyś tam nie wszedł... - nawet nie potrafiłam sobie wyobrazić, co mogłoby się stać.
 - Eee tam - chłopak objął mnie ramieniem. - Jesteśmy przecież kumplami z drużyny..
 - Przyjaciółmi, Lorenz... - poprawiłam go.
 - Na brodę Merlina! - chłopak zaczął skakać. - Chwila... to nie ta bajka! O bogowie! Hanna Toscano jest moją przyjaciółką.
 Wybuchnęłam śmiechem i złapałam Lorenza pod ramie. Dlaczego nie spędzałam z bliźniakami więcej czasu? Przecież przy nich w ciągu roku przybędzie mi tyle zmarszczek ze śmiechu, ile normalnym osobom podczas całego życia.
 Wszyscy weszliśmy do taksówki, która zabrała nas na lotnisko skąd mieliśmy polecieć na Lemnos. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie z planem i już jutro będziemy mieć kolejną broń i przepowiednię. 

wtorek, 24 grudnia 2013

Rozdział czterdziesty dziewiąty

 - No to kto potrafi prowadzić? - spytał Dylan przytulając sswoją dziewczynę, która trzęsła się jak galaretka. Nadal nie potrafiła otrząsnąć się z szoku wywołanego bliskim spotkaniem z chmarą pająków. Na dodatek jest dzieckiem Ateny więc jej trauma nasiliła się 100 krotnie.
 - Ja! - wykonałam sprężynkę i stanęłam boso na ciepłym greckim piasku - I tak muszę skoczyć do obozu po parę rzeczy. - przeciągnęłam się jak kocica, nie zważając, na to, że prawie łokciem wybiłam oko Rikki... niestety dziewczyna uchyliła się od przypadkowego uderzenia... taka szkoda!
 - No dobra - powiedział niepewnie syn Apollina - potrafisz prowadzić?
 - Mam prawo jazdy jeśli oto ci chodzi. - uśmiechnęłam się triumfalnie.
Wszyscy spojrzeli na nie ze zdziwieniem.
 - A niby kiedy je robiłaś? - spytała Hania.
Posłałam w jej stronę tajemniczy uśmiech.
 - Więcej na ten temat może ci opowiedzieć Pan Znikam. - wskazałam kciukiem na Shedowa, który zmieszał się.
           Nie chciałam teraz rozwodzic się nad tym, że co kilka dni wybieraliśmy sie z czarnowłosym na małe wycieczki mające na celu zdobycie prawka... W obozie niestety nie uczą nas jak prowadzi sie samochód, a jak widać w tych czasach jest to bardzo przydatne! Dlatego z Shedowem uznaliśmy, że to bd dobra przygoda. Ale nie byliśmy pierwszymi, którzy na to wpadli... Prawie wszyscy nauczyciele mieli prawko, Zayn, Honey, nasz kochany wielkolud Gregory... i wiele wiele innych osób... dziwie się, że bliźniacy jeszcze nie załatwili sobie przewka... oni lubia przypały.
 - Dobra później sobie pogadacie! - ucioł Chester - teraz trzeba zorganizować resztę.
Znów się przeciągnęłam:
 - Syn Największego Złodzieja na Ziemi zalatwi nam wóz - zaczęłam kręcić głową aby rozruszać mięśnie... zwisanie głowa w dół w kokonie mi nie służy - Z Klarą musi jechać Rikki - jej imie ledwo przeszło mi przez gardło. - A Mel też jedzie bo martwie się o nią bezpieczeństwo.
Zakończyłam to zgrabnym obrotem w stronę nasłuchujących.
Wszyscy zaniemówili nie wiem z czego. Może nagle pojawiło się coś za moimi plecami, albo nie umiom uwierzyć w to co przed chwileczką powiedziałam.
 - Wow - jako pierwszy odezwał się Gregory.
 - To... - zaczał Kasmir patrząc na mnie rozwartymi oczami.
 - ...było... - teraz Lorenzo
 - ...Niesamowite! - dokończyli wspólnie.
 - Jednak głowy umisz używać inaczej niz do walenia przeciwników - w głosie Rikki było mniej jadu niż zwykle... a to mnie zdziwiło. 
 - No niekiedy jej się zdarzają przebłyski inteligencji. - dopowiedział Shed stając obok mnie, opierając brode o moje ramie.
 - Ale bardzo rzadko. - Uśmiechnęła się perfidnie ta winogronowa jędza.
            Po krótkiej dyskusji Dylan przywrócił nas do porządku... widocznie zebrał myśli i wymyślił jakiś sensowny plan więc uciszyliśmy się grzecznie i zaczęliśmy słuchać co ma do powiedzenia chłopak.
 - Zgadzam sie z Zoey, praktycznie we wszystkim, tylko obawia się, że trzeba wam kogoś dołożyć na wszelki wypadek.
 - Najlepiej kogoś kto...
 -... potrafi utrzymać...
 -  ... dwie lwice...
 - ... na dystans....
 - ...bo...
 - ...rozwalą...
 - Auto. - zakończyli razem bliźniaki.
          Spojrzałam na nich z przymrużonych powiek. Najpewniej mieli racje, bo jak przyjdzie co do czego i wkurze się na Brigden to moze wylecieć w powietrze wszystko dookoła, a chyba tego wolelibysmy uniknąć.
Poczułam jak pierś Shedowa faluje w góre, gdy nabiera powietrza aby zgłosić się na ochotnika... lecz nim zdążył się odezwać Hania juz wypaliła.
 - Weźcie Chestera.
Wszyscy spojrzeli na nia.
 - Dlaczego? - spytała Mel odrywając wzrok od swojego zamku z piasku robionego na stopach Christophera.
 - Bo go nie lubie.


***

            Gdy Chris załatwił jakiegoś dobrego jeepa i gdy już prawie wszystko było gotowe do naszego wyjazdu Shed zaprosił mnie na krótki spacer wzdłuż linni brzegowej. Szliśmy brodząc w lekko zimnej wodzie morza, trzmając się za ręce i ciesząc się swoją obecnością. Miałam gdzies to, ze znajduje się na terenie Posejdona i zaraz moze mnie woda wciągnąć na dno. Szłam z moim chłopakiem i cieszyłam się pięknym dniem. Nie miałam ochoty na zastanawianie się kiedy zginę. Po naprężonych mięśni twarzy zauważyłam, że ciemnowłosego coś gryzie.
 - Moglem się zgłosić za Chestera. - wypalił w końcu.
Przewróciłam oczami. 
 - A co - powiedziałam szczerząc się - boisz się, że sobie nie dam rady? - podpuściłam go. 
Ten spojrzał na mnie z góry. 
 - Bardziej, że się pozabijacie z Rikki. - odparł. 
Westchnęłam niezadowolona. 
 - Zepsułeś tą piękną chwilę wypowiadając JEJ imię! - nastroszyłam się niezadowolona. 
 - Zaraz możemy to naprawić. - odprał przyciągając mnie do siebie. Przyległam do jego ciepłego torsu schowanego za białą koszulką z jakimiś chińskimi napisami. Jego dłonie powędrowały na moje biodra i przyciągnęły mnie bliżej. 
 - No proszę, proszę. - zarzuciłam mu ręcie na ramiona - widze, że się swobodnie czujesz śród obcych niż przy swoich. - Kiwnęłam głowa w stronę plażowiczów. 
 - Tu nikt nie wie kim jestesmy i nie gnębią cię za to, z którego łona wyszedłeś. 
Zacmokałam z dezaprobatą. 
 - Ująłeś to bardzo poetycko - zaśmiałam się - Ale wiesz jak mnie wkurzasz gdy mówisz o tym, że jąką to ty sierotą nie jesteś bo jesteś synem Nemezis. Mnie to gówno obchodzi kto się ze sobą piepszył. Ważne, że jesteś. - Zakończyłam. Niekiedy moje przebłyski inteligencji mnie przerażają. Zaczerwieniłam się gdy po sekundzie zrozumiałam, co takiego powiedziałam. Pochyliłam lekko głowę aby ukryć moje oznaki zażenowania. 
 - Chyba częściej musisz wisieć głową w dół. - teraz to on mi dogryzł - Takie natlenienie mózgu dobrze Ci robi... a od godziny mnie zaskakujesz, że ruszyłaś tym starym procesorem. - popukał mnie delikatnie w głowę. 
Od jego słów jeszcze bardziej się zaczerwieniłam. Czy to takie dziwne, że ja myślę? No prosze! JEszcze to sobie zapiszcie w kalendarzu! - pomyslałam.
 - Ej nerwus... - użył mojego przezwiska, które mi nadał podczas naszych treningów. Podniósł mój podbródek tak, że zmuszona byłm popatrzeć w jego jasne jak księżyce oczy.
 - Cicho! - wspięłam się na palce i pocałowałam go zanim zdążył jeszcze bardziej zniszczyc ta chwile.
          Nasze wargi, delikatne, ciepłe i żarłoczne błądziły po sobie obdarowywując siebie pocałunkami. Nasze usta tak samo chciwe, poruszające sie w jednym tępie. Wplątałam palce w jego włosy i przyciągnęłam go do siebie, a on objął mnie jeszcze mocniej w tali. Nasze jezyki splotły sie z sobą w szaleńczym tańcu. Oderwaliśmy sie od siebie dysząc, pocałowałam go jeszcze raz w usta i popchnęłam do tyłu. Chłopak z wielkim pluskiem wpadł do wody. Jego mina była bezcenna, zaskoczenie z nutą irytacji i przebiegłości.
          Nim zdążyłam się roześmiać, odwróciłam się i zaczęłam uciekac z wielkim piskiem. W połowie plaży chłopak dogonił mnie, przerzucił sobie mnie przez ramię i zawrócił w stronę morza. Ja darłam się i piszczałam aby mnie postawił, ale mnie nie słuchał. Zaczęłam go bić pięściami i kopać go kolanami, a ten nadal nic. W końcu wylądowałam w wodzie. Nałykałam się sporo słonej wody, gdyż kilka razy fale mnie zmyły. Natomiast on stał zadowolony z siebie.
 - Śmieszne. - wydukałam gdy ogarnęłam, z której strony fala leci.
 - Śmiem Ci przypomnieć, że to ty zaczęłaś.
Przewróciłam oczami.
 - Pomóż mi - wyciągnęłam w jego stronę dłoń.
             Tak jak się spodziewałam dżentelmen ujął ją i chciał pomóc mi wstać. Ale w tedy ja go pociągnęłam do siebie i poleciał na mnie jak worek. Przewróciłam go tak, że siedziałam na nim okrakiem, a on bił się z falami. Gdy ogarnął całą sytuacje objął mnie i przyciągnął do siebie. 
 - Zobaczysz, że kiedyś przestanę ci ufać! - zagroził.
Wzruszyłam ramionami i pokazałam mu język.
 - Jakoś sobie z tym poradzę. - pochyliłam sie nad nim i znów go pocałowałam.


***

- Dzieciaki! NA miejscu będziemy za około dwie godziny jak się nic nie zmieni. - poinformowałam wszystkich, po czym zaciągnęłam sie ambrozją, która od razu mnie ożywiła. Na drodze nic się nie działo. Musiałam jechać tylko po pasie, uważać na znaki i włączać od czasu do czasu migacze gdy mijałam innych uczestników ruchu. Nudziło mnie to. Minęły już prawie 3 godziny, a jeszcze nic na nas nie wyskoczyło... wręcz tęsknie za pieczarą Arachne.. tam chociaz się coś działo, a nie tak jak tu. Nuda, i jeszcze raz nuda!
 - Tak daleko?! - mruknęła Mała blondynka jadąca w bagażniku. Jeszcze nie odpokutowała za to, że namówiła bliźniaków do przyjazdu do Aten i wywalenia mi wszystkich rzeczy z torby. Za to bs pokutowac jeszcze długo po przyjeździe do obozu. A przypilnuje tego gto bd miał nad nia piecze. i to nie bd nikt miły!
 - Ty już lepiej siedź cicho. - odparłam - Trzebabyło siedzieć w obozie.
 - Ale nikt nie powiedział, ze nie moge, a bliźniacy zostali! - zaczęła się wykłucać - Ja tez chcę zostać!
Krzyknęła. Gdy by stała na ziemi na pewno tupnęła by z niezadowoleniem nogą.
 - Mel - odezwał się Chester, który siedział na fotelu pasażera obok mnie i próbował zasnąć. Naciągnął czerwoną szyldówkę na twarz odizolowując się od promieni słonecznych. - Jeśli nie przestaniesz jazgotać i nie dasz mi spac to osobiście przypilnuje abyś leciała za tym samochodem do końca dro...
Nie dokończył gdyż rzuciło całym autem, kiedy wzięłam ostry zakręt tuż przed głazem, który nagle spadł przed maskę. Wszyscy krzyknęli z niezadowoleniem, gdyż nie wiedzieli co się dzieje.
 - Fox! - wydarła się Rikki - Czy ty jesteś chora psychicznie?
Nie zdążyłam odpowiedzieć bo coś wylądowało na naszym dachu robiąc wielkie wgniecenia.
 - Co u diabła...? - zaczął syn Aresa kiedy przed szybą pojawiła się wielka brodata głowa, z brodawkami na nosie. Stwór uśmiechnął się pokazując swój bardzo niezadbany zgryz.
Po chwili kolejny huk i kolejny stwprek wylądował na naszym dachu, ale ten zgrabnie przeskoczył na tylnią szybę i zaczął się dobijać kilofem do środka. Mel zaczełą krzyczeć i próbowała przedostac się w bespieczne miejsce. Chris wyciągnął w jej stronę ręce i próbował ją złapać.
Skręciłam kierownicą i o cal minął nas wielki głaz.
 - Duchy gór! - krzyknęła Klara, która obudziłą się i trzymałą kurczowo miecz, który dostała od Arachne.
 - A co to takiego jest? - spytał Chester otwierając okno i wychylając się z niego.
Mały skrzato podobny potwór zauważył to i skoczył na wycieraczki zasłaniając mi całe pole widzena.
 - Zrób coś! - krzyknęłam do chłopaka.
 - Staram się! - odkrzyknął wchodząc na dach.  
 - Pewnie dwunastka dowiedziała się, że zdobyliśmy miecz! - powiedziała Rikki wyjmując swój oręż. obróciła się na fotelu w stronę Mel i próbowała ją wciągnąc do środka uważając przy tym aby szpetny skrzat nie zrobił jej krzywdy.
              Znów skręciłam ostro kierownicą kiedy kolejny kamień wielkości piłki do koszykówki, próbował spaść na nasz samochód. Rikke rzuciło tak, że wylądowała na szybie Klary, a Chester z ledwościa utrzymał się na dachu gdyż jego nogi zasłaniały mi lewą szybę.
 - A co to są te duchy gór? - spytałam Klarę, która jeszcze się nie otrząsnęła po spotkani z chmara pajaków i mówiła mniej niż zwykle.
 - Małe gnomy, które wywołują lawiny i sprawiają, głupie wypadki. Zazwyczaj nie są bardo szkodliwe.
 - No widać - mruknęłam pod nosem i ominęłam kolejny kamień.
           Coś trzasnęło i wszystko co miałam na desce rozdzielczej poleciało do tyłu. Usłyszała pisk malej dziewczynki i krzyk reszty, którzy próbowali jej pomóc. W lusterku widziałam, że Gnom otworzył bagażnik, a dziewczynka pod wpływem siły wyporu wyleciała z samochodu. Widac to do cisnęłam hamulce do ziemi, a samochód się zatrzymał.
 - Chris! - przed sekundą Rikke krzyknęła do Pana Złodzieja.
 - Już! - odkrzyknął i zniknął, aby po chwili pojawić się z przestraszoną blondynką w ramionach.
          Natomiast Chester Przeleciał przez maskę łapiąc duszka i wylądował na ziemi pełnej kamieni. Sama uderzyłam głową o kierownice, a Klara rąbnęła czołem o szybę i zaczeła krwawić. Rikke leżała w tak dziwnej pozycji na skrzyni biegów, że to się w pale nie mieści. Nogi miała na desce rozdzielczej, a ręce i reszta tułowia leżąły skrzywione pod nogami Klary. W sumie nie współczułam jej. Dobrze jej tak.
 - Chester! - wydarłam się widząc, że kamienie wciąż spadają, a przyjaciel leżał nieprzytomny na ziemi. Kilka kamieni udeżyło w nasz dach robiąc wgniecenia.
 - Wychodzimy! - szybko wydałam komędę i otworyzłam drzwi, a pierwsze co zrobiłam po wyjściu z auta to roztrzaskałam piorunem głazy wielkosci wózka, który leciał wprost na samochód.
           Zaraz po tym jeden ze skrzatów wskoczył na mnie, dotykając mnie w miejsca, o których Shedow mógł sobie pomarzyć. Próbowałam go złapać ale skubaniec był szybki. W końcu straciłam cierpliwość i zrobiłam z siebie agregat do prądu, w rezultacie duch spadł na ziemię gdyż, natężenie prądu było dla niego za wielkie. Kila razy jeszcze poskakał na ziemi, a potem znieruchomiał.
 - Teraz to mnie wkurzyły! - krzyknęłam i rozwalałam lecące kamienie jeden po drugim.
Słyszałam, za sobą komendy Rekke, która kazała Chrisowi wziąść Mel i nieprzytomnego Chestera w bezpieczne meijsce.
 - My sobie poradzimy! - krzyknęła na koniec biorąc pod ramie wystraszoną Klarę , która zachowywała się jak spłoszony kot lecz ściskała w ręce meicz tak mocno jakby od tego zależało by jej życie.
Niestety gnomów się namnożyło i teraz wyłaziły z wszystkich stron, a głazy spadały coraz częściej. Wyciągnęłam zza pasa rękojeść miecza i aktywowałam go. Srebrne ostrze wyskoczyło i zamachnęłam się na ducha, kóry chciał na mnie wskoczyć.
        Rikke i Klara już dawno walczyły z nimi, ale ja byłam zajęta rozwalaniem kamieni, a nie głupimi gnomami, która na marginesie rowaliły mi bluzkę i zostałam w za małym staniku pożyczonym przez, którąś z dziewczyn. Córka Ateny walczyła ale z mizernym skutkiem. Patrząc na nią zdawało się, że ten miecz jest strasznie nieporęczny i ciężki. A gdy trafiał na swój cel nie przecinał go ale przesuwał jakby wg nie był zaostrzony. Co było bardzo dziwne.
 - Brigden zrób coś jak jesteś taka potężna! - warknęłam na ciemnowłosą, która zmagała się z gnomami aby utrzymać je metr od siebie. Jej miecz obracał się w każdym kierunku, ale nie potrafił dosięgnąć celu. Skrzaty były za szybkie na to.
 - Sama coś zrób Pani Ja Jestem Najlepsza. - dogryzła mi, a sama wyczarowała mini fale i zmyła gnomy znajdujące się wokół niej.
 - Co za wspaniałomyślność - mruknęłam.
           Coś złotego rozbłysło i wręcz oślepiło mnie. Gdy światło ustało spojrzałam w stronę jego energii. W rękach Klary znajdował się zupełnie inny miecz. Ten był jeszcze piękniejszy i jeszcze wspanialszy niż jego poprzednik. Teraz w końcu wyglądał na oręż. Dziewczyna zamachnęła sie nim z łatwością, znowu coś błysło, a zaraz o tym wszystkie skrzaty zniknęły z piskiem. 
Spojrzałyśmy na nia zaskoczone.
 - Jak ty to.. - zapytałam otwierając usta.
 - Nie wiem. - odparła blondynka. - ale to chyba przez krew... Kilka kropli mojej krwi spadło na klinge gdy walczyłam.
Spojrzałam na nia z niedowierzaniem.
 - Czy to możliwe, ale krew go aktywował? - bardziej stwierdziła niż spytała Rikki.
 - Na to wygląda. - odparła jej córka Ateny.
W powietrzy zabrzmiał "Fire" od Linkin Park. Wyciągnęłam z kieszeni telefon i odebrałam go.
 - I jak wam idzie? - spytała przełączając na głośno mówiący - wiecie już gdzie jest ten wulkan?
 - Tak - usłyszałam poważny głos Hani - Trzeba załatwić transport do...


Pufff... Ciężko pisać tak późno w nocy;D ale się udało:D

Dziś Świąteczny czas
Dzwony biją w las
Mały karpik się uśmiecha
Wnet na pierwszą gwiazdę czeka
Uszka dziś się przysłuchują
Jak kolędę podśpiewują
Barszczyk pięknie jest czerwony
Zaś jak zwykle zawstydzony
Zdrowych Ciepłych i Pogodnych
Życzymy wszystkim Świąt Radosnych
Wesołych Swiąt!!

wtorek, 17 grudnia 2013

Rozdział czterdziesty ósmy

 Fajnie... Ciekawe, czego szukamy. Chodzimy po tych Atenach w nadziei, że coś skupi naszą uwagę, ale nic z tego. Ufam, że druga grupa już coś wykombinowała.
 Patrzyłam na Dylana, który nerwowo wystukiwał numer do Klary. Coś czuję, że zaczyna żałować, iż nie poszedł razem ze swoją dziewczyną. Lecz ja wiem o tym, że jest bezpieczna. Przecież jest w tej lepszej drużynie.
 Spojrzałam na Chestera, który gdyby mógł to zatłukłby kogoś na śmierć. Oczywiście, że tak. A najlepiej jakby to był chłopak i nazywałby się Shedow. Wciąż mu nie wybaczył, że odebrał mu dziewczynę. Ach, cieszę się, że Zo zmądrzała i rzuciła tego frajera. W końcu nie mam wyrzutów, że nie trawię chłopaka przyjaciółki. Liczę, że nadarzy się jakaś fajna okazja, żeby przez "przypadek" mu przywalić.
 - Mam dosyć - mruknął Chris. - Chodzimy już od paru godzin bez celu... A co jeżeli tamci mają kłopoty, a co jak już nież...
 - Zamknij się! - warknęłam i odwróciłam się do niego. - Druga grupa żyje i na pewno nic im nie jest, nie widzę powodu do innego myślenia. Panowie, jestem jedyną laską w tej grupie, a zaczynam myśleć, że nas jest więcej.
 - Han ma rację - przede mną stanął Dylan.- Tamta grupa nie odpowiada, ale to nic nie znaczy. Może w końcu znaleźli drogę... - spojrzał na chwilę na mnie i znowu popatrzył na resztę. - Nie zapominajmy, że to nie nasza misja, tylko Klary. Może my tam nie jesteśmy potrzebni? Może powinniśmy czekać na jakiś inny znak...
 - Na inną przepowiednię? - rzucił Gregory.
 - Dokładnie - poklepałam Dylana po plecach. - Ale myślę, że jednak z tym czekaniem to przesadziłeś. Gregory? Jak długo ci zajmie wyszukanie reszty?
 - Nie wiem, jakieś pięć minut?
 Widziałam jak reszta patrzy na mnie morderczym wzrokiem. Nie dziwię się, na ich miejscu też tak zareagowałabym na wieść, że w ciągu 5 minut można znaleźć drogę do tamtych, którą szukamy od godzin. Tylko wiedziałam, że na to potrzeba czasu. Myślę, że za dużo nas byłoby do tej misji.
 Wskoczyłam więc na wysoką skarpę oddaloną od centrum. Położyłam się na ziemi i zaczęłam przyglądać się niebu.
 "Ojcze, jeżeli mnie słyszysz, to wdzięczna byłabym za pomoc. Zaczynam się bać, a strach czasem może i jest pomocny, ale co za dużo to nie zdrowo. Dobrze wiesz, że chcę mieć już to wszystko za sobą, więc do cholery, weź rusz swoje zacne cztery litery i nam pomóż"
 - Ha ha ha... - usłyszałam śmiech bliźniaka. - Wiecie co znalazłem?
 - Co? - warknął Chester.
 - Nowiutką butelkę wina!
 Przewróciłam oczami i groźnie spojrzałam w kierunku nieba.
 "Dzięki! Ale nie o to prosiłam!"
 Podniosłam się na łokciach i spojrzałam na chłopaków, który krążyli niżej. Oczywiście, tylko Gregory był skupiony na swojej pracy. W końcu jest on w tym najlepszy. Sięgnęłam po swój miecz i spojrzałam na niego. Czułam pod swoimi palcami zimny metal. Było to przyjemne uczucie. Przyjrzałam się mu uważniej, odkąd go dostałam za każdym razem mnie zaskakiwał. Tym razem na ostrzu zaczęły w słońcu mienić się imiona... Greckie imiona... Zapewne kobiece. Było ich mnóstwo i choć wydawałoby się, że odbierają urok mieczowi, to było wręcz przeciwnie. Nie można było odwrócić od niego wzroku.
 - "Łaska" - obok mnie usiadł Dylan.
 - Słucham? - spojrzałam na niego.
 Ten zaś pokazał palcem na ostrze, gdzie greckimi literami zostało wyryte słowo "łaska". Nigdy wcześniej nie widziałam tego, tak samo jak imion, ale one się różniły od tego. To słowo było wyraźniejsze.
 - Co to może znaczyć? Łaska? Dla czego?
 Dylan tylko się uśmiechnął i pogłaskał moją głowę.
 - Han... Ty jesteś Łaską. Twoje imię  z hebrajskiego znaczy Łaska... O tobie jest tutaj mowa.
 Zmarszczyłam czoło i spojrzałam na niego jak na kosmitę. Od kiedy mój przyjaciel zna się na imionach. Ech... Lepiej nie wnikać, co robi z Klarą, kiedy są sam na sam.
 Pod nos mi podsunął paczkę ciastek z żurawiną. Uśmiechnęłam się na ich widok. Od lat ich nie jadłam, a przecież to była nasza tradycja.
 - Dylan? - podrapałam się po głowie. - Wiesz, że ja już straciłam rachubę czasu?
 - Dzisiaj jest 8 marca... Więc... Wszystkiego najlepszego! - wrzasnął mi nad uchem i mnie przytulił.
 - Tsa... Dzięki. Gregory masz coś?! - wrzasnęłam w kierunku rudzielca.
 Chłopak pokazał palcem, żebyśmy chwilę poczekali. Podniosłam się więc z ziemi i schowałam miecz do pochwy. Podeszłam bliżej niego i oparłam się na jego plecach, słysząc jak wzdycha z niezadowolenia.
 Patrzyłam na ekran jego komputera i nic nie mogłam zrozumieć. Widać, że dobra to ja jestem tylko w rozpoznawaniu gatunków win.
 - Mam dobrą i złą wiadomość... - wyprostował się, powodując, że zachwiałam się, ale Lorenz mnie złapał. - Od której zacząć? - spojrzał na mnie triumfalnie.
 Odpowiedzi brzmiały za pierwszym razem różnie, za drugim razem było tak samo, tylko osoby pozamieniały się zdaniem. W końcu Dylan podniósł rękę, żeby powiedzieć.
 - Zacznij od dobrej.
 - Nasi przyjaciele jeszcze żyją.
 - Jeszcze!? - jęknęłam.
 - Dawaj złą - przede mną wcisnął się Chester.
 - Są pół kilometra pod Atenami... I nie wiem, czy znajdziemy drogę.
 - Zaprowadzę was do świątyni Arachne - powiedział Lorenz, a wszyscy na niego spojrzeli zdumieni. - No co?! Z Kasmirem trochę jej podokuczaliśmy, więc wiecie...
 Uśmiechnął się i złapał za swój plecak. W tym momencie byłam bardzo ciekawa, co do niej zapakował. Coś czuję, że nie ma tam nic do jedzenia ani na zmianę. Pokręciłam głową i odwróciłam się na pięcie, wpadając na Chestera. Spojrzeliśmy na siebie wrogo i minęliśmy się.
 Po kilku minutach szybkiego spaceru dotarliśmy do jakiegoś małego sklepiku w centrum. Weszliśmy do środka całą grupą, dławiąc się pod wpływem tutejszego odoru. Nie dziwię się, że mieszkańcy omijają sklepik szerokim łukiem.
 Na ścianach były porozwieszane różnorodne obrazy utkane z tkaniny. Niektóre były tak realistyczne, że miałam wrażenie, że postacie na mnie patrzą i się śmieją. W szczególności starsze kobiety, których siwe włosy były idealnie spięte.
 - Masz wrażenie, że je skądś znasz? - szepnął mi do ucha Chris, co spowodowało, że lekko drgnęłam.
 - Oczywiście, że tak - obok nas zjawił się Riddle, którego nie ruszało to, że prawie ryknął. - Przecież to są bogowie w swojej starszej wersji... Tacy zwyczajni... Ludzcy... Bliscy śmierci.
 - Skończ! - warknął Chester, który stał przy samych drzwiach. - Miałeś nas do reszty zaprowadzić, a nie opowiadać jakieś głupoty.
 Lorenz tylko ruszył ramionami i ruszył wgłąb sklepu. Czułam coś, że lepiej się trzymać w tej chwili niego. Ręką przejechałam po pochwie, chcąc się upewnić, że mój miecz tam jeszcze jest. Nie wiem, dlaczego, ale im dalej szliśmy, tym strach we mnie narastał.
 Wszędzie były pajęczyny, które lepiły się do ubrań. Sam ich dotyk obrzydzał mnie. W końcu dotarliśmy do małego, ciemnego pomieszczenia, gdzie Lorenz się zatrzymał. Słyszałam, że szukał czegoś, klepiąc ścianę. Po jakimś czasie coś zaczęło szemrać.Odsunęłam się z przerażenia i wpadłam na jakiegoś chłopaka. W tym momencie ani nie chciałam zobaczyć kto został przeze mnie staranowany, ani też nie myślałam o tym, żeby przeprosić.
 W końcu ktoś mądry zapalił świeczkę, która musiała leżeć gdzieś na półce. Tą osobą był Dylan. Minął mnie i podszedł do przejścia w ścianie. Dopiero teraz poczułam chłód bijący z dziury. Póki światło świeczki rozświetlało pomieszczenie, zdążyłam rozejrzeć się tutaj. Na szczęście na jednej ze ścian wisiała para pochodni. Najwyraźniej ktoś o nas pomyślał. Podeszłam tam i ściągnęłam je, krzywiąc się za każdym razem, kiedy miałam do czynienia z czymś lepkim.
 - Kto chce? - zwróciłam się do chłopaków.
 Oczywiście, mogłam się tego spodziewać, że każdy się rzuci na nie. Szczęściarzem był jednak Chris, który z gracją się przeteleportował i odebrał to ode mnie.
 Podpaliliśmy pochodnie i przeszliśmy przez przejście. Chris szedł jako pierwszy, zaraz za nim Dylan, Chester, ja, Gregory, a na samiutkim końcu Lorenz. Cóż, no nie mogę powiedzieć, że mam złe tyły. Jak ktoś zechce nas zaatakować od tyłu, to mogę na nich liczyć.. Chyba.
 - Cholera - warknął Dylan. - Więcej tych pajęczyn nie mogło być.
 - Stary! - krzyknął Gregory. - Im bliżej świątyni Arachne, tym ich będzie więcej...
 - No co ty nie powiesz - mruknął w odpowiedzi.
 Delikatnie podniosłam kąciki ust do góry, wyobrażając sobie jak oburzony musi być przyjaciel. Chociaż nie dziwię się mu, jest tego coraz więcej... Podniosłam wzrok do góry i szybko tego pożałowałam.
 - Chłooopaki.. - przełknęłam ślinę. - Jak myślicie... Pająki Arachne mają w sobie truciznę...
 - Pewnie tak - rzucił Chester. - Po co ci to wiedzieć?
 - Bo chyba mamy gości... Do góry.
 Widziałam jak Chester podnosi powoli głowę i jak na zawołanie staje. Nad nami nie wiadomo skąd wychodziły gromady calowych obrzydliwych pająków. Gdyby nie myśl, że reszta jest w niebezpieczeństwie, odwróciłabym się na pięcie i pobiegła do wyjścia. Nie że się boję tych małych cholerstw, ale są paskudne.
 - Czyli za niedługo dojdziemy na miejsce - powiedział spokojnym głosem Gregory. - Nie martw się, są one po prostu ciekawskie. Idźcie dalej...
 Pokiwałam głową i popchałam syna Aresa na co ten warknął, ja zaś uśmiechnęłam się triumfalnie.
 Po raz n-ty dotknęłam dłonią pochwy, jakbym się obawiała, że nie mam już miecza. To się chyba nazywa potocznie strach.
 - Cii!
 Chris zatrzymał się niespodziewanie, że chcąc nie chcąc, wpadłam na Chestera. Jestem pewna, iż gdyby mógł zatłukłby mnie na kwaśne jabłko.
 - Słyszycie? - szepnął Christopher.
 Nadwyrężyłam słuch, chcąc się dowiedzieć o czym mówił przyjaciel.
 - Płacz... - rzucił Lorenz.
 - Klara! - krzyknął Dylan.
 Minął on Chrisa i pobiegł w ciemność. Spojrzałam w szoku na Gregory'ego, który kiwnął głową mi, żebym się ruszyła. Tak też zrobiłam.
 Przyśpieszyliśmy i chwilę później zobaczyliśmy jasne światło. Był to koniec tego korytarza. Płacz dziewczyny narastał, ale w pewnym momencie zamilkła. Pewnie zobaczyła Dylana.
 - Niee! - usłyszałam pisk dziewczyny.
 Wtedy wszyscy zaczęli biec. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje, ale wiedzieliśmy, że ktoś potrzebuje pomocy. Wpadliśmy do wielkiej groty, która odrobinę przypominała sklep, z którego zaczynaliśmy swoją podróż. Wszędzie wisiały obrazy z tkanin. Tym razem wiele z osób przestawionych było znajome, wiele sytuacji było znajome. Ktoś tutaj chyba miał bzika na punkcie dzieci Ateny.
 - Widzę, że kolejni goście przybyli... - usłyszałam cichy głos jakby wydobywał się zza mnie.
 Odwróciłam się, ale nikogo nie było. Spojrzałam jeszcze raz na "świątynię" i na środku zobaczyłam Klarę, która klęczała. Najwyraźniej opadała już z sił, ale na pierwszy rzut oka nic jej nie było. Zaczęłam szukać wzrokiem, gdzie są moi przyjaciele, ale nie mogłam ich dostrzec.
 Usłyszałam jakiś cichy jęk i spojrzałam za siebie. W miejscu, gdzie przed chwilą stali chłopaki, już nikogo nie było. Z pochwy wyciągnęłam swój miecz. Wtedy w odbiciu ujrzałam TO. Spojrzałam do góry i zobaczyłam kilka kokonów, z których wystawały tylko głowy przyjaciół. Wszyscy z nich trwali w jakimś głębokim śnie. Byłam świadoma, że zaraz mnie to czeka, więc póki mogłam krzyknęłam w kierunku Klary.
 - Klara! Uwierz w siebie! Uwierz w siebie, a nie w swój strach! Jesteś najlepsz...
 Czułam jak moją głowę rozsadza. Chciałabym ją wymienić. Halo?! Ktoś mi pomoże? Oczywiście, że nie... Ja sama muszę się wybudzić. No dalej, dasz radę. Otwórz w końcu te cholerne oczy.
 - Han.. - ktoś z zewnątrz próbuje się wedrzeć. Dalej. - Han... Do cholery, obudź się!
 Zaczął do mnie dochodzić jakiś obraz, więc chyba się udało. Kiedy obraz się wyostrzył, zdałam sobie sprawę, że wiszę kilka metrów nad ziemią. Także więc... Chyba wolałam być dalej nieprzytomna.
 Usłyszałam jak ktoś zdycha, jakby mu ulżyło... Spojrzałam na prawo, gdzie zobaczyłam Zo. Ta się do mnie wyszczerzyła, co było dziwne, patrząc na to w jakiej sytuacji się znajdujemy.
 - Baliśmy się, że nie wybudzisz się - krzyknął ktoś kto musiał wisieć za mną.
 - Dlaczego miałabym się nie wybudzić? - powiedziałam zachrypniętym głosem.
 - Kobieto, Klara jest już w połowie zadania - odpowiedziała Zo. - Prawie wszystko przespałaś, ale musiałaś nieźle dostać.
 No tak, to już znamy przyczynę bólu głowy. Wzięłam parę głębszych wdechów i przyjrzałam się dokładniej na to, co się na samym dole. Zobaczyłam tam Klarę, która siedziała naprzeciwko CZEMUŚ... Czyżby to brzydkie coś było Arachne... No cóż, może na ziemi wygląda jakoś lepiej, ale z góry jest to obrzydliwe coś.
 - Jakie to zadanie? - mruknęłam.
 - Pamiętasz może mit o Atenie i Arachne? - zapytała Rikki, która wisiała po drugiej stronie. - Otóż to, Arachne jako zadanie wyznaczyła zrobienie jej haft, który musi być tak samo piękny jak wieki temu zrobiła jej matka. Jeżeli wykona je dostanie w zamian miecz, który od wieków strzeże... A jak się jej nie uda...
 - Zje ją - skończyła za dziewczynę Zo.
 - Ona umie tkać? - zapytałam.
 - Powiem szczerze, że nic mi o tym nie wiadomo... - powiedział smutno Dylan.
 Zagryzłam wargi i ponownie spojrzałam w dół, jakby miało to pomóc dziewczynie. Nie wiem, dlaczego, ale straciłam kontakt z rzeczywistością. Pustka, ciemność, która nie wiem ile teraz trwała.
 - Nie wiem jak ty Han! - usłyszałam krzyk Zo. - Ale ja bym się ruszyła.
 Ocknęłam się i zobaczyłam jak wszyscy próbują się wydostać z swoich kokonów. Spojrzałam na dół, gdzie zobaczyłam Klarę, która trzymała w dłoni jakiś miecz skierowany w kierunku Arachne. Jej dłonie drżały, tak samo jak jej całe ciało. Z każdej dziury zaczęły na powierzchnię wychodzić te cholerstwa, które dotrzymywały nam drogi.
 Poczułam jak coś odrywa się od powierzchni, spojrzałam do góry i pożałowałam. Czułam jak spadam, strach sparaliżował mnie całą. Nawet nie wiem, kiedy z każdej ze ścian wyrosły winorośle, które stworzyły coś na podobieństwo materaca. Kiedy spadłam na nią, wydostałam się z kokona i spojrzałam na resztę, która jeszcze wisiała do góry nogami.
 - Skaczcie! - wrzasnęłam.
 Zauważyłam, że czegoś zabrakło przy moim boku. Zerknęłam do kokonu i wyciągnęłam stamtąd mój miecz. W tym momencie obok mnie wylądował Shedow, który szybko wyszedł z kokona. Złapał mnie za rękę i przeteleportował na dół. Stanęliśmy obok Klary, która ledwo trzymała miecz. Miecz, który był tak piękny, że trudno było odwrócić od niego wzrok.
 - Shedow zabierz stąd Klarę - krzyknęłam do kuzyna. - Spotkamy się na powierzchni.
 - W porządku.
 Objął przerażoną dziewczynę i zniknęli w tym samym momencie, kiedy Arachne rzuciła się w ich kierunku. Zamachnęłam się mieczem, ale minęłam się. Niestety, teraz półkobieta skupiła całą uwagę na mnie.
 - Zostaw ją! - za mną usłyszałam głos Gregory'ego.
 Ponownie spojrzałam na Arachne, której twarz była kilka cali ode mnie. Wyglądała jakby coś ją sparaliżowało. Jej oczy chociaż były czarne, to miałam wrażenie, że napłynęła do nich jakaś ciemna mgła.
Z jej ust zaczął wydostawać się znajomy głos:
Drugim ostrzem nie miecz, nie grot,
Lecz młot, który miażdży wskroś. 
Spoczywa głęboko w skale,
U stóp kłębu dymu się chowa.
 Spojrzałam na Gregory'ego. Chyba wiedział, że tym razem przepowiednia jest przeznaczona dla niego. 
 Znikąd zjawił się Shedow, który z uśmiechem na twarzy zabrał naszą dwójkę do reszty. Wszyscy stali już obok Klary i gratulowali jej odwagi. Przecisnęłam się przez tłum i przytuliłam blondynkę.
 - Wiedziałam, że dasz radę - powiedziałam ile sił miałam w głosie.
 - Gdyby nie twoje słowa... - w jej głosie nadal było słychać przerażenie. - Dziękuję... 
 Poczułam jak zaczynam słabnąć. 
 - Nieźle ci menda przywaliła - usłyszałam głos któregoś z bliźniaków. - Ma ktoś ambrozję? 
 - Ja mam... - powiedział Dylan i podał mi ją. 
 - Dziękuję - uśmiechnęłam się, kiedy poczułam jak wracają mi powolutku siły. - Panowie i panie! Mamy pierwszą broń! Zostało jeszcze siedem. Gregory zostawiam tobie za zadanie zapoznanie reszty z nową przepowiednią, a ja teraz idę na plażę się poopalać. 

czwartek, 28 listopada 2013

Rozdział czterdziesty siódmy

 - Śmiem stwierdzić, że twoje założenie co do grup jest błędne. - Odezwał się Lorenz, gdy ja wywalałam moją walizkę do śmieci. Wyjęłam z niej tylko resztki ambrozji, butelkę z zawsze pojawiającym się alkoholem, pas z dwoma mieczami i pare innych zabawek, których Mel nie wywaliła z torby. Miałam ochote ją udusić! Musiała wpakować mi się do torby! JA JĄ UKATRUPIE!!
 - Dlaczego? - spytał poirytowany Dylan, który nie był zadowolony z komentarza kolegi.
Bliźniak złączył palce ze sobą i przybrał "mądrą" jak na siebie pozę.
 - Ponieważ - zrobił zamaszysty ruch ręką - JEŚLI NAS COŚ ZAATAKUJE TO NIE MAMY SZANS!  - Wydarł się dość dosadnie. - Dałeś im wszystkich szermierzy i dwie boginie! A my jedynie co mamy to przerośniętego brzydala...
 - Ktoś się prosi o dostanie w mordę! - wydarł się Gregory.
 - ... Małą - kontynuował jakby nigdy nic - latającą muszkę... - wskazał na Chrisa. Który początkowo na prężył pierś, ale rozumiejąc co powiedział o nim kumpel spiorunował go wzrokiem - Córkę pijaka, małą szantażystkę... - wskazał na Mel, która była zadowolona z nowego tytułu - i nadętego błazna, który myśli, że uda mu się zapanować nad nasza hałastrą!
 - Za-bi-je Cię! - Dylan rzucił się na bliźniaka, który szybko czmychnął za drzewo i zaczał się z nim bawić za kotka i myszkę.
Gregory poszedł w ślady za szefem i teraz oboje gonili Lorenza, a Chris podleciał do nich i próbował złapać Lorenza z powietrza.
Widząc latającego Chrisa zmroziło mi krew. Zauważyłam, że większość osób w drużynie doszła do tych samych wniosków co ja bo zaczęli się nerwowo rozglądać. Kilka przechodniów przystanęło i ze zdziwieniem zaczeli przyglądać się latającemu chłopcu.
Razem z Shedowem, Klarą, Kasmirem i Hanną rzuciliśmy sie w stronę tej bandy kretynów.
 - Gregory! Dylan! - krzyknęła Klara, aby zwrócić ich uwagę. Zaczeła pokazywac im coś na migi, a oni przystanęli i z przekrzywionymi głowami patrzyli na nią.
          W tym samym czasie Shed i Han pochwycili idiote Chrisa za nogi i powalili zdezorientowanego chłopaka na ziemię. Zauważyłam, że kilka przechodniów całe zdarzenie nagrywali więc posłałam w strone ich urzadzeń małą wiązkę elektryczną... która nie była aż tak mała bo każdy telefon i aparat wybuchł.
Nie przejmując się tym dopadłam Chrisa i postawiłam go na nogi, zarzuciłam mu niedlabe ręke na ramiona zwróciłam się do przechodni:
 - Oto godny nastepca Michael'a Jordan'a!!! - wskazałam na zdezorientowanego Chrisa - Oto przyszła gwiazda koszykówki! Czy państwo widzieli jego skok?!
Mówiłam jak katarynka do zainteresowanych przechodniów.
 - Zo... - szepnęła Hanna - oni sie nie rozumieją...
 - Przeciez to grecy. Oni rozumieją. - odparł jej Shedow.
 - Co?
        Jedynie tyle dosłyszałam z ich konwersacji. Widocznie Shedow dopiero teraz uświadamiał Hannie, że od przyjazdu do obozu zaczeła naturalnie mówic po grecku... w końcu to jej ojczysty język.
Natomiast ja dalej zgrywałam pajaca.
         Na drugim końcu ulicy Mel "płakała", a Chester próbował ją pocieszać słowami " zaraz znajdziemy twoją mamę ". Na całe szczeście wszyscy herosi odnaleźli się w sytuacji i robili co mogli, aby odciągnąć uwage zwykłych ludzi od latającego chłopaka.
          Po chwili wielkiego zamieszania ludzie stracili zainteresowanie błaznami i tłum się rozszedł. Natomiast my zeszliśmy z widoku w jedną z mniej uczęszczanych uliczek. Przez  cały czas prowadziłam Chrisa przyduszając go ręką. Gdy w końcu znaleźliśmy ustronne miejsce wszyscy zrobiliśmy pogawędkę Lorenzo i Chrisowi za tą sytuacje przy zwykłych ludziach. Chłopaki wyszli z tego z wielkimi śliwami pod oczami. Chris dostał ode mnie, a Lorenzo od Dylana i jeszcze poprawił mu Kasmir.      
Dylan jeszcze raz przmyślał nasze grupy i wymienił Chestera na Mel... Oczywiście próbowąłam im wcisnąć Rikki, ale "SZEF" zbył mnie slowami: " Będzie potrzebna Klarze... bla bla ble". Sranie w banie! Zacisnęłam zęby i zgodziłam się na tą felerną sytuacje. Gdy Gregory rozdal nam nasze zabaweczki zapadła noc.
 - Dobra. - Powiedział wyciagając z torby laptopa - Kazdy ma mikrofon i słuchaweczke, kazdy z gdry może się między sobą komunikowac przez naciśniecie na słuchaweczkę i wypowiedzenia imie osoby do której chce mówić...
 - To wygląda jak gąbka. - skomentowałam, przewracając słóchawkę w palcach.
 - ...Do tego mini mapa Panteonu. - Na małej dyskietce pokazała sie zielona mapa budynku.- W grałęm tu obecną mape panteonu, ale możemy trafić na różne tunele więc urządzenie ma wgranego GPSa i bd zarysowywać ścieżkę gdzie idziecie. Nasza drużyna jest niebieska, a drużyna - popatrzył w stronę moją, Shedowa, Rikki, Klary, Kasmira i Mel. Akurat przebierałam się w czarny wygodny strój, który pożyczyła mi Hanna. No chyba nie poszłabym spotkać się z wielkim pająkiem w szortach... A chyba zależało na tym Mel wywalając wszystkie moje rzeczy z torby. Rzucę ją harybsom na pożarcie! - a idioci są na czerwono.
Spojrzał na mnie i pokazał mi język. Przymrużyłam oczy bo jedynie tyle mogłąm zrobić z tej odleglości, ale Shedow stał praktycznie za przerośnietym brzydalem.
 - Shedow! Sztachnij go w łeb! - krzyknęłam w jego stronę.
Ciemnowłosy uniósł brwi, a jego spojrzenie mówiło " chyba się dziewczynko źle czujesz ".
 - Zachowujesz się jak dziecko. - skomentowała Han.
 - Bo jestem dzieckiem. - odparał m bez ogródek zapinając nisko pas z mieczami.
 - Jesteś żałosna. - mruknęłą Bridgen.
Bliźnaiki zgodnym chórkiem zawołali "Łuuu".
Spojrzałam na nią groźnym wzrokiem.
 - Nie rozmawiam z tobą wiec nie wtrącaj się do rozmowy dwóch dojrzałych ludzi. Rodzice nie uczyli cie kultury? - do gryzłąm się.
 - Masz coś do mnie? - warknęła i wyprostowała sie zaciskając pięści.
Uśmiechnęłąm się sarkastycznie.
 - I to dużo. - założyłam czarne rękawiczki, które podał mi Greg. - Pani MAGISTER niech się zajmie swoim zadaniem, a nie wtrąca się do poważnych rozmów.
Na tym rozmowa się zakończyłą, gdyż Dylan odciągnął Rikki, z pomocą bliźniaków dalej, a Hanna i Shedow zajęli się mną. JEszcze kilka sekund i pozabijałybyśmy się.
 - Mogłabyś w końcu z niej zejść. - odparła Hanna trzymając mnie za ramie.
 - Dlaczego? JA mam z tego ubaw. - powiedziałam przeciągając sie jak kocica.
Shedow w końcu puścił mój korpus i przyjrzałam się uważnie.
 - Jestes jędzą. - powiedział całkiem poważnie.
Uśmiechnęłam się przy tym komplemencie.
 - Ale twoją! - cmoknęłam go w policzek, A Toscano wydała z siebie odgłos obrzydzenia.
W końcu ogarnęliśmy się do końca i jako dwie osobne grupy wyruszyliśmy do Panteonu.


***

AAAAAAAAAAAAAA...! 
              Jedynie to wydobyło mi się z gardła, po tym jak nagle podłoga zniknęła i zaczełam spadac w nicość. USłyszłam inne krzyki, zarówno kobiece jak i mężczyzn. Spadąłam w dół próbując za trzymać się swoją boską mocą, która za chiny nine chciała działać! Akurat w takim momencie! 
usłysząłam dziecięcy pisk, Mel przeleciałą obok mnei jak szmaciana lalka i piszczała przerażona.
 - Zoey! NA pomoc! - krzyknęła zapłakana, a mi aż serce stanęło. 
Próbowałam złapać ją w powietrzu, ale leciała zbyt szybko i zaczeła się obracać w powietrzu, a to nie pomagało w sytuacji.
 - Marlyn! - krzyknęłam, póbując złapać jej wyciągnieta rączkę. 
Starałam się ją dosięgnąć, ale to było trudne zważając na to, że nie panowałam nad powietrzem, a to było dziwne. Zawsze ten żywioł był mi posłuszny, a teraz mu się odmieniło! Moze to sprawka tego, ,ze znajdujemy sie na misji, która ma udowodnić, że bez mocy mozemy dokonac to co z mocami? Nie wiem, ale to cholernie głupi pomysł. 
 - SHEDOW?! - wydarłam się - Zrób coś! - Nadal próbowałam chwycić dłoń małej. 
 - Ale co?! - usłyszałem rozpacz w jego głosie - moja moc tu nie działa! - krzyknął z pretensją. 
 - A co to niby moja wina?! - wydarłam się. 
 - NIE KŁÓĆCIE SIĘ! - wydarła się Klara i śmignęła obok nas. 
Zanurkowała w powietrzu i leciałą w stronę Mel. 
Spojrzeliśmy na siebie z Shedowem i poszliśmy w jej ślady. Zaraz za nami Usłyszałąm krzyk Kasmira. 
 - JAK się tym hamuje?! 
I tak samo jak Mel  leciał w nierównym locie obracając się w powietrzu jak na jakiejś karuzeli. Idiota- pomyślałam - rozumiem dziecko... ale dorosły facet? idiota. 
            USłszałam krzyk Klary i jakby napinanie sznura. Zaraz po tym coś szorstkiego i lepkiego zdezyło się ze mną i skutecznie zatrzymało poczułam jak reszta osób  wpada w lepką maź i skakałam za każdym razem kiedy kolejna osoba uderzała o sznury. Usłyszałam krzyk Mel, która ześlizgnęła sie ze sznurka i znów zaczęłą spadać. NA całę szczęście Shedow rzucił się za nią i złapał  za jej kostkę.  
 - Mam ją! - krzyknął z ulgą opadając na sznury. 
Jak jeden mąż odetchnęliśmy z ulgą. 
           Oparlam sie o lepką maź, która nas zatrzymała i odetchnęłam. Po uspokojeniu oddechu zaczęłąm sie interesować na czym się znajdujemy. Było ciemno. Ledwie widziałam zarysy moich kompanów. Rozejrzałam sie za czymś świecącym i wyciągnęłam z kieszyeni dyskietke z mapą Panteonu. Kliknęłam a ona rozświetliła sie na zielono w trójwymiarze. Spojrzałam gdzie sie znajdujemy. 
 - Jesteśmy dwa poziomy pod grupą Dylana, która kieruje się do głównej komnaty. - poinformowałam reszte. 
 - Nie mam z nim łączności. - powiedziała Klara, która próbowała porozumieć się ze swoi chłopakiem, który znajduje się nad nami. 
 - A tak właściwie gdzie się znajdujemy? - zapytała Rikki pomagając usiąść Mel. 
 - Nie wiem. Mapa sie skończyła. - odparłam. 
 - Zo. - Shedow pojawił się obok mnie bezszelestnie. - Nic ci nie jest? 
Powiedział troskliwie obejmując moją twarz. 
Ztrzepnęłam jego dłoń. 
 - Nie jestem nieporadną dziewczynką. - odburknęłam mu. 
W ogóle się tym nie przejął. 
 - Czasem chciałbym być twoim rycerzem na białym koniu, wiesz? - odparł pokazując mi język jak małę dziecko. 
Przewróciłam oczami, a on wstał  i zaczął się rozgladać. 
 - Czy ktoś mi w końcu POMORZE!? - wydarł się Kasmir
Spojrzałam w jego stronę, a on wisiał głową w dół, a od upadku ratował go but zaczepiony o biały sznur. 
Klara rzuciła mi sie z pomocą, a po chwili bliźniak został wyciągniety 
  - Ma ktoś coś świecącego? - zapytał Shedow z daleka.
Próbowałam go dostrzec, ale stał za daleko.
 - Mapa ledwie świeci. - odparłą Rikki patrząc w moją stronę.
 - Boje się. - mruknęła Mel podchodząc na czworaczkach w moją stronę.
Podałam jej rękę:
 - A trzeba było sie pchać na misję? - skarciłąm ją.
Dziewczynka zachlipała i przytuliła sie do mnie.
 - No już, już. - Zaczęłam ją pocieszać jak starsza siostra - Zaraz stąd wyjdziemy. Tylko znajdziemy Shedowowi jakieś światło.
Zostawiłam ją łkającą.
Niech cierpi za swoje błędy. Powinna sie już zacząć uczyć dbania o siebie. Że jest mała to nie oznacza, że wszyscy bd na jej zawołanie. A ja nie chce ją rozpieszczać, ani zepsuć więc ucze ją jak być twarda i radzic sobie z błedami.
Podeszłam do Shedowa.
 - Domyślasz się na czym stoimy? - zapytałam chłopaka.
Pokiwał twierdząco głową.
 - To siec pająka. - wyszeptał mi do ucha.
Przełknęłam ślinę.
Jeśli to sieć pająka to oznacza, że Arachne musi być blisko, a my wpadliśmy do jej pieczary. Na samą myśl tego czego dotykałam zrobiło mi się niedobrze.
 - To ohydne. - odparłam, próbując odpędzić od siebie myśli, które mi mówily, że to na czym stoje było kiedyś wewnątrz pajaka.... FUU!!
 - Ciii - uciszył mnei. - Nie mów Klarze bo zacznie panikować.
 - Głupia nie jestem - warknęłąm w odpowiedzi.
Ten przewrócił oczami.
 - Masz jakąś latarkę? - zapytał zmieniając temat.
Pokręciłam przecząco głową.
 - Jedyne co mam to aparat.
Shed pomyślał przez chwile.
 - Zaryzykuj i zrób zdjecie. Zobaczymy gdzie jesteśmy.
Wzruszyłam ramionami i wykonałam polecenie.
Strzeliłam fleszem w pustkę i spojrzałam w ekran.
 - Masz coś? - Shedow przyciągnął w swoją stronę lustrzankę.
 - No czekaj muszę znaleźć ten knefel. - Coś zaszeleściło, ale uznałą, że to pewnie Mel się przewróciła.  - O jest.
Spojrzliśmy na czarny ekran z czymś swiecącym. Próbowaliśmy przypasować dany element do ściany albo do czegokolwiek.
 - Patrz. a tam w rogu co to? - Spytał Shed wskazując na prawy górny róg.
Przyjrzałam się.
 - To wygląda jak szczotka mojej mamy do zbierania kurzu. - odparłam. - Ale skąd by się ty wzięła szczotka do kurzu?
Usłyszałam przeszywający pisk.
 - ZA WAMI!
            W tym samym momencie coś skapnęło na ramię chłopaka. Oboje znieruchomieliśmy. Powoli obróciłam się i stanęłam oko w oko z czterema parami oczu. Krzyknęłam i rzuciłam sie do ucieczki przed żuchwą wielkiego pająka.




PRZEPRASZAM! PRZEPRASZAM! PRZEPRASZAM!
Za zwłoke! Ale nie miałam czasu anie weny na pisanie!! Naprawdę przepraszam! I mam nadzieje, że to nie jest aż tak do bani jak mi się wydaje:P
Bujak :D